Won’t You Be My Neighbor? (2018)

Won’t You Be My Neighbor? (2018)

12 listopada 2018 Opinie o filmach 0
Won't You Be My Neighbor
Morgan Neville

Miłość do ludzi w wymagających czasach. Robi ciepło na serduszku.

Fred Rogers miał oddać się religii, ale zobaczył telewizję i zapragnął dodać do tego kilka groszy od siebie. To był początek medium, lata 50., wtedy nawet przyszły odtwórca roli MacGyvera był dzieckiem. A co było w telewizji dla szkrabów? Właśnie niewiele. Rogers zaryzykował, postawił na jedną kartę, improwizował, ale stworzył program dla najmłodszych. Pełen atrakcji, zrozumienia, jasnych zasad oraz dobrej woli. Jego występ cechował się przede wszystkim szacunkiem ciszy, spokoju oraz odbiorcy, ale to tylko początek.

Oczywiście, istotny był co prawda kontakt na co dzień – czyli nowatorskie podejście do dzieci – ale dokument „Won’t You Be My Neighbor?” tego nie omawia zbytnio. Głębiej omówiono te wyjątkowe momenty, gdy dzieci miały pytania, a dorośli mieli problemy ze stanięciem na wysokości zadania i wytłumaczeniem tego, co się stało. Wojna w Wietnamie, tragedia rakiety kosmicznej eksplodującej zaraz po starcie, dzieci chorujące i lądujące na wózkach do końca życia. Gość na ulicy wyrzuca czarnoskórych ludzi z basenu, Rogers na wizji zaprasza czarnego policjanta do wspólnego moczenia nóg w ogródku, w basenie dziecięcym.

Rogers nie tylko miał odwagę poruszać wszystkie te tematy, on też umiał to zrobić. Był człowiekiem świadomym istotności rozmawiania z kimś, kto ma problemy w życiu. Był świadomy, że dzieciom trzeba umieć wytłumaczyć wiele rzeczy. Był człowiekiem z misją. Ludzie przez kilka dekad włączali telewizję tylko po to, by usłyszeć od niego, że są specjalni, że kocha ich za to, jacy są. W pewnym momencie oglądania „Won’t You Be My Neighbor?” cała ta dobra wola autentycznie rozsadza ekran.

Temat na kilometr wyprzedza warsztat reżyserski dokumentu – i to jest największą wadą tej produkcji. Twórca nie miał żadnego pomysłu na ujęcie historii poza jej prostym przedstawieniem. Chronologia, ludzie gadają od siebie, jakiś kontekst, żeby był, skupiamy się na tych najbardziej dramatycznych przykładach dobroci Rogersa, na ostatnie 10 minut trochę mniej pozytywnych rzeczy, kończymy na uśmiechniętych ludziach i to tyle. Pośpiech zresztą też widać, jakby autorzy bali się zostać z bohaterem na dłużej i podejść do wszystkiego w wymagający sposób. Nie, dostaliśmy tylko laurkę dla Rogersa.

Laurkę pełną miłości, od której ciepło na serduszku. Można uronić łzę, można się poczuć trochę lepiej na tym świecie. Nie możemy jako widzowie powiedzieć, że go poznaliśmy, nie możemy o nim rozmawiać, nie możemy go krytykować ani bronić (patrz ramka), ale za to otrzymaliśmy sygnał, że Fred Rogers był. Kiedyś. Dobrze, że był ktoś taki jak pan on.

Gdzie zobaczyć?

Za reżyserię odpowiada gość imieniem Morgan Neville, który zrobił co najmniej dwa dokumenty dla Netfliksa – jeden poświęcony powstawaniu ostatniego filmu Orsona Wellesa („Pokochają mnie, gdy będę martwy„) oraz „Keith Richards: Under the Influence„, w którym gitarzysta Rolling Stones opowiada o tym, jak już się wyszalał. To pozwala mi podejrzewać, że „Won’t You Be My Neighbor” też kiedyś trafi na Netfliksa. Bo czemu nie?

Spoilerowe PS

Szkoda, że tak zaczęli w pewnym momencie jechać po Rogersie. Nie krytykować, bo ich uwagi nawet miałyby sens, ale właśnie oni jechali. A przynajmniej we fragmentach udostępnionych widzowi, co pozwala mi podejrzewać, że trochę tu manipulowali tym „negatywnym odbiorem”. Niejako zgadzam się z tym, że Rogers mógł wyraźniej zaznaczyć, co miał na myśli – że kocha dzieci i ludzi za ich potencjał, a nie za to, że już teraz są nie wiadomo kim. Jednak tutaj wychodzi niski poziom merytoryczny dokumentu. Tak naprawdę trzeba by teraz samodzielnie zgłębić temat, obserwować i wyrobić sobie własne zdanie, dopiero potem rozmowa byłaby możliwa. W tym dokumencie jednak nie ma miejsca na własne zdanie.