Bardzo dziki kraj („Wild Wild Country”, 2018)

Bardzo dziki kraj („Wild Wild Country”, 2018)

9 stycznia 2019 Opinie o serialach 0
wild wild country
Sześć odcinków po 65+ minut

Jednostronny, stronniczy antydokument pozbawiony jakiejkolwiek wartości.

A więc jest historia o tym, jak indyjski guru sekty przybywa do Stanów Zjednoczonych, kupuje kawałek ziemi (na Wikipedii pisze, że to jego wyznawcy kupili, on nie miał z tym nic wspólnego), gdzie osiada razem ze swoimi wyznawcami i sobie tam żyją.

Dokument nie sprawił, że mogłem ich zrozumieć. „Uczniowie” guru mówią tylko trzy rzeczy: wcześniej byli nieszczęśliwi, teraz są szczęśliwi i kochają swojego guru. Nikt nie zadaje pytań o to, dlaczego wcześniej byli nieszczęśliwie albo w jaki sposób stali się szczęśliwi. Zupełnie jakby twórcy przyjmowali za coś naturalnego bycie nieszczęśliwym bez guru. Dodam, że nowy styl życia uczniów nie wydawał się wymagać osób trzecich. Wydaje się, jakby po prostu potrzebowali wyjechać na wieś, a przynajmniej mierna jakość ekspozycyjna tego tytułu pozwala na dojście do takich wniosków.

Poglądy guru również nie są interesujące, przekonywujące lub przedstawione w stopniu zbliżonym do zadowalającego. Mówimy tu o typowym „za dużo myślicie, umysł nie może dobrze pracować, kiedy myślicie” i inne banały o miłości czy harmonii. Żadnych konkretów, a przynajmniej Wild Wild Country czy Wikipedii ich nie podaje. Z całą pewnością nie są to słowa, które stanowiłyby dla mnie wyzwanie, mogłyby przekonać do zmiany poglądów, stylu życia lub czegokolwiek w tym stylu. Mam za to pewność, że słowa guru to kropka w kropkę podążanie według monologu „Jak rządzić człowiekiem” z książki Źródło Ayn Rand. Monolog ten kiedyś przepisałem i wstawiłem na bloga. Możecie poczytać pod tym adresem:
http://garretreza.pl/zrodlo-fragment/

A więc mamy mnóstwo pytań i żadnych odpowiedzi. Co teraz zrobią twórcy? Będą unikać odpowiedzi – zmieniając temat. Guru po osiedleniu się w Stanach razem ze swoimi wyznawcami prowadzi życie, ale sąsiedzi ich nie chcą. Dlaczego? Cóż – tutaj trzeba by dużo tłumaczyć i przedstawić, ale twórcy Wild Wild Country do tej pory unikali przedstawiania i tłumaczenia czegokolwiek, więc teraz też uznali, że nie będą tego robić. Sąsiedzi i wkrótce całe Stany chcą, żeby guru wypierdalał razem ze swoją sektą. Jeśli nie widzicie w tym sensu, to spójrzcie na to od tej strony: teraz sekta nie musi bronić się przed racjonalnością, czyli zadawaniem pytań. Teraz broni się przed głupotą w postaci szalonych sąsiadów z pochodniami w rękach.

Sekta jest na tym etapie przedstawiona wyłącznie jak dar boski dla ludzkości: mała społeczność żyjąca w szczęściu. Reakcje sąsiadów zamykają się z kolei w jednym słowie: nienawiść. W telewizji spiskują i węszą, że osiedle sekty przybliża apokalipsę. Typowy obywatel mówi do kamery zdania w stylu: „Wolna miłość? Ale bym im wpierdolił, to by im się odechciało pedałowania!”. I w ten sposób Wild Wild Country już nic nie musi. Teraz można już tylko się bronić przed tą napaścią i korzystać z licznych okoliczności na mówienie zdań w stylu: „Nikomu nie przeszkadzaliśmy, chcieliśmy tylko być szczęśliwi”. Banalny zabieg manipulacyjny, żeby podtrzymać pokazywanie sekty w lepszym świetle. Tu nie chodzi o fakty.

Taka sytuacja sprawia mi ból z co najmniej trzech powodów: po pierwsze wiem co nieco o ówczesnej sytuacji w Stanach, więc mam świadomość, że twórcy wygodnie dla siebie pomijają w zasadzie wszystko, co tylko się dało o kontekście kulturalnym, społecznym czy filozoficznym. Po drugie przedstawiają drugą stronę (sąsiadów) w sposób wyrywkowy, dopuszczając do głosu wyłącznie typowego konserwatywnego obywatela, który zatruł własną krew, byle tylko nie miała czerwonej barwy. To zresztą przykład tego, jak źle twórcy Wild Wild Country opowiadają – bo czemu zarzut komunizmu był tak wtedy istotny? Nikt tutaj nie stara się przedstawić drugiej strony i zachować jakiegokolwiek obiektywizmu – zamiast tego „my=dobro” i „oni=zło”. I to jest trzeci minus. Tym samym twórcy popełniają błąd, który zarzucają w swojej produkcji społeczeństwu amerykańskiemu. Jedyna różnica jest taka, że oni go faktycznie popełniają i nie ma tutaj żadnych wątpliwości, a co do owego społeczeństwa, to można też założyć, że po prostu o czymś nie wiemy. Może dałoby radę zrozumieć całą sytuację i ich zachowanie, gdyby je należycie przedstawić?

Jednak Wild Wild Country jest chyba ostatnim tytułem, który można by podejrzewać o takie rzeczy. Wciąż nie można też zapomnieć o tym, że również zachowanie „tych dobrych” wcale nie było wytłumaczone. Zamiast tego otrzymujemy wypowiedzi w stylu:

I don’t think there has ever been a city that’s been laid out and built like this. A city that would be basen on love and compassion and sharing, rather than ownership and greed and anger (…) The people who lived there… actully knew they were building that

A to niczego nie wyjaśnia. To jest jedynie czysta manipulacja – i to tak bezczelna, że jestem w szoku. Przecież to nawet nie stanowi żadnego wyzwania. Po pierwsze: nigdy w całym dokumencie nie było wspomniane, że jakiekolwiek miasto było zbudowane w oparciu o złość i chciwość, nie podano przykładu, nie zgłębiono tego tematu i nie wiem, co chciano przez to powiedzieć. Nie wyjaśniono, na czym polega grzech „bycia właścicielem” – co z ludźmi takimi jak ja, którzy mają świadomość, że prawo do własności jest podstawą cywilizacji? Przecież bez takiego prawa inni mieliby prawo do grabienia owoców mojej pracy. Jak bez niego można coś zbudować? Takim ludziom tylko napluto w tym momencie w twarz, ale też nie wyjaśniono, w jaki sposób twór sekty funkcjonuje bez tego prawa, jednocześnie stosując go. Hipokryzja i tyle, ale liczy się tylko wspomnienie, że prawo własności jest czymś złym – w przeciwieństwie do miłości i dzielenia się, chociaż przecież prawo własności JEST wyrazem miłości do człowieka jako istoty i przyznaniem, że ten ma prawo do tego, co stworzył. Jak więc w takim razie sekta pojmuje miłość? Nie wiadomo. Proste rozpracowanie ich słów, takie rzeczy można robić na pełnym automacie.

Problem w tym, że tak jest przez cały seans Wild Wild Country. Niczego nie można zrozumieć, nic nie jest tłumaczone, a umysł widza co najwyżej od czasu do czasu musi się bronić przed oczywistą manipulacją. Potem tylko dochodzą jeszcze kwestie logistyczne dotyczące funkcjonowania wspomnianej społeczności – np. po co im był guru? Czemu nie mogli tego swojego miasteczka kontynuować bez niego? Czemu musieli być nieszczęśliwi? Czemu byli nieszczęśliwi wcześniej, przed przybyciem guru, czemu dopiero on dał im szczęście, jak je pojmowali? Tyle pytań, żadnych odpowiedzi, chociaż to właśnie byłoby oznaką humanitaryzmu i godnego traktowania tych wszystkich ludzi.

Finał tej opowieści jest naprawdę bezczelny. Nie dość, że twórcy dopuszczają się do narzucania własnej interpretacji faktów (nie żeby robili to pierwszy raz, ale w finale to szczególnie razi), to też nadal odmawiają tłumaczenia czegokolwiek. Jak można dostać cztery lata więzienia za próbę zabicia? To mnie przerasta, a twórcy wcale nie mają zamiaru pomóc. Jak widać, skoro metoda nie działa, to nie wypada zmieniać jej na samym końcu. Wolą z całych sił przedstawić niedoszłego mordercę w ciepłym świetle. Naprawdę!

Najlepiej można podsumować to cytatem fragmentu rozmowy dziennikarza z osobą odpowiedzialną za cały ten burdel, jakim były zamieszki między sektą i sąsiadami.

Are you sorry about anything that happened in Oregon, the people that did get sick, the people that did get hurt by all of this? Do you have any remorse?
– People get sick all over the world on daily basis. Why should I feel remorse? I feel bad that Oregonian made the same mistake. They made it in trating black, American Indians, Mormons, Catholics and any other minorities they have treated up till now. That I felt bad for. But, hey, I never claimed to change humanity. I still don’t.

Dziennikarz zapytał o to, ponieważ wspomniana osoba była odpowiedzialna za wszystkie te przykrości, delikatnie mówiąc (jakieś zatrucie salmonellą, drobnostka). Osoba ta, zamiast odpowiedzieć na pytanie, wolała zmienić temat i zaczęła oskarżać ludzi, których nie lubiła, o rzeczy, na które nie ma żadnych dowodów, ale nie musi ich przecież mieć. Wystarczy tylko ich zakwalifikować do tej samej grupy razem z pewnymi złymi ludźmi i po problemie. Skoro jedno z was zrobiło coś, to na pewno wszyscy z nich są w stanie zrobić każde zło, jakiego człowiek się w swej historii dopuścił. Na koniec jeszcze dorzuciła, że to człowiek, jako istota, jest zły. Tak właśnie wygląda wyrażenie miłości przedstawiciela sekty głoszącej miłość i harmonię i współpracę i inne dobre rzeczy. Koniec końców nienawidzą ludzkości. To naprawdę jest banalne i nie stawia przede mną żadnego wyzwania do analizy. Ponad sześć godzin seansu i nic się nie zmieniło.

Wild Wild Country zostało stworzone przez ludzi, których nie interesuje rzeczywistość. Nie mają śladu szacunku dla drugiej osoby i stworzyli ten film tylko po to, żeby przedstawić swoją stronę w najlepszym możliwym świetle, a stronę swoich przeciwników przedstawić w jak najgorszym. Powstał jednostronny, stronniczy antydokument pozbawiony jakiejkolwiek wartości – czy to humanitarnej, czy też encyklopedycznej. Na koniec zostałem sam z uczuciem zmarnowanego czasu i mnóstwem pytań, które rozsadzają wszystko, co ten tytuł sobą reprezentuje.

Chcecie więcej?

Jeśli interesuje was ten temat, ale chcecie go otrzymać w lepszej formie, zobaczcie poniższy materiał. Nie wiem, czy jest w bazie którejś polskiej strony internetowej, ale faktycznie przedstawia życie wspomnianej sekty. Medytacje, rozmowy i nauki. Wild Wild Country nic z tego nie pokazuje.

Znalazłem też odcinek serialu dokumentalnego dotyczącego kulis zamachu terrorystycznego, którego sekta się dopuściła. W dokumencie Netfliksa ten temat jest ledwo dotknięty. Nie oglądałem, polecić nie mogę, ale informuję, że taki odcinek istnieje. Tytuł serialu to Akta zbrodni (Forensic Files), tytuł odcinka to Bio-Attack (7×08)