Pewnego razu… w Hollywood (2019)

Pewnego razu… w Hollywood (2019)

18 sierpnia 2019 Opinie o filmach 0
Pewnego razu w Hollywood
Quentin Tarantino & Robert Richardson
Zoë Bell & Margaret Qualley

W Hollywood wszystko można. Nawet Polańskiemu dać do ręki mashine-guna większego od niego samego. Ale jakoś jest mi to obojętne.

5/5

Najnowszy film Tarantino kończy się w taki sposób, że nie jestem pewny, co o nim myśleć. Podobnie było choćby na koniec Pulp Fiction. Trzeba to wszystko sobie przemyśleć, co w sumie artysta chciał nam powiedzieć, bo to nie jest takie oczywiste. Nagle się on kończy i wydaje się, że nic nie zostało osiągnięte, a jednak… Miałem potrzebę się nad tym zastanowić. Niemniej trudno już teraz jest pisać o tym filmie, nawet na potrzeby quasi-recenzji. Jest zresztą jeszcze jeden powód ku temu: to nie jest samodzielna produkcja. Jej odbiór uzależniony jest od tego, abyśmy znali fakty o zabójstwie Sharon Tate (np. dlaczego uwzględniony jest tytuł książki, którą Sharon czyta).

To wydarzenie historyczne narzuca kontekst całemu filmowi i determinuje jego wymowę. Nie mówiąc zresztą o tym, że mamy dostęp tylko do okrojonej wersji filmu, póki co. Wycięto choćby występ Tima Rotha, który jednak musiał być na tyle istotny, że pojawia się w napisach końcowych (z odpowiednią adnotacją). Pełna wersja istnieje obecnie tylko w sferze plotek. To jednak przyszłość, a do tego czasu mogę napisać, że Tarantino cały czas porusza się w obrębie fascynowania siebie i widzów tym, do czego kino jest zdolne. Bawił się już formalnie, bawił się technicznie, bawiło go już spełnienie marzeń oraz fantazjowanie. Zabił Hitlera na dużym ekranie (zresztą przy pomocy dużego ekranu), a teraz przeniósł się na teren wydarzeń dalece bardziej intymnych. Mówimy wciąż o tragedii, ale publika dzisiaj już niewiele pamięta o tamtej sprawie. Pozwoliła ona jednak Quentinowi Tarantino na snucie własnych fantazji, których efektem jest właśnie ten film.

Tytuł ten zawiera wielokropek w środku swojej nazwy. Zupełnie jakby autor wiedział, o czym jego film będzie, ale miejsce akcji już nie jest taki istotne, więc dodał je. Po namyśle. Pewnego razu… W Hollywood. Nawet polski dystrybutor to uszanował, więc coś musi być na rzeczy. Oznacza to, że samo Hollywood tylko podkreśla motywy poruszane w filmie, ale nie jest jednym z nich. Właściwie każdy wątek w tym filmie sprowadza się do pokazania siły kina na różnych przykładach – to opowieść, w której kino daje szczęście, daje przyjaźń, daje drugą szansę, daje okazję na wykazanie się i nagradza ją. To kino o miłości do kina za to, co można osiągnąć przy jego udziale. Wielokropek w tytule można też interpretować bardziej formalnie – jako niedopowiedzenie albo pominięcie czegoś. Wielokropek w takiej formie symbolizuje mnogość możliwości, jakie oferuje to konkretne miejsce – i tym samym, kino we własnej osobie również je oferuje.

Pewnego razu… opowiedziane jest w dosyć prosty sposób, podobnie został zrealizowany. Na tym polu nie ma wiele magii lub wyobraźni – narracyjnie można by określić ten tytuł jako „Pulp Fiction ułożone chronologicznie”, prościej się nie da (chociaż napisany został precyzyjnie i wszystko tutaj jest istotne, wraca potem w jakiś sposób: nawet takie detale jak rytuał karmienia psa przez Cliffa!). Realizacyjnie to samo – chociaż za kamerą wciąż stoi Robert Richardson, to pod względem pracy kamery zwraca uwagę tylko duża ilość spoglądania na bohaterów z góry (co ma bardziej metaforyczne znaczenie w kontekście całości, ponieważ taką kamerę określa się jako”oko Boga”). W głowie nie zostanie mi ani jedno ujęcie, które będę pamiętać, nawet jeden kadr nie sprawił, abym pomyślał: „Jakie to ładne!”. Nie ma też dialogów, które będę cytować. Właściwie mało jest tutaj takich typowo filmowych dialogów, ludzie raczej rozmawiają, a ich słowa pozbawione są charakterystyki, poezji lub podtekstu. Ten film reżyserią stoi, a Tarantino skupił się na stworzeniu atmosfery podczas każdego spotkania dwóch i więcej postaci. Oglądamy moment i widzimy, jak ten moment staje się ważny na naszych oczach. Tempo jest dosyć standardowe – raczej żwawe, z kilkoma mniejszymi pauzami na oddzielenie jednego segmentu od drugiego.

Przy tym wszystkim jest to film mi obojętny i raczej nie widzę w przyszłości kolejnego seansu. Może dlatego, że wspomniana miłość tak bardzo zawarta jest w historii, ale nie w sposobie opowiadania jej. Za to mam pewność, że chętnie zobaczę wersję rozszerzoną, gdy i jeśli ujrzy światło dzienne. Trzygodzinny seans minął mi bez problemu. Będę wspominać pojedyncze epizody – z Brucem Lee, Brucem Dern czy Timothy Olyphantem. Bawiłem się całkiem dobrze, zapewne najlepiej na sali, bo jako jedyny zaśmiałem się z Brada Pitta mówiącego po włosku albo Leonarda Di Caprio grającego u Antonio Margheriti. I jeszcze trochę pomyślę o tym filmie i fantazjach Tarantino. Dobre, przyjemne kino.