Wes Anderson

Wes Anderson

9 sierpnia 2020 Opinie o filmach 0
grand budapest hotel wes anderson

Kochankowie z księżyca ("Moonrise Kingdom", 2012)

5/5

Mój problem z kinem Andersona jest taki, że jego produkcje często są ładne i przyjemne, ale nie mogę potem znaleźć odpowiedzi na pytanie: po co? O czym to było? Potrzebowałem dużo czasu, aby zaakceptować, że można tak wiele pracy włożyć w coś z bardzo prostych pobudek – jak np. realizować dwa lata animację poklatkową, aby dać wyraz swojej miłości do psów. Anderson często spełnia swoimi obrazami różne fantazje i najczęściej nasze wrażenia z oglądania jego filmów uzależnione są od tego, czy potrzebujemy tych samych fantazji, co reżyser.

W Moonrise Kingdom Anderson fantazjuje, jak to jest uciec z domu i znaleźć kogoś, kto cię rozumie, a ucieczka wywołuje we wszystkich poruszenie i wewnętrzną zmianę. Nie ma we mnie nic z eskapizmu i w ogóle nie uważam, że kino powinno się bawić w takie rzeczy, ale jednak przyznaję: to miła fantazja. Anderson realizuje ją bezbłędnie – nie trzeba się w jego wizji zatracać, uciekać do niej. Dostarcza nam baśń, która staje się marzeniem dla ludzi żyjących w czasach, w których zapomnieliśmy, jak to jest mieć marzenia.

Ładne to kino. Wyspa i prawdziwe obiekty, którymi kamera manipuluje, aby uzyskać piękne kompozycje. Mnóstwo ruchu w całym kadrze, nad którym reżyser wspaniale panuje. Młoda obsada, która została poprowadzona idealnie – główni bohaterowie są pełni pewności siebie, a oglądając ich, całkowicie zapominałem o tym, jak zazwyczaj wygląda oglądanie młodych na dużym ekranie, szczególnie w tak wrażliwych i delikatnych fabułach. Mnóstwo tutaj humoru, szczególnie wizualnego. Najważniejsza jednak jest ta fantazja – ucieczka z domu, znalezienie kogoś, kto cię rozumie, komfort bycia sobą. To do mnie przemawia.

I always wished I was an orphan. Most of my favorite characters are. I think your lives are more special.
– I love you, but you don’t know what you’re talking about.
– I love you, too.

Wes Anderson

Obecnie Wes Anderson znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #33

Top

1. Moonrise Kingdom
2. Pociąg do Darjeeling
3. Genialny klan
4. Grand Budapest Hotel
5. Rushmore
6. Wyspa psów
7. Fantastyczny Pan Lis
8. Hotel Chevalier

Grand Budapest Hotel (2014)

4/5

Pamiętaj widzu o czasach minionych, gdy ludzie mieli klasę, bo to nie czasy, ale pamięć o nich tworzyła elegancję. I może do tego wystarczyć nawet jeden człowiek – zdaje się mówić swoim najnowszym filmem Wes Anderson. Grand Budapest Hotel to budynek, który spaja ze sobą cztery linie czasowe w formule szkatułkowej. W dzisiejszych czasach dziecko otwiera wspomnienia człowieka, który w młodości wysłuchał opowieści starszego człowieka, który był tu chłopcem na posyłki w latach 30 XX wieku. Poznał wtedy ówczesnego właściciela, Gustava H., który całym sobą uosabiał czasy, które już wtedy były minione. Czasy, w których liczyły się maniery, elegancja i styl. Nic innego nie liczy się w całym filmie. Fabuła nie może się zacząć przez prawie 30 minut, a potem ledwo mnie obchodził jej rozwój i nie dbałem o różne sztuczne zbiegi okoliczności. Postaci żyją w pamięci widza dzięki aktorom, którzy ich grali – zresztą większość z nich wydaje się stworzona tylko dlatego, że kolejna sympatyczna aktorka lub aktor poprosili o mały epizod. W większości też nie doczekali się sensownego zamknięcia, podobnie jak pewne wątki fabuły. A jednak nie ma to żadnego znaczenia. Nie obchodziło mnie, że trudno jest streścić, o co w tym filmie chodzi albo że na drugi dzień mógłbym wyróżnić tylko jedną jedyną scenę. Ten film nie potrzebował takich limitów, umie coś wyrazić i bez nich. Grand Budapest Hotel ma swój urok, a czas z nim spędzony nie jest stracony. Pozwala coś zyskać: po obejrzeniu pragnie się mieć klasę. Tak po prostu. Chociaż w zasadzie nie wytłumaczono dobrze, co to znaczy, a kilka momentów tej lekcji jest przynajmniej wątpliwych.

O tym ten film jest, temu wszystko podporządkowano. Na drugi dzień niewiele w pamięci zostaje, trudno coś wyróżnić, zostaje jedynie bardzo pozytywne wrażenie, czyli pamięć. Wspomnienie podróży przez styl Wesa Andersona, który w szachach nie korzysta z gońca. Choć przeważają tu elementy czarnej komedii, są tu sceny thrillera, dramatu, akcji, kina więziennego, wojennego oraz romansu. Świat stworzony na potrzeby tej opowieści jest cudowny.

Od teraz wąsy Anthony’ego Kiedisa wyglądają mniej głupio.

grand budapest hotel anderson 2014

Wyspa psów („Isle of Dogs”, 2018)

4/5

U Andersona pies przytulony przez człowieka pyta widza, jak ma się w tej sytuacji czuć. To się musi podobać.

Akcja dzieje się w Japonii. Tytułowe miejsce zostało stworzone w obliczu zagrożenia, jakim jest choroba roznoszona przez psy. Czworonogi zaczynają tam nowe życie, walcząc między sobą i żywiąc się śmieciami. Wydaje się, że nie ma już nadziei na zmianę, kiedy na wyspie ląduje chłopiec mający zamiar odzyskać swojego ukochanego psa.

Wes Anderson nic nie stracił ze swoich umiejętności, jego najnowsza produkcja wciąż jest na granicy przereżyserowania – przestylizowania, przeładowania przeróżnymi detalami i szczegółami, zbytniej mechanizacji w stosowaniu zabiegów. Czuć wyraźnie, że ten film był osobistym wyzwaniem realizacyjnym – najwidoczniej animacja poklatkowa sama w sobie nie jest już wystarczająco trudna. Teraz Anderson musiał aranżować sceny złożone, pełne ruchu i wydarzeń na każdym planie, wszędzie jest jakiś element do poruszania się. Tutaj ktoś biegnie, tam trwa walka, a nad tym wszystkim jeszcze latają dodatkowe elementy i również one biorą udział w akcji – a przecież jeszcze trzeba zadbać o czytelność prezentacji tego wszystkiego dla widza, dzielić akcję na mniejsze wątki. To byłoby trudne nawet jako standardowa animacja, a tutaj mamy kukiełki! I to wciąż mało było dla Andersona, bo ten wymyślił sobie cwany zabieg z funkcją języka oraz napisów w swojej produkcji. Otóż: każdy w Wyspie psów gada w swojej ojczystej mowie, a jego słowa nie są tłumaczone. Akcja z kolei dzieje się w Japonii, więc widz jest zmuszony patrzeć na większość zachowań bohaterów i interpretować je na zasadzie kontekstu czy też domyślania się, o co im chodzi. Wyjątkiem są tylko psy – główni bohaterowie i to właśnie ich szczekanie zostało przez twórcę przełożone na język angielski. Ma to znaczenie narracyjne – pomaga wczuć się w postaci wiodące oraz obserwować zachowanie ludzi z pozycji czworonoga – ale też było wyzwaniem dla autorów. Połowa filmu miała być nieczytelna w zaplanowany sposób i trzeba było to zrobić tak, żeby widz zaakceptował taki zabieg.

W produkcję Wyspy psów włożono więc mnóstwo wysiłku i pracy, to niebywałe osiągnięcie artystyczne, jak i osobiste dla reżysera. Co się za tym więc kryje? W zasadzie nic, a przynajmniej na poziomie historii czy bohaterów – czyli jak zawsze u Wesa Andersona. Fabuła to w zasadzie jeden człowiek robiący coś głupiego, a potem to odkręcamy i wracamy do punktu wyjścia. Bohaterowie niczego nie osiągają ani też niczego sobą nie prezentują – poza miłością do psów. I wydaje się, że tylko o to w tym wszystkim chodzi. Treść filmów Andersona zawiera się w poruszanych motywach i ten jest tym razem dominujący: wyrażenie miłości do czworonogów. Można dostrzec ślady innych – jak choćby ukazanie niewinności poznawania świata poprzez plotki czy mity, zawierzenie innym w to, co mówią, jakby to była udowodniona prawda, kiedy rzeczywistość okazuje się inna. Słyszysz coś o kimś, potem poznajesz tę osobę w rzeczywistości i ta okazuje się zupełnie inna. Na początku wydawało się to niewinne, ale mogło przynieść poważne konsekwencje. Wydaje się, jakby to pochodziło z filmu dla dzieci, a Wyspa psów zawiera poważne sceny brutalności czy też szokuje sugerowaniem poważnej sceny śmierci. Jeśli o mnie chodzi, to takie rzeczy właśnie chciałbym oglądać w przedszkolu, ale nie wiem, jak inni.

Moje obawy przed seansem potwierdziły się więc – na czas seansu byłem pod wrażeniem umiejętności artystycznych twórcy, czerpałem przyjemność z jego stylu i humoru, a takie „Nie jesteś naszym przywódcą” pewnie będę cytować jeszcze przez długi czas. Po seansie z kolei czuję się pusty. Został tylko żal, że wszystko to było jedynie po to, aby sam reżyser mógł się pobawić – a dla widza nic z tego nie zostało.