Przegląd ofert VOD – Luty 2019

Przegląd ofert VOD – Luty 2019

3 marca 2019 Blog 0
vod

Czyli moja mieszanka poleceń, informacji i przyglądania się nowościom, które wyszły miesiąc temu na polskich VOD. Netflix, HBO GO, Mubi i nie tylko.

Na szybko i pokrótce, wybrane nowe pozycje, co gdzie dodali, bez uwzględnienia tego, co szerzej opisuję jeszcze niżej:
 
Chili – Nowe Halloween (2018), Fantastyczne bestie: Zbrodnie Grindenwalda (2018), Dziewczyna w sieci pająka (2018), Pierwszy człowiek (2018), Czerwona jaskółka (2018), Wyspa psów (2018), Źle się dzieje w El Royale (2018), Venom (2018), Hereditary (2018), Piękne dziewczyny (1996), Rocky (1976), Rocky II (1979) i cztery filmy Stanleya Kubricka.
 
Amazon Prime – Dokument ekonomiczny This Giant Beast That is the Global Economy (2019) od Adama McKey (reżysera Vice i Big Short), serial The Expance (2015-) i The Terror (2018), A Cure for Wellness (2017), serial 30 Rock, Bliskie spotkanie trzeciego stopnia (1977), Ludzie honoru (1992), Hook (1991), Dzień świstaka (1993), Tożsamość (2003), trylogia Spidermana, Zombieland (2009),
 
Netflix – Uciekaj (2017), Pod mocnym aniołem (2014), Jarhead (2005), Człowieka demolkę (1993), Sleepless (2017), serię Parku Jurajskiego, Bourne’a i Johnny’ego Englisha, Karate Kid (oryginał i remake), serial The Walking Dead (8 sezonów), Big Fish (2003), Na skraju jutra (2014) i wspaniałą animację pt. Stalowy gigant
 
HBO GO – Nowe wcielenie Atmówek (2016), Wiek niewinności (1993), Rodzina Addamsów 2 (1993), Filadelfia (1993) i Włoska robota (1969). Pojawia się też 10 sezon Modern Family. Stopniowo, odcinek po odcinku. 
 

Cineman – Over the limit (2018), Człowiek, który zabił Don Kichota (2018) i Climax (2018).

Z Netfliksa znikają z kolei m.in. Luther, Życie, Planeta Ziemia, Top of the Lake i Happy Valley. Mamy czas do 30 marca, żeby nadrobić te tytuły. Znika też Ray Donovan, ale on jest też na HBO GO (i to nawet ma 1 sezon więcej niż na Netfliksie!).

Nowe seriale

Jeszcze nie recenzje, bo widziałem jedynie pierwszy odcinek, ale chciałbym wam te tytuły przedstawić.

Cudotwórcy („Miracle Workers”) – Steve Buscemi jako Bóg i Daniel Radcliffe jako jedyny człowiek pracujący w departamencie odpowiadania na modlitwy. Do tego Angela z The Office US pracująca w kadrach Nieba (!). Autentycznie polubiłem tę opowieść. Podobał mi się świat filmowy i żarty w tle. Nie ma co prawda tłumaczenia tego, jak Niebo w tej wersji w ogóle działa i skąd wszystko tu się wzięło, postawiono raczej na satyrę. Dlatego choćby w departamencie modlitw pracuje jeden człowiek, bo nikt nie przewidział, że życie na Ziemi tak mocno się rozrośnie. Tam miało być tylko parę osób na krzyż i tyle! Fabularnie – mówimy tu o typowym konflikcie cynizmu z romantyzmem. Bóg ma wszystko w dupie i chce zakończyć istnienie Ziemi, a para jego pracowników postanawia mu udowodnić, że to nie będzie dobry pomysł, że dla Ziemi jest jeszcze nadzieja. Trochę w tym zwykłej komedii romantycznej w przebraniu, ale naprawdę polubiłem te postaci. Polubiłem miłość Daniela to rozwiązywania małych problemów, które ludzie mają na co dzień. Polubiłem ciepłe poczucie humoru obecne w serialu. I finalnie jestem ciekaw, co tam jeszcze twórcy dla mnie mają w zanadrzu. To będzie piękny koniec świata, tak właśnie czuję.

„Larry Charles’ Dangerous World of Comedy” – Z czego śmieją się ludzie w krajach pełnych tragedii? Jak wygląda tam komedia, kim są tamtejsi komedianci i co ich ukształtowało? Z tą myślą Larry Charles wyrusza w podróż m.in. do Iraku czy Liberii, ale poznać odpowiedź. Ta myśl przewodnia bardzo mnie zachęciła, ale na początku poczułem obawę, kiedy zorientowałem się, kim jest Larry Charles – reżyserem Borata czy Bruno. Pisał też inne rzeczy (4 odcinki do Ekipy, 16 do Seinfelda), ale jego miniserial dokumentalny jest zrealizowany w zupełnie innym stylu. Postawiono po prostu na spełnienie obietnicy i realizację myśli przewodniej. Charles faktycznie poznaje te nieznane krainy i przedstawia je widzowi. Rozmawia z komediantami obojga płci, zadaje im pytania i jest kierowany wyłącznie ciekawością. Seans jest równocześnie interesujący, rozwijający, jak i zabawny. W prostych słowach, bez wgłębiania się w szczegóły, skrótowo poznajemy historię i teraźniejszość każdej nowej lokacji, szybko chłonąłem atmosferę każdego miejsca i mogłem je zrozumieć. Mówimy o smutnych i tragicznych losach, ale dialog jest prowadzony z obu stron przez komediantów, dlatego też możemy się z tego śmiać. To nasz wybór. Będę pamiętać historię prezentera telewizyjnego, który w dzieciństwie słuchał Backstreet Boys, więc ojciec wyrzucił go z domu w środku nocy, a przecież na ulicy wtedy była wojna. To była prawdziwa historia, ale też tak absurdalna, że oboje się z tego śmiali – tak opowiadający, jak i prowadzący. „Comedy almost died in Liberia, along with everyone and everything else during that war”.

„I am The Night” – Rok 1965. Główna bohaterka wydaje się należeć do rasy aryjskiej, ale tak naprawdę jest rasy mieszanej. Jej ojciec był biały, a teraz żyje samotnie z matką. Z tego powodu w szkole uważana jest za jednego z czarnuchów, ma czarnego chłopaka. Nasza protagonistka niedługo będzie pełnoletnia i pragnie być zwyczajną dziewczyną, ale nie ma na to za bardzo szans, bo w ręce wpadnie jej akt urodzenia, który zmieni wszystko. Spakuje się i pojedzie do LA, żeby poznać swojego dziadka, po drodze słysząc sprzeczne opinie. Nie będzie wiedziała, w co wierzyć, dlatego będzie musiała poznać prawdę sama w świecie, w którym najwyraźniej nic nie jest takie, jak się wydaje. Równolegle poznajemy drugi wątek – upadłego dziennikarza w LA, którego droga zapewne przetnie się z młodą nastolatką, ponieważ oboje będą zainteresowani jej dziadkiem. Moje wrażenia? Pozytywne. Scenariusz pozwala poznać perspektywę każdej ważniejszej postaci – szczególnie czarnej matki głównej bohaterki. Czasy, w których umieszczona jest akcja, są ważne, ale bez narzucania się. Widzowie wiedzą, że wtedy policja była wrogo nastawiona do czarnoskórych, nie jest więc to mielone po raz kolejny. Zamiast tego postawiono na atmosferę tajemnicy i aktorstwo. Poczułem osobistą więź z potrzebą rozwiązania tych wszystkich zagadek, tak samo czuję potrzebę dokładniejszego poznania postaci dziennikarza – osoby tragicznej, ale walczącej i zaradnej. Widać było, że przeszedł już nie jedno i do wszystkiego jest przygotowany. Główna bohaterka z kolei ma w sobie niewinność kogoś, kto stoi u progu dużej przygody, która ją porządnie przetestuje i pokaże, kim ona tak naprawdę jest.

The Umbrella Academy” – Umarł właśnie wyjątkowy człowiek, który stał się ojcem dla sześciorga dzieci nieznanego pochodzenia – każde z nich przejawia wyjątkowe zdolności (m.in. teleportacja, duża siła, rozmawianie ze zmarłymi), ale nie są już razem. Przybywają na pogrzeb, widząc się pierwszy raz od wielu lat. Jedno z nich podejrzewa, że ich przybrany ojciec nie zginął w naturalny sposób. Drugie przybywa z przyszłości, niosąc ze sobą straszne wieści. A reszta po prostu sobie jest. Najszybciej mogę ten tytuł podsumować w ten sposób: kolejna produkcja skierowana do wszystkich, zawierająca wszystkiego po trochu. Postaci są typowe do bólu (niekochane dziecko, dziecko mądrzejsze od reszty, narkoman, dziecko odpowiedzialne), a ekspozycja jest marna („Nasz ojciec nazwał nas cyframi, a wiesz dlaczego, droga siostro, którą znam od urodzenia? Bo nie zaprzątał sobie nami głowy na tyle, by dać nam chociaż imiona!”). Scenarzysta nie radzi sobie z wielowątkową narracją, więc opowiada tylko o jednym bohaterze naraz, a reszcie każe siedzieć i czekać, aż ta pierwsza postać skończy robić swoje, co jest absurdalne. Nie czułem tutaj duszy, tylko produkt, który ma mieć jak największą ilość poruszanych motywów, żeby jak największa ilość widzów znalazła w tym coś dla siebie. I ja jestem jedną z nich, bo naprawdę mam ochotę odpalić kolejny odcinek tylko dla postaci #5, by poznać jego losy. A może prościej będzie sięgnąć po komiks? Zanim to zrobię, najpierw przyznam jedno: The Umbrella Academy technicznie zrealizowane jest naprawdę dobrze. Czołówka wcale nie zapowiadała serialu internetowego, a prędzej wysokobudżetowy film kinowy. Efekty specjalne stoją na znakomitym poziomie (jedną z postaci jest małpa!), zdjęcia są przemyślane, sceny walk zadowalające… Wśród aktorów też widzę sporo talentu. Mam nadzieję, że kolejne odcinki będą lepsze, ale tutaj opisuję tylko pierwsze wrażenia.

Russian Doll – Nadia pracuje jako twórca oprogramowania i kończy właśnie 36 lat. Jest na imprezie, uprawia seks z nieznajomym, gadają o kotach, a potem Nadia umiera potrącona przez samochód… Tylko po to, żeby ocknąć się wcześniej na imprezie urodzinowej. Pierwszy odcinek sprawia wrażenie produkcji napisanej na zlecenie i nakręconej, zanim jeszcze twórcy wymyślili, co chcą właściwie opowiedzieć. Usłyszeli tylko, że ma to być Dzień świstaka połączony ze współczesnym bohaterem (cynikiem, samotnym, poszukującym bez sukcesu, edgy), którego widziałem już w innych produkcjach. W pilocie Nadia umrze jeszcze raz w innym sposób, wróci do imprezy i tak jakoś będzie się snuć, aż limit czasowy nie będzie wypełniony. Osobiście zwracam się w stronę „mógłbym w sumie włączyć drugi odcinek”, chociaż trudno jest mi wskazać cokolwiek, co by wyróżniało ten tytuł. Nocny mrok, narkotyki, Nowy Jork, para lesbijek ze sporą różnicą wieku, a do tego Natasha Lyonne w głównej roli, czyli Nicky Nichols z Orange is The New Black.

Nowo dodane filmy i seriale

Niekoniecznie nowości z tego roku, ale te tytuły dodali w ciągu ostatniego miesiąca

Szpicel („Le Doulos”, 1962) ★★★★ Gangsterski obraz mieszający realizm z romantycznym spojrzeniem na przestępców. Oryginalny tytuł oznacza w slangu kapelusz, ale w języku policji osoba z kapeluszem to ich informator. Z tym motywem wchodzi do świata bandytów, którzy mają wśród swoich szczura, a policja jest na ich karku. Nie ma tutaj żadnych skrótów – jeśli ktoś bierze zakładnika, to widzimy dokładnie krok po kroku wiązanie tej osoby. Nie ma tu sztuczek, osoba na ekranie faktycznie jest związana i nie ma żadnej sposobności, aby się uwolnić. Kiedy policja kogoś przesłuchuje, to drąży temat i logicznie przechodzi od jednych wniosków do drugich, a przesłuchiwana osoba powoli pęka na naszych oczach. Nie jest to jednak produkcja ściśle realistyczna – zamiast tego otrzymujemy romantyczne spojrzenie na przestępców, którzy przede wszystkim czują i przeżywają. Boją się, tracą, walczą do końca. Przestępca też człowiek. Też chce coś osiągnąć i spędzić życie z osobą, którą kocha, ale szans na to dużych nie ma. Ponure, stonowane kino.

Ryzykant („Bob le flambeur”, 1965) ★★★★ Melville kontynuuje swój pomysł na kino – czyli najpierw pokazuje ludzką stronę przestępcy i dlaczego tytułowy Bob decyduje się na złamanie prawa. Oczywiście: w imię miłości. Następnie przechodzimy do planowania – oglądamy surowe i poważną prezentację przestępców poznających cel i ćwiczących każdy etap napaści oddzielnie, aby jeszcze wszystko zrobić w wymaganym czasie, co do sekundy. Intrygujące i solidne kino. Tutaj jeszcze dodatkowo zaskakuje w finale, przynajmniej na swój sposób. To zakończenie nie tyle szokujące lub dziwne, ile przewrotne. Głównie dla fanów starego kina.

Zła krew (Mauvais sang, 1986) ★★★★ Kino emocji i tańczenia w biegu po ulicy do Modern Love Davida Bowiego. Motywy fabularne są tu obecne, ale nie tworzą tak naprawdę fabuły – służą jedynie do uargumentowania tej lub innej sceny, zestawienia bohaterów w danej konfiguracji. Kino, które istnieje bardziej w danym momencie, niż kiedykolwiek indziej. Kino, które włącza się, żeby zobaczyć dwoje ludzi w intymnej sytuacji – romantycznej, ale żadne z nich nie wie, do jakiego stopnia ona jest miłosna. To kino wyglądania przez okno i snucia poetyckich przemyśleń (Lubię patrzeć na kobiety w lustrze (…) Trzeba nakarmić oczy, by w nocy żywiły sny), to kino wywracania samochodów na ulicy i tańczenia w biegu do Modern Love Davida Bowiego. Kino eksperymentowania i nawiązań tylko po to, by coś w nich zmienić. Kino dla ciekawych, ale też dotyczy tego, co w powszechnej ignorancji nazywane jest „nieszczęśliwą miłością”. Niemniej, jego wrażliwość może uwieść.

 

Angel Beast (2010) ★★★ To opowieść w świecie, gdzie wszyscy trafiają po śmierci – walczą tam z Aniołami, których śmiertelny cios rozpoczyna reinkarnację. Nikt z bohaterów nie chce odrodzić się jako motyl czy inna stonoga, dlatego walczą i prowadzą codzienne życie jako uczniowie, wtapiając się w tłum NPC (serio, tak ich nazywają) dla niepoznaki. Reszta serialu to w zasadzie dwie rzeczy – pierwsza jest taka, że w każdym odcinku ktoś wspomina swoje smutne życie i sposób śmierci. Wszystko poza tym jednak ma wymiar humorystyczny: przemoc jest zabawna (jedna postać zawsze chce się bić i wymachuje gigantyczną halabardą), ktoś inny o czymś zawsze zapomina, denerwując tym innych – a ich unoszenie się jest zabawne itd. Każdy odcinek ma więc jakąś samodzielną przygodę, która sprzyja powtarzaniu tych samych żartów. Każdy odcinek jest taki sam, schematyczny i suchy, a momenty prawie nigdy nie wydają się szczere. Raczej: typowe, szczególnie w ramach anime. Ponad tym wisi jeszcze motyw przewodni, czyli medytacja nad istnieniem Boga oraz jego planem wobec tego wszystkiego. Część bohaterów w niego wątpi, inni chcą się z nim zmierzyć, a jeszcze inni… Zostać nim. To był dla mnie dosyć męczący seans, przez jego powtarzalność – a twórca chciał pierwotnie realizować dwa razy więcej odcinków! Ja bym raczej sugerował realizację filmu pełnometrażowego. Wtedy żarty pojawiałyby się tylko raz i byłyby śmieszne przez cały czas, sceny akcji byłyby jeszcze lepsze (bo można by im poświęcić więcej czasu), a i momenty rozżalenia w mojej opinii by bardziej działały. W obecnej formie dopiero ostatni odcinek (czyli 13, bo ostatni z numerem 14 jest bonusem) wywołał we mnie większe emocje. Dopiero po nim mogę powiedzieć, że nie żałuję seansu. Piękne historia miłości wyrażonej poprzez czas, przestrzeń i wymiary.

Mary i kwiat czarownicy („Mary and The Witch Flower”, 2017) ★★★ Kino familijne drugiej kategorii o dziewczynce odkrywającej istnienie magii. Drugiej kategorii, ponieważ wszystko jest tu na miejscu, ale źle zrobione. Bohaterka poznaje sympatyczne zwierzątko i trafia do krain, których nawet nie byłaby w stanie sobie wyobrazić – ale ona sama jest przedmiotem, która nie ma na nic wpływu. Nic nie umie, wszyscy robią wszystko za nią albo też ma zwyczajnie dzikie szczęście. Ktoś taki stawia czoła niebezpieczeństwom i dokonuje rzeczy, których nikt nigdy nie dokonał, wszyscy na widok naszej protagonistki otwierają szeroko oczy i zbierają szczęki z podłogi, pokonuje ona odwieczne zagrożenie… Jednym słowem to tzw. „Mary Sue”. Nawet imię się zgadza. Przez to nie było tu uczucia przygody z powodu wkraczania w nowe rejony i przekraczania granic. Nie ma tu strachu, niepewności, ryzyka, nie ma poważnego traktowania przeciwnika i nie mogłem tej całej opowieści traktować na serio. Animacja nie jest spektakularna, ale z całą pewnością na ekranie widziałem rzeczy nowe: kształty, projekty, stwory, momentami nawet kolory wydawały się tak niezwykłe, jakbym pierwszy raz na oczy je zobaczył. Dorosłym widzom nie będę polecać, ale wiem, że to tytuł idealny w sytuacji, kiedy twoje dziecko ma gorączkę i przelewa się przez ręce. Przytul go i razem obejrzyjcie ten film, to nie będzie stracony czas.

PS. HBO GO pozwala obejrzeć ten film z polskim lektorem albo w oryginalnej wersji językowej. Trzeba tylko wybrać „Angielski” i oglądamy anime, jak Kami przykazał.

Wysokie loty („High Flying Bird”, 2019) ★★★ Nowy Jork i oblicze koszykówki na światowym poziomie, ale od strony panów w garniturach, którzy działają w tle, siedząc na 40 piętrze wieżowca i rozmawiają. Bardzo dużo rozmawiają. Właściwie, jak myślę o tym tytule, to w oczach mam albo siedzenie przy stole podczas rozmowy, albo chodzenie po ulicach NYC. Dramaturgia jest dosyć niełatwa do uchwycenia, chociaż można oglądać na zasadzie „bohaterowie mają jakiś problem i potrzebują innych ludzi, żeby byli po ich stronie i coś zrobili, żeby ten problem rozwiązać”. Nie gwarantuje to jednak emocjonalnego zaangażowania w opowieść. Mój drugi problem jest taki, że ten film nie daje poczucia oglądania filmu. To bardziej jakiś odcinek serialu w stylu Suits, ale bez poczucia sytości. Wysokie loty są małym tytułem, zresztą zrealizowanym przy użyciu telefonu i w ekspresowym tempie (Steven Soderbergh najwidoczniej nie spał przez trzy tygodnie). Ten tytuł to przede wszystkim osobiste wyzwanie – a przy okazji atrakcja dla fanów koszykówki.

Alicjo, słodka Alicjo (Alice, Sweet Alice, 1976) ★★ Giallo w wersji Amerykańskiej, zrealizowany na granicy amatorki. Mała osoba w żółtym płaszczu i masce dokonuje zabójstw. Wszyscy podejrzewają tytułową Alice – rodzice ją bronią przed innymi, ale między sobą kłócą się ostro, czym doprowadzają Alice do szaleństwa swoim zachowaniem, podejrzewaniem, oskarżeniami… Młoda protagonistka próbuje znaleźć miejsce dla siebie, czyli zagląda choćby do obleśnego sąsiada z dołu, który jest tak gruby, że opuszcza mieszkanie w połowie, jedynie podchodząc do drzwi. Motywy fabularne mieszają się bez planu, stylistycznie też jest niechlujnie.

Widziałem też…

Noce Cabirii (Mubi) Klasyka kina, z którą warto się zmierzyć http://garretreza.pl/noce-cabirii/
Wiadro krwi (Mubi) o niespełnionym, zranionym artyście. http://garretreza.pl/wiadro-krwi/

foxtrot

Inne

Czyli filmy, które widziałem w ostatnim czasie na VoD, ale wyszły one nieco wcześniej, niż w ciągu ostatnich 30 dni.

Nadal kryję się z paleniem (2016) ★★★★ Feministyczna produkcja o ucisku kobiet w krajach islamskich. Są one wolne tylko tam, gdzie nie ma mężczyzn – czyli w łaźni, gdy podczas kąpieli udzielają się towarzysko, zwierzają i rozwiązują konflikty, będąc całkowicie nago – tak dosłownie, jak i w przenośni. Jak zwykle więc najciekawiej jest wtedy, kiedy poznajemy nowe punkty widzenia – mnie najmocniej chwyciła scena opowiadania o pierwszej wspólnej nocy z mężczyzną, kiedy narratorka miała 11 lat i bała się, że ktoś może ją dotknąć w miejscu intymnym. On się uśmiechnął, wiec ona też, wyciągnęła rękę jak do zabawy albo na wspólny spacer, tylko z tą różnicą, że on zaczął wtedy zdejmować spodnie. Takie historie są nowe i świeże, potrafiły mnie chwycić, na poziomie osobistym ten film działa. Na poziomie ogólnym mówi dokładnie to samo, co inne filmy o tej samej tematyce, sprzed 20 lat i więcej. Pozostaje więc interesujące miejsce akcji – w trakcie seansu czułem się, jak uczestnik nielegalnego przedstawienia, które zaczyna się o 2 w nocy, żeby wejść do teatru, wymagane jest hasło, a scena zbudowana jest wokół widowni. Dlatego wciąż polecam ten tytuł, tylko trzeba pamiętać, że to wciąż nie jest film otwarty na widza z zewnątrz, który kolejny raz oglądając film osadzony w tych realiach, będzie zadawać te same pytania – jak na przykład, dlaczego bohaterki w jednym zdaniu sławią system, który ich uciska, by w następnym zdaniu go przeklinać (najpierw „Mężczyźni są wszystkiemu winni”, a potem „Mój mąż jest lepszy od twojego, ty dziwko”, najpierw „Allah jest wielki”, a potem „Allah kazał im mnie gwałcić i torturować”)? Czemu po prostu nie odrzucą tego systemu? Nawet nie wiem, który raz mam te same przemyślenia. Chociaż w sumie w Polsce też jest sporo osób, które cenią sobie rząd, który mówi im, jak mają żyć, i aktywnie wspierają taki system – do czasu, aż rząd mówi np. coś o prawie do aborcji. Wtedy wciąż będą wspierać ten system, ale jednocześnie będą głosić, że tak być nie powinno. Taka sprzeczność jest chyba uniwersalna.

Foxtrot (2017) ★★★ Ultra wolny film o tym, że wojna jest zła. Stylowa i zabawna opowieść z ładną alegorią. Ojciec dowiaduje się, że jego syn zginął na wojnie. Szybko jednak okazuje się, że syn jednak żyje, dlatego ojciec postanawia ściągnąć go do domu. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to ultra wolne tempo narracji – i w zasadzie nie znalazłem dla niego innego uzasadnienia poza tym, że reżyser taki miał styl i koniec. Tempo nie przeszkadza w momentach ekspozycji czy eksploracji, ale uwiera w scenach dialogowych. Zalążek fabuły, który wyżej opisałem, trwa ponad 30 minut. Sam dialog ojca z żołnierzami o tym, że syn jednak żyje, trwa dobre pięć minut. Można się zdrzemnąć w trakcie tej konwersacji, obudzić się i z irytacją zauważyć, że bohaterowie wciąż gadają o tym samym. Tempo sprzyja za to uwydatnieniu specyficznego poczucia humoru i zbudowania spójnego stylu. Współgra też z głównym motywem, czyli komentarzem reżysera odnośnie do historii swojego kraju, w której to wszystko wydaje się wracać do punktu wyjścia. Ojciec służył na wojnie i wie, co tam się dzieje, ale nadal wysłał tam swego syna. Zupełnie jak w fokstrocie.

Oz: Wielki i potężny (2013) ★★★ Prequel do Czarnoksiężnika z Oz z 1939 roku, w którym poznajemy osobę, po której nazwano całą krainę – a raczej, była ona tak nazwana już wcześniej. Oz zaczął jako magik w objazdowym cyrku, gdzie nie radził sobie najlepiej, uganiał się za kobietami i nie zdobywał miłości od publiczności. Wszystko się zmieniło, kiedy porwało go tornado, które przeniosło go do magicznej krainy, gdzie najwidoczniej każdy spodziewał się przybycia Czarodzieja. Oz udaje, że nim jest i staje do wyzwania mającego udowodnić, że tak jest w rzeczywistości. Oz to przykład filmu obejrzanego dla jednej sceny (z lalką – prawdziwie rozczulający moment, warto!), ale okazało się, że tytuł ten ma więcej zalet. Zgrabny scenariusz ładnie łączący wydarzenia realne z ich fantastycznymi wersjami w krainie Oz (plus wszystko ładnie układa się jako wstęp do Czarnoksiężnika z Oz), plejadę aktorów klasy przeróżnej (wszystkich miło zobaczyć, chociaż wielu z nich średnio sobie radzi z powierzonymi wyzwaniami), barwny i wizualnie zachęcający świat… Oglądało mi się to całkiem bezboleśnie i nawet mogę polecić, ale tylko jako ciekawostkę dla fanów filmu z 1939 roku – chociaż duża bardziej wolałbym wam polecić drugą, o wiele lepszą adaptację Czarnoksiężnika, w której zagrał Zach Braff. A jest to odcinek „My Way Home” z serialu Scrubs, który składał hołd Ozowi na milion różnych sposobów.

Widziałem też…

Ray Donovan, S3 i S4 (HBO GO) Ten serial jest tylko lepszy i lepszy! http://garretreza.pl/ray-donovan/
Fyre (Netflix) Znakomity, chociaż niepotrzebny dokument http://garretreza.pl/fyre/