Woody Allen

Woody Allen

13 czerwca 2020 Opinie o filmach 0

Zbiór krótkich filmików, tematycznie powiązanych z różnymi dziedzinami seksu: kobiecy orgazm i jego zagadka, zboczenia, stosunek ze zwierzętami, przebieranie się za drugą płeć i tak dalej. Niezłe, choć te najbardziej udane żarty pojawiają się raczej na poczekaniu niż wynikają z historii i postaci. Absurdalność wielu momentów jest bardzo zabawna, a reakcja Gene’a Wildera na jedną z nich jest jedną z najśmieszniejszych jakie w życiu zobaczyłem. W pamięci pozostaje błazen, który nikogo nie śmieszy; czarny plemnik zastanawiający się, co tu robi; gigantyczny cyc terroryzujący miasto i… jakieś tam drobiazgi.

Filmiki nie są równe, jedne śmieszą bardziej, inne mniej; jedne trwają 25 minut, inne 10. I bardziej śmieszyła mnie ich konwencja – włoska nowelka nawiązująca do klimatów Felliniego, teleturniej o zboczeniach, szalony naukowiec jako parodia monster-movie i tak dalej.

Film warty obejrzenia, ale bez oczekiwania zbyt wiele.

To film dla starszych ludzi. Nie koniecznie starych, ale takich, którzy już poznali życie. Zresztą sam film implikuje, że to może nastąpić zarówno w wieku 42 lat, jak i 17. To produkcja o miłości do miasta, w którym fabuła zdaje się ledwo obecna, ale koniec końców wszystko tu było na swoim miejscu. Jedynie opowiedziane zostało w luźny sposób. Całość tyczy się Isaaca, granego przez Allena, który z jednej strony rezygnuje z pracy jako scenarzysta, by zacząć pisać książkę. Z drugiej, niedawno rozstał się z żoną która teraz zaczęła pisać autobiografię o ich związku. Z trzeciej strony, Isaac przeżywa kryzys miłosny. Chodzi z dziewczyną, której ojciec jest od niego młodszy, ale też na boku zakochuje się w innej kobiecie.

Nawet opowiadając o tym filmie trudno go ująć jako film inny niż autorski. I to jest jego ogromną zaletą, ponieważ film zdaje się dosłownym zapisem z życia, z którego wybrano jedynie kilka chwil które były istotne dla siebie nawzajem, a usunięto wszystko inne. Dzięki temu zdołano opowiedzieć konkretną historię i podjąć wszystkie tematy na których zależało autorowi.

Widać to już po pierwszej scenie, w której Isaac z offu próbuje wymyślić jak zacząć swoją książkę. Jak powinno brzmieć pierwsze zdanie w jego arcydziele? Na ekranie w tym czasie lecą ujęcia życia w Nowym Jorku – jego inspiracje i myśli towarzyszące mu podczas tworzenia ich. Robi wiele podejść, krytykuje swoją robotę, mówi sam do siebie, ale w końcu zaczyna tworzyć coś, co mu się podoba. Pada wtedy wiele zbędnych w teorii zdań, których widz nie musiał usłyszeć – ale jest inaczej. Bo istotna była wymowa całej sceny. Tak jest z resztą opowieści, i dzięki temu pozostaje ona świeża i naturalna, bez cienia fałszu.

W tym stylu Allen opowiada o popełnieniu błędów, dawaniu drugiej szansy, braku szczerości z samym sobą, publicznej autoterapii, życiu na Manhattanie, kręceniu się wśród wyższych sfer… Ta opowieść ma z pewnością mnóstwo uroku. Patrzymy na miasto przez czarno-biały obiektyw człowieka, który spoglądając na te ulice słyszy jazz. Współczesność miesza się z klasyką, nostalgia z dojrzewaniem. Tu i teraz z tym, co by się chciało.

Jeden z najbardziej spełnionych obrazów Allena. Znajdźcie dla niego czas w przyszłości.

O roli seksu w związku. Ciepły i inteligentny film.

W domku letniskowym spotykają się przyjaciele. Przybywają oni z osobami towarzyszącymi, dzięki czemu powstaje kolaż przeróżnych relacji – niektórzy znali się wcześniej, inni dopiero teraz widzą się na oczy. Są tacy, co mieli wspólną przeszłość i ukrywają to przed innymi, inni otwarcie są w związku. Problemy każdego z nich są miłosne, często połączone ze sferą seksualności.

Woody Allen ma charakterystyczny styl, ale osiąga go niemal wyłącznie poprzez detale. Oczywiście najbardziej się rzuca w oczy jego miłość do dialogów i tematów takich jak psychoanaliza, seks lub nerwica, wstyd, depresja. Zawierają one sporo humoru dzięki bohaterom – ponownie u Allena są to intelektualiści, często osoby delikatne w mniejszym lub większym stopniu, lubujący się w mówieniu o swoich problemach wewnętrznych, ale też doznaniach lub uczuciach. Słuchałem tego z przyjemnością.

Obok tego jest jeszcze parę znaczących detali bardziej filmowych, dzięki którym uwaga widza skupia się na wybranych postaciach. W scenach grupowych pozostałe postaci mogą opuszczać kadr albo chodzić tak blisko obiektywu, że widać jedynie ich talię, ale twarz osoby, którą mamy widzieć, jej emocje i reakcje – to zawsze jest wyraźne i dostępne dla nas. Proste zabiegi, dzięki którym kino Allena nie tylko się wyróżnia, ale też jest przystępny, wręcz łatwy w odbiorze. Nawet w tych dialogach jest nieco więcej, bo przede wszystkim stwarzają wiele okazji do tego, aby bohaterowie Allena faktycznie ze sobą rozmawiali.

Wszystko to prowadzi do dyskusji o roli seksu w związku i problemach z tym związanych oraz słuchania, co Allen ma do powiedzenia na ten temat. Subiektywnie? Nie poczułem się przekonany. Nie do końca, chociaż seansu nie żałuję. Ciepła, inteligentna rzecz.

Fritz Lang, Kafka, Fellini, szczypta Tarra i bardzo dużo Allena.

Obywatel Kleinman zostaje obudzony w środku nocy z powodu dusiciela grasującego po ulicach w nocy, gdy zapada mgła. Policja nie daje rady go złapać, dlatego teraz mieszkańcy biorą sprawę w swoje ręce. Mają plan i potrzebują Kleinmana, ale nie mówią mu, na czym plan polega, ani też, jaka jest jego rola w nim. Kleinman wychodzi więc na miasto, nie mając pojęcia, co tak naprawdę ma zrobić.

Skojarzenia z „Procesem” Kafki są oczywiste – jednak inspiracji jest tu dużo więcej i poziomów. Cała przygoda głównego bohatera po mieście zdaje się podróżą przez wymiary jak w jakimś fantasy, ale bardziej w kierunku takiego „Gabinetu doktora Caligari„. Poszukiwaniem mordercy wydają się zainteresowani tylko nieliczni, wiele osób wciąż podróżuje po ulicach, a nawet sami poszukujący mordercy zdają się mieć inne priorytety niż pojmanie mordercy – a tymczasem ludzie wciąż giną. „Cienie i mgła” powstało w czerni i bieli, akcja rozgrywa się wyłącznie w nocy, niemal każde ujęcie zawiera jakiś element dymu. Za operatorkę odpowiada Carlo Di Palma, który skonstruował stronę wizualną na wzór „M” Fritza Langa, filmów noir, ale dodał też od siebie artystycznego połysku, dzięki któremu miasto pod stopami bohatera zdaje się mówić o tematach egzystencjalnych, pustce życiowej we wszechświecie. Motywy postaci uciekającej z cyrku przywodzi na myśl Felliniego, a niektóre ujęcia – jak spotkanie Malkovicha i Cusacka, albo Kleinman krzyczący do kobiety w oknie – każą podejrzewać, że Allen przed 1991 rokiem dał radę zobaczyć jakiś film Beli Tarra.

Najbardziej imponujące jednak w tym wszystkim jest, że „Cienie i mgła” to przede wszystkim film, w którym widać rękę Allena. We wszystkich dialogach słychać jego finezję (tylko on mógł spytać osobę połykającą miecze o to, co się stanie, gdy ta podczas wykonywania numeru dostanie czkawki), a wymowa całości została bardzo uproszczona – nie trzeba znać tych wszystkich nawiązań i inspiracji, ponieważ to jest przede wszystkim opowieść o ludziach obawiających się zaangażowania w związek. To wszystko. Odkładają na przyszłość ślub, decyzję o poczęciu dziecka, karmią się wymówkami i niespełnieniem, zamiast ruszyć do przodu. To wszystko i nic więcej. Pojedynczy dylemat bliski każdej osobie wśród widowni, rozciągnięty na cały film.

A przynajmniej aż do finału, w którym pogoń za mordercą zyskuje wymiar metafizyczny, złapanie go staje się mniej istotne od udzielenie odpowiedzi na pytanie „Co się stanie, gdy go złapiemy?„, a samo zakończenie… To znak zapytania. Jedno z najlepszych, jakie stworzył Allen, obok tych w „Annie Hall” czy „Życie i cała reszta„. Z całą pewnością warto wybrać się w tę podróż.

PS. Obsada jest jedną z najlepszych w historii kinematografii. Wyłączając Madonnę, która mnie nie interesuje, zobaczymy tu takie nazwiska jak: David Ogden Stiers, Mia Farrow, John Malkovich, Donald Pleasence, Jodie Foster, Kathy Bates, John Cusack, John C. Reilly, Kurtwood Smith, William H. Macy, Wallace Shawn i Peter Dinklage. A całość trwa poniżej 80 minut, to musi być jakiś rekord, taka „Cienka czerwona linia” lub „Wszyscy ludzie króla” są o wiele dłuższe.

Woody Allen

Obecnie Woody Allen znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #43

Top

1. Zelig
2. Manhattan
3. Annie Hall
4. Purpurowa róża z Kairu
5. Miłość i śmierć
6. Zbrodnie i wykroczenia
7. Życie i cała reszta
8. Cienie i mgła
9. O północy w Paryżu
10. Złote czasy radia

11. Scoop – Gorący temat
12.Wszystko gra
13. Celebrity
14. Strzały na Broadwayu
15. Wspomnienia z gwiezdnego pyłu
16. Danny Rose z Broadwayu
17. Vicky Cristina Barcelona
18. Bananowy czubek
19. Koniec z Hollywood
20. Śpioch

21. Klątwa skorpiona
22. Drobne cwaniaczki
23. Przejrzeć Harry’ego
24. Bierz forsę i w nogi
25. Jej wysokość Afrodyta
26. Sen Kasandry
27. Seks nocy letniej
28.Tajemnica morderstwa na Manhattanie
29. Słodki drań
30. Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać

31. Mężowie i żony
32. Melinda i Melinda
33. Deszczowy dzień w Nowym Jorku
34. Co nas kręci, co nas podnieca
35. Wnętrz
36. Poznasz przystojnego bruneta
37. Alicja
38. Inna kobieta
39. Wrzesień
40. Wszyscy mówią: kocham cię

41. Sounds From a Town I Love
42. Blue Jasmine
43. Jak się masz koteczku?
44. Zakochani w Rzymie
45. Hannah i jej siostry

Cytaty

Man Ray: Mężczyzna zakochuje się w kobiecie z innej epoki. Ja tu widzę fotografię.
Luis Bunuel: Ja tu widzę film.
Woody Allen: Ja tu widzę sytuację patową.
Salvador Dali: A ja widzę… Nosorożca.
O północy w Paryżu

Jako komik postanowiłem strzelić mu w dupę.
Życie i cała reszta

Tajemnica morderstwa na Manhattanie („Manhattan Murder Mystery”, 1993)

4/5

Allen wykorzystuje tutaj wątki kryminalne do sprowokowania starego małżeństwa, by rozpoczęli rozmowy o ich związku. Ona podejrzewa, że sąsiad zabił swoją małżonkę. On uważa, że to głupoty, ale w końcu sam zaczyna się angażować w rozwiązanie tej sprawy. Równocześnie pytają samych siebie, czy to najciekawsze, co spotkało ich w życiu, czy są po prostu starzy i nudni, czy jeszcze interesują się sobą nawzajem i czy zainteresowanie śmiercią sąsiadki (oficjalnie z powodu zawału serca) nie jest oznaką znużenia partnerem oraz potrzebą znalezienia kogoś innego, z kim będą mieć wspólny język.

I te dwa wątki – kryminalny i terapeutyczny – wchodzą sobie w drogę. Motyw zabójstwa wydaje się przez większość czasu pretekstem do pokazania, jak dwoje ludzi siedzi na ulicy i pilnuje kogoś, rozmawiając wtedy o swoich uczuciach. Dochodzą do tego jeszcze bezpośrednie żarty z konwencji kryminalnej, które stają się żartami tak naprawdę po seansie, kiedy patrzę wstecz i zastanawiam się, jaki był cel tej lub innej sceny – po co w ogóle ona zgubiła okulary podczas włamania się do mieszkania podejrzanego? Wróciła tam potem, aby je odzyskać, a sąsiad sam jej je oddał i nic z tego nie wynikło.

Nie jest więc to film, który ogląda się bez żadnego problemu. Trzeba jednak przyznać, że koniec końców każdy motyw jest spełniony. Intryga kryminalna jest uczciwa (ale inaczej, niż byście podejrzewali lub zakładali), a gdy bohaterowie wyznają sobie miłość na koniec – jest to zasłużone. Fajne to.

Doceniam też takie naturalne podejście do schematu kryminału i pokazanie, jak irracjonalne jest podejrzewanie drugiej istoty ludzkiej o morderstwo. Masz podejrzenia, ale czujesz, że to z tobą jest coś nie tak. Ta egzystencjalna strona filmu podobała mnie się najbardziej.

PS. Ponoć gdzieś na planie kręci się młody Zach Braff, ale ja go tam nadal nie widzę. Przynajmniej już sobie przypomniałem, kogo Allan Alda grał tutaj.

Słodki drań („Sweet and Lowdown”, 1999)

4/5

Allen nie musiał tego robić, ale zrobił. Wciąż są powody, by obejrzeć. W imię muzyki!

Fikcyjny dokument o gitarzyście jazzowym pierwszej połowy XX wieku imieniem Emmet Ray, który był numerem 2 ówczesnej muzyki. Grał jak anioł, porywał tłumy, krążą o nim legendy i tak naprawdę nikt go nie poznał w pełni. Miał problemy z alkoholem oraz osobowością i podejściem do życia – jak przystało na każdą opowieść o artyście.

To coś w rodzaju wypełniacza u Allena. Nie film, który chciał zrobić, ale po prostu chciał zrobić film. Wciąż są tu jego ulubione motywy (jazz i opowieść o muzyku #2 w historii) i interesujące pomysły (wykorzystanie motywu „gadających głów” oraz nielinearna narracja), ale to tyle. Najciekawsze w tym wszystkim jest chyba sparowanie głównego bohatera z niemową płci najpiękniejszej. Ona słyszy i rozumie, chociaż ponoć jest trochę spowolniona – Emmet Ray traktuje ją źle, nawet nie chce z nią rozmawiać, ale ona wciąż przy nim jest, więc on to wykorzystuje i korzysta. Wszystko przez muzykę bohatera, dla której najwyraźniej można cierpieć, byle tylko móc ją usłyszeć. Tylko tyle chciała od życia. Ciekawy obraz!

To oferuje ładny kontrapunkt do głównego motywu opowieści, która jest (chyba) o tym, że artyści to zamknięci do wewnątrz ludzie, skupieni na sobie, cierpiący z tego powodu, ale też cierpiący z wielu innych – i w ten sposób tworzący sztukę.

PS. Polski tytuł jest idealny!

O północy w Paryżu („Midnight in Paris”, 2011)

5/5

Mały film, który może znaczyć dla was bardzo dużo. W Paryżu zawsze powinien padać deszcz.

Gil (Owen Wilson) przyjeżdża do Paryża. Jest uznanym scenarzystą, ale teraz chce napisać powieść. Ma oczywiście problemy z tworzeniem, chce dać światu coś naprawdę istotnego. Jego narzeczona zaczyna fascynować się innym mężczyzną, który zdaje się doskonały w każdym calu. Gil podczas jednego z nocnych spacerów wsiada do taksówki, która przenosi go w czasie w przeszłość, do międzywojennego Paryża, kiedy równocześnie można było spotkać tam Hemingwaya, Bunuela, Salvadora Dali czy Pablo Piccaso. To ulubiony okres historyczny dla Gila, który czuje się tam jak w domu.

Woody Allen w szczery i uczciwy sposób o swoich problemach z kobietami, rozwiązany dzięki magii kina i podróżom w czasie. Widać, że twórca lubi spacerować nocą i rozmyślać nad swoim życiem, to film dla podobnych mu ludzi. O północy w Paryżu jest spełnieniem marzeń o spotkaniu nieżywych idoli, porozmawianiu z nimi i nabraniu perspektywy, uzyskaniu pomocy w trudnej sytuacji. Nie wiesz, czy to co robisz, jest właściwą decyzją – a jeśli nie jest, to co nią powinno być? Bohater jest artystą, więc tworzy sztukę – a tutaj nie ma łatwych odpowiedzi. Nie może polegać na opinii innych, sam sobie boi się zaufać w pełni. O północy w Paryżu jest podróżą do krainy, w której artyści jest lżej. To film, który sprawia, że można poczuć się komfortowo na tym świecie. Czy to poprzez tworzenie takiego tytułu, czy też tylko oglądanie go. Pomaga odciąć się od tego, co jest niepotrzebne – i skupić się na tym, co się kocha.

Pewna część mnie wie, że to nie jest tak wyjątkowy film. Ba, można wręcz posądzać ten tytuł o to, że jest powtórką z rozrywki, a autor jedynie scenografię zmienił. Prawda jest taka, że obiektywnie to tytuł poprawny i zasadniczo dosyć prosty oraz banalny w swoim przekazie. Podróż bohatera nie jest zbyt skomplikowana i tak naprawdę rozwiązana jest w jednej rozmowie. Kolejne podróże w czasie i spotkania z ludźmi z przeszłości to niemal wyłącznie atrakcje same w sobie, bez konkretnego połączenia z problematyką protagonisty. Faktem jednak jest też, że ten film nawiązał ze mnie relację. O północy w Paryżu jest mi zaskakująco bliskie – pokazuje życie od tej lepszej strony i przekonuje, że może być lepiej. Nawet jeśli to nic pewnego. Czasami w prostocie siła. Jest elegancki, ciepły i pewnie warty powtarzania wyłączenie za potrzebą. A to nie jest tak mało.

Blue Jasmine (2013)

3/5

Zdaje się, jakby były tu tylko wątki poboczne, i każdy z nich zmierzał donikąd. Bo zamiast opowiedzieć historię, chciano opowiedzieć postać. Która była nudna. Nie przedstawiono jej w ciekawy sposób, wszystko co do niej czułem to niechęć. Ale tylko z początku, potem była już tylko nuda i nuda. Allen wcale jej nie chwali, raczej tylko obserwuje i zauważa, że nie ma dla niej ratunku. W ciągu pierwszych kilku minut. A przez następne półtorej godziny niczego nie zmienia. Nie żartuję, jedna z pierwszych scen – Jasmine wraca do siostry i opowiada, jak to nie ma pieniędzy. Ale tamta zauważa, że przyleciała pierwszą klasą. Ok, zrozumiałem. A kilka sekund później – „Nie masz pieniędzy? To skąd masz taką drogą torebkę?”. Cały film to tylko kolejne przykłady na których opowiedziane jest to samo, co zostało przekazane na samym początku.

Dodać do tego brak zakończenia i mamy film, który można ominąć. Zresztą, czy Allen nie zrobił już tego filmu 20 lat temu? Alicja się nazywał… W sumie, jakby się nad tym zastanowić, to nie dziwię się Allenowi, że opowiada taką historię, skoro wciąż są ludzie którzy potrzebują ją usłyszeć.

Deszczowy dzień w Nowym Jorku (2019)

3/5
Związek kontra Nowy Jork, który pozwoli poznać samych siebie. Plus za wspomnienie Hamiltona. 
 
Dwoje młodych ludzi jedzie na weekend do Nowego Jorku. Ona ma przeprowadzić wywiad z reżyserem, a potem wróci do Niego i razem będą spędzać czas. Historia potoczy się jednak inaczej, rozdzielenie będzie się przedłużać i każde z nich zostanie wystawione na nowe rzeczy, które zainspirują ich do przemyślenia pewnych rzeczy. 
 
Są problemy z tym filmem. Nie wszystkie wątki się kleją, część scen wydaje się zrealizowanych przez inną ekipę (drugiej kategorii, ale ta pierwsza też jakąś specjalna nie jest), a tempo historii nie jest angażujące. Nadal jednak jest w nim to ludzkie podejście do bohaterów w stylu Allena, do ich niepewności i zmęczenia nią. Nadal jest to wyraz miłości do Nowego Jorku i niespodzianek, jakie to miasto może sprawić. Nie ma w tym szczególnej energii czy siły przebicia, ale te dwie godziny nadal są miłym epizodem w życiu każdego kinomana.