Witaj w klubie („Dallas Buyers Club”, 2013)

Witaj w klubie („Dallas Buyers Club”, 2013)

9 marca 2014 Drama 0
Witaj w klubie

Świetny film. Porusza dobry temat, wykorzystuje go z pasją godną takiej właśnie sprawy, zachowując przy tym sporą realistyczną i naturalność.

Południe USA, lata 70-80’te. Ron Woodroof to zasadniczo przedstawiciel białej hołoty. Uprawia hazard, mieszka w przyczepie, nienawidzi pedałów. Do tego ćpa, chleje, dupczy i nie ma brody. Pracuje jako elektryk – w czasie wykonywania zawodu poraził go prąd – po przebudzeniu w szpitalu usłyszał wyniki badań krwi: jest źle. Doktor dziwi się, że ten wciąż żyje! Ma AIDS i dają mu najwyżej 30 dni życia… I tu się zatrzymam – bo jeśli myślicie, że to opowieść o czekaniu na śmierć, docenianiu życia i wewnętrznej przemianie… To się grubo mylicie. Fabuła „Dallas Buyers Club” jest olbrzymia, rozpisana jak serial, z wprowadzaniem różnych postaci i przedmiotów, powracaniem do nich, ciągła zmiana stylu niczym w „Psychozie” (tam było kino drogi, psychological drama, legal drama). A do tego trwa tylko dwie godziny! Historia ciągle zaskakuje, utrzymując przy tym bardzo dobre tempo. Nie ma tu wprowadzenia w ciągu 10 minut – dość napisać, że dopiero w połowie seansu dowiedziecie się, czym jest tytułowy klub!

Wielka zasługa w tym wszystkim głównego bohatera, który zrobi wszystko byle tylko przeżyć – brzmi banalnie, ale różnica jest taka, że on to naprawdę zrobi. Gdy usłyszy, że w szpitalu zaczęli testować nowy lek dla chorych, nawiąże kontakt z pielęgniarzem, by mu kradł ze szpitala. A gdy okaże się, że owe leki nie są zbyt skuteczne, a badania tego dowodzące nie zostaną opublikowane w Stanach?… Co w tej sytuacji może zrobić bohater taki jak Ron? Oczywiście pozostanie sobą.

Nie wiem, o czym jeszcze napisać, o czym mi wolno bez zdradzania za wiele. Fabuły nie chcę zdradzać za skarby!, ale są momenty, które przeszkadzają – o tym zawsze dobrze napisać! Na przykład kilkukrotnie na ekran przebiła się Hollywoodzka przesada. Bohater na jednym ujęciu biorący leki, o które walczył jak lew, by kontynuować życie, a popija je piwem i dopycha ścieżką białego proszku. Kwestia postaci – każda jest potrzebna i za to brawo, ale… gdzie ich osobowość? Głównego bohatera to nie dotyczy, on prowadzi cały film w pojedynkę. Doktor w Meksyku też ma dobrą historię i określony charakter. I tyle, każda inna postać to po prostu kukła, która bierze się znikąd, nie ma zdania i ma za zadanie tylko mechanicznie wypełnić swoją rolę w fabule. Rayon, gej lubiący się ubierać w damskie ciuchy, to po prostu typowy gej przebierający się za kobietę. Widziałeś takiego wcześniej, widziałeś i w tym filmie. Tym gorzej, im wcześniej zaczniecie się zastanawiać, co on tak naprawdę wnosi do historii… i domyślicie się zakończenia.

Wiecie, w pewnym momencie podczas oglądania zacząłem się zastanawiać, czy to nie jest prawdziwa historia. Więcej: chciałem, by była prawdziwa. Świetny film. Porusza dobry temat, wykorzystuje go z pasją godną takiej właśnie sprawy, zachowując przy tym sporą realistyczną i naturalność. Bardzo dobrze się to ogląda!