Strażnicy („Watchmen”, 1986-)

Strażnicy („Watchmen”, 1986-)

09/04/2019 Opinie o filmach 0
watchmen
Alan Moore
Zack Snyder

Temat zbiorczy, w którym opowiadam o moich uczuciach względem komiksu „Watchmen” oraz jego rodziny – a w przyszłości również napiszę o serialu!

5/5
watchmen comic cover

Komiks (1986-1987)

Premiera komiksu odbyła się w latach 80., kiedy to komiksy (szczególnie w USA) przynosiły nadzieję, były naiwne i proste, miały być tylko dla dzieci. W telewizji widzimy nadciągającą trzecią wojnę światową, świat idzie w ruinę, wszyscy wciąż posypują głowę popiołem po wojnie w Wietnamie. W takim świecie premierę mają Strażnicy. Na okładce prezentują się bohaterowie w śmiesznych strojach. Unosisz twardą okładkę i zaczynasz czytać pierwszą stronę. Pierwsze trzy kadry wyglądają właśnie tak:

watchmen panel 2

Słowa te znane są z ekranizacji, ale tutaj nabierają dodatkowej siły, bo są przed całą resztą. Nie znamy jeszcze bohaterów czy świata, bo najpierw poznajemy te słowa. Czytałem je kilka razy z rzędu, gdy tylko dostałem komiks do ręki, i w tej formie włos się jeży na głowie. Oto uświadamiamy sobie, że trzymamy w dłoni opowieść o świecie tak złym, że superbohaterowie odmawiają ratowania go.

Nie jest to pierwszy raz, kiedy się spotykam z podobnym stanowiskiem. Choćby Batman zastanawiał się, po co są jego trudy, skoro przestępczość w Gotham nie spada. Strażnicy stoją przed innym problemem: czy walka z przestępczością w ogóle coś znaczy? Czy sprawiają oni, że jest mniej zła na świecie? Czy grupka gości w kostiumach może cokolwiek zmienić, jeśli spojrzy się na pełny obraz sytuacji?

To opowieść bardzo specyficzna, pozbawiona konwencjonalnych metod opowieści poprzez wydarzenia i zwroty akcji. Wydaje się, jakby trudno było określić, czy w ogóle cokolwiek się dzieje. To tytuł, w którym postaci i poruszane motywy są fabułą. I to opowiedzianą z taką siłą, że musiałem się nad tym pochylić, zaangażować i następnie odnaleźć w tym nowym świecie, w którym ja już znam ten komiks. To, jakl twórca był zaangażowany w troskę o świat, jak chciał zrobić coś ważnego i jak wiele kunsztu włożył w skrupulatne kostruowanie swojej opowieści przekraczającej wyobraźnię… To wszystko mi po prostu imponuje. Ten komiks mi imponuje.

A jeśli widzieliście film i myślicie (jak ja swego czasu), że już znacie treść, bo widzieliście film – to wiedzcie, że zmian jest dużo i widać, że film jest jedynie adaptacją. I to ona tak naprawdę jest tu ciekawostką z kilkoma swoimi momentami wartymi uwagi, nie na odwrót. Znałem tę historię, ale czytałem ją w napięciu. Lektura ostatnich trzech rozdziałów uważam od tego momentu za obowiązek każdego człowieka. Potężny, monumentalny moment, który będę pamiętać do końca. Powrót każdej postaci, Adrian krzyczący „Udało się!”, ostatnie słowa Manhatanna… Miejcie pewność, że poznacie je w swoim życiu. Kiedyś.

Adaptacja

Podstawowa różnica jest taka, że film chciał przede wszystkim zaakcentować swój własny głos i charakter. Zaczyna się od malowniczej sceny walki, której w zasadzie w komiksie nie ma jako takiej. W tle leci piosenka, która leci też w komiksie, ale w zupełnie innym momencie (którego nie ma w filmie). Scena bardzo liryczna, ale nic nie mówi o samym filmie czy bohaterach. Pełni jedynie rolę ustawiającą styl oraz dramaturgię (zaczynamy sobie zadawać takie pytania jak: kim są walczący, dlaczego walczą i co znaczyły ostatnie słowa Komedianta? Dzięki temu w napięciu oglądamy resztę tego długiego filmu).

Komiks z kolei chciał przede wszystkim zaakcentować swoją myśl przewodnią. Podobnych różnic w ekspresji artystycznej jest mnóstwo (w filmie Rorchach najpierw zostaje zaatakowany, przed czym się broni – w komiksie nie czeka, aż groźby będą spełnione, tylko od razu unieszkodliwiania swojego przeciwnika. Efekt jest taki, że postronni widzą go jako zagrożenie, ślepi na przyczynę całego wydarzenia, a film złagodził całość), a zakończenie to już zupełnie inna sprawa. Wydarzenia niby są te same w obu mediach, ale siła i ekspresja komiksu są niesamowite. Film nawet nie myślał uzyskać czegoś podobnego. Komiksem naprawdę się przejąłem, było mi żal wszystkiego i zostałem prawdziwie zaangażowany, bo sami bohaterowie są przejęci kondycją świata. Rozmawiają o tym, opowiadają, boją się. W filmie wydaje się, jakby tylko mówili.

Rozumiem też, dlaczego jest to tytuł uważany za niezdolny do adaptacji na inne medium. Alan Moore wykorzystuje fakt budowania sceny z konkretnych kadrów, dlatego może przeplatać poszczególne panele i w ten sposób tworzyć coś więcej niż tylko panele lub strony. Uderzyło mnie w tej właśnie stronie:

watchmen panel 1

Nie ma w niej nic szczególnego, bo ten zabieg był już stosowany wcześniej, ale to na tej scenie się zatrzymałem i zacząłem ją czytać raz za razem, bo czułem, że coś mi tu umyka… I odkryłem, że każdy panel nawiązuje do następnego. Każde słowo znaczy tu coś więcej. Dwa wątki opowiadające tak naprawdę zupełnie inną historię, niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Ten komiks naprawdę został zrealizowany z precyzją. Wszystko ma tu jakieś uzasadnienie, dlatego koniec końców przyklaskuję Moorowi, że nie oglądał adaptacji. Jego reakcja pewnie by przypominała słynny list Orsona Wellesa liczący 60 stron, w którym zwrócił się do ludzi odpowiedzialnych za przemontowaną wersję jego Dotyku zła i dlaczego każdy ich ruch był bez sensu. Strażnicy są doskonali w swojej obecnej formie i jakakolwiek adaptacja musiałaby być równie doskonała, albo być przeniesiona 1:1 (co nie jest możliwe). Film Snydera nie jest doskonały, a każda nawet malutka zmiana pozbawiona sensu kuje wyjątkowo mocno w oczy. Na tle wielu innych obrazów tak nie jest, bo filmy generalnie są dosyć przypadkowe i luźno skonstruowane, ale tutaj porównujemy film do Strażników, tego nie można niezauważyć.

Dlatego uważam, że adaptacja mimo wszystko jest tylko ciekawostką. Zachętą do komiksu pełną miłości i zrozumienia pierwowzoru, ale wciąż jedynie ciekawostką.

Film (2009) ★★★★★

Kolejna (po V for Vendetta) ciężka notatka, bo adaptację obejrzałem zaraz po przeczytaniu komiksu. Tutaj chociaż mogę napisać o moich wrażeniach wcześniejszych – w końcu widziałem ten film wielokrotnie, tak w dniu premiery kinowej, jak i później, na DVD czy w wersji reżyserskiej. Do wielu scen wracałem na wyrywki, bo za bardzo je lubiłem. Krótko mówiąc: znam ten tytuł. Znam jego historię. Dlatego obawiałem się wręcz, że niepotrzebnie wydaję pieniądz na komiks – po co mi on, co jeszcze mogę wynieść z tego tytułu?

Odpowiedź na to znajduje się kilka akapitów wyżej. Bardzo jestem zadowolony, że poznałem pierwowzór, a film na jego podstawie robi podobne rzeczy, tylko w gorszy sposób. Historia jest z grubsza ta sama: superbohaterowie w maskach zaczynają ginąć albo znikać. Jeden z ocalałych myśli, że to nie jest przypadek, że to jest spisek. Pytanie tylko: kto i dlaczego miałby cel w tym, aby eliminować mścicieli w maskach, którzy oficjalnie są na emeryturze?

Reżyserowi na pewno należy się uścisk dłoni w akcie gratulacji za to, że dał radę opowiedzieć tę fabułę w ramach jednego posiedzenia (pierwowzór rozkładał się w 12 rozdziałach, 5 tomach i ponad 400 stronach, film zależnie od wersji trwa od 140 do 200 minut). Postawiono na więcej scen akcji (może miało to związek z grami komputerowymi w uniwersum filmowym, które powstały około premiery?), ale zmieniono też akcenty. Pierwowzór szokował brutalnością finału, który na ekranie jest dosyć… Sterylny i pozbawiony realnego bólu, który mógłbym poczuć jako odbiorca. W filmie najbardziej brutalna scena jest gdzieś w środku, kiedy odcinane są kończyny w więzieniu. Mimo to Watchmen są wciąż odważną i wychodzącą poza przyzwyczajenia odbiorcy ostateczną opowieścią o świecie – naszym świecie! – którego superbohaterowie nie są w stanie uratować. Przy tym wszystkim to jednak tytuł, który nie prowokuje odbiorcy, nie stawia mu wyzwania, jak komiks to robił. Nie przyciąga uwagi do istotnych szczegółów, które zacząłem widzieć tak naprawdę dopiero po lekturze komiksu – pytałem się, dlaczego ich nie ma w filmie, ale podczas powtórnego seansu okazywało się, że one są… Tylko nie są tak interesujące, jedynie przesuwają się przed oczami.

Trudno zaprzeczyć, że komiks faktycznie przeniesiono na ekran. Muzykę dobrano idealnie, w tym zastosowane piosenki, a casting przeprowadzono wręcz wybornie, każda z postaci ożyła na ekranie (szczególnie pod względem wokalnym). Widać też w tym tytule wiele miłości do dzieła Alana Moore’a, są tutaj nawiązania i zrozumienie małych szczegółów zawartych w zeszytach. Nie przesadzono z nimi, a wszelka dodatkowa zawartość jest znakomita sama w sobie. Uwielbiam bicie Komedianta, czołówkę, atak policji na Rorchacha czy sceny w więzieniu.

To jednak nie jest opowieść równa oryginałowi. Ten był faktycznym ostrzeżeniem, że jeśli ludzie nie znajdą innych rozwiązań, to jedyną opcją, jaka nam zostanie, będzie właśnie to, co zobaczymy w ostatnich rozdziałach Watchmen. To apel do ludzkości o więcej miłości od człowieka naprawdę przejętego o to, co się wtedy działo. Film tego nie ma.

O ile można uznać, że komiks kochał ludzi, to film kocha tylko komiks. Nie to, co za nim stało.

Serial (2019) ★★★★★

W 1985 roku wychodzi komiks Watchmen Alana Moore’a – liczący ponad 400 stron tom podzielony na 12 części, opowiadająca o świecie, którego nawet superbohaterowie nie są w stanie uratować. A nawet gdyby byli – odmówiliby udzielenia pomocy. To świat nam bliski, ale jednak odległy – trwa zimna wojna i konflikt nuklearny grozi całej planecie, z drugiej strony w tym świecie USA wygrało wojnę w Wietnamie. Ulice spływają krwią i wydaje się, że koniec jest bliski – co w takiej sytuacji da się zrobić? Watchmen można odczytywać na wiele sposobów, ale jest też między innymi rodzajem ostrzeżenia: jeśli świat się nie zmieni, wtedy stanie się to, co w nim zobaczyliśmy. Damon Lindelof, twórca Pozostawionych oraz showrunner Lost, czytał ten komiks, gdy był na niego o wiele za młody. W 2019 roku ma 46 lat i prezentuje swój nowy serial tworzony na podstawie dzieła Alana Moore’a: Watchmen. Kategorycznie odmawia wyjaśnienia zawczasu, czy jest to kontynuacja, czy coś innego. Zdradza jedynie, że jest to opowieść w świecie oryginalnego komiksu, rozgrywająca się po wydarzeniach z jego stron, ale nie jest to kontynuacja.

Dopiero seans właściwego serialu udziela odpowiedzi – serial rozwija komiks z każdej strony, również rozbudowując przeszłość, a niekiedy pokazując wydarzenia z komiksu z innego punktu widzenia. Żaden wątek z oryginału nie jest też ciągnięty dalej – postaci główne w serialu stają się poboczne albo i w ogóle nie są wspomnieni. To ten sam świat, ale historia i motywy są inne. Nowy Jork jest miejscem, w którym nikt nie chce mieszkać, Wietnam to 51 stan USA (gdzie zresztą panuje kult doktora Manhattana), a policja chce nosić maski. Nie wiemy do końca dlaczego – wiemy tylko, że ma związek z wydarzeniem, które obecnie nazywane jest Białą Nocą. Superbohaterowie (a raczej osoby w maskach) w większości są zakazani, jednak gdzieniegdzie wciąż funkcjonują. Punktem zapalnym jest śmierć komisarza policji, osoby bliskiej dla Angeli Abar – byłej policjantki, obecnie pogromcy w masce. Angela postanawia dowiedzieć się, kto i dlaczego zabił jej przyjaciela, co doprowadzi ją do spisku kilku różnych grup chcących czegoś od pewnego superbohatera.

Znajomość oryginalnego komiksu nie jest potrzeba – w tym sensie, że raczej będziemy rozumieć wszystkie wątki zawarte w serialu. Warto jednak zapoznać się z pierwowzorem, ponieważ termin „adaptacji komiksu o superbohaterach” jest mylący. W Watchmen bohaterzy biegają w maskach, ale nie mają specjalnych mocy, momentami są wręcz żałośni, a w historii wcale nie chodzi o pokonanie jakiegoś antagonisty z planem zniszczenia świata. To tytuł, który eksploruje przeróżne tematy i wykorzystuje zamaskowanych ludzi, aby opowiedzieć – w tym wypadku o strachu, ale również ciężarze przeszłości, którego nie tylko nie możemy się pozbyć, co najczęściej nawet nie chcemy. Ciągniemy go za sobą, szukając sprawiedliwości za rzeczy, które wydarzyły się dawno temu. Damon Lindelof wyszedł zwycięsko ze starcia z dziełem Alana Moore’a – pokazał, że je rozumie; pokazał, że jest w stanie pisać ciąg dalszy opowieści, w której „nic nigdy się nie kończy”; pokazał przyszłość komiksu, który obawiał się patrzenia w przyszłość. Fani znajdą tutaj smaczki i odniesienia, a nowi odbiorcy będą mogli się w tym wszystkim odnaleźć. Obie te grupy mogą bawić się podczas seansu w wyłapywanie przeróżnych detali, zdradzających w zaskakujący sposób przyszłe wydarzenia (ang. foreshadowing).

Damon Lindelof kolejny raz udowadnia, że jest mistrzem opowiadania oraz budowania światów filmowych. Poznawanie jego historii jest unikatowym doświadczeniem, na tym polu Watchmen również nie zawodzi. Podczas oglądania mamy poczucie fascynacji tym, co oglądamy – i chcemy więcej, chcemy zrozumieć to, co właśnie zobaczyliśmy i chcemy wiedzieć, do czego to wszystko prowadzi. Ten serial ma wiele do zaoferowania i potrafi fascynować przez jakąś połowę odcinków. Potem coś się zmienia – są to odcinki coraz mniej w stylu Lindelofa, momentami oferujące wręcz banalne historie. Inne odcinki oferują wyłącznie odpowiedzi rzucane w widza bez większej finezji. Warto tutaj zwrócić uwagę na nazwiska scenarzystów wymienianych jako współautorzy poszczególnych odcinków – najczęściej są to osoby, o których usłyszycie pierwszy raz w życiu, którzy nigdzie jeszcze nie tworzyli. Ostatni odcinek z kolei przywodzi mi na myśl takie produkcje, które zostały anulowane w trakcie kręcenia, dlatego scenarzyści zmieniali na bieżąco fabułę, aby móc się zamknąć w tym sezonie, który im został. Watchmen, z tego co wiemy, nie doświadczył niczego takiego – wręcz prawdopodobny jest następny sezon – niemniej podczas seansu przypomniał mi się taki tytuł jak 666 Park Avenue, które pomiędzy 9 i 10 odcinkiem zaliczyło wielomiesięczną przerwę, ponieważ scenarzyści przepisywali całość tak, aby zamknąć się w jednym sezonie, gdy ich tytuł został anulowany. Ostatni odcinek Watchmen udziela niezbędnych odpowiedzi i kończy wątki w solidny sposób, ale jednak z poczuciem pustki, jakby ten serial nie miał ciężaru, jakby nie był istotny. Jakby producenci zakręcili kurek, powiedzieli: „Kończymy” i nie było już nic do zrobienia, poza dokończeniem. Jakimkolwiek.

To jest z całą pewnością serial, który jest za co doceniać. Przy tym jednak wpada do kategorii tytułów, o których później będzie się mówiło: „Trzeba wspierać takie tytuły, bo w zalewie produkcji, które wypełniają sale kinowe i monitory, jest powiewem świeżości – i jeśli chcemy, aby kino miało do zaoferowania coś ponad kolejnego *wstaw nazwę kolejnej części czegokolwiek obecnie popularnej marki*, to warto zainteresować się *w tym przypadku Watchmen*”. To bardzo płaski sposób myślenia o sztuce, podobną uwagę ostatnio usłyszałem choćby o Death Stranding, które wyróżnia „inne” tylko dlatego, że jest „inne”. To nie znaczy jednak, że jest arcydziełem. Watchmen jest tytułem udanym, dobrym i zasługującym na uznanie z wielu powodów, ale na chwilę obecną nie czuję, abym chciał do niego kiedykolwiek wrócić – czy to do ponownego seansu, czy to przemyśleniami. Będzie w moim rankingu najlepszych seriali roku, ale raczej z tyłu. Gdy Damon Lindelof opowiada jakąś historię, zawsze warto jej uważnie wysłuchać. Tę akurat wystarczy wysłuchać raz.