Zawrót głowy (Vertigo, 1958)

Zawrót głowy (Vertigo, 1958)

2 czerwca 2015 Thriller 0
vertigo poster
Alfred Hitchcock
San Francisco

To tekst z serii „nie-recenzji”. Zbytnio mnie zmęczyło ogarnięcie, ile rzeczy w „Vertigo” jest nie w porządku, żeby teraz pomyśleć i wymienić choćby jedną rzecz, którą polubiłem.

John Ferguson, emerytowany policjant z akrofobią, spotyka dawnego znajomego, który ma dla niego zlecenie: chce, by ten śledził jego żonę Madeleine i dowiedział się, co z nią się dzieje. Zaczęła się ostatnio dziwnie zachowywać: milknie w połowie zdania, zdarza się jej chodzić i wyglądać jak ktoś inny. Mówi jedno, a licznik kilometrów w samochodzie drugie. Co robi, czemu kłamie? Mąż podejrzewa nawet, że wstąpił w nią duch, który przejmuje nad nią kontrolę…

Bohaterowie – gra aktorska Kim Novak jest okropna tak jak postać Madeleine Elster. Już po jej drugiej scenie można mieć pewność, że nie jest naturalna i coś kombinuje. Coś zamierza, jej działania mają jasno określony cel, którego nawet nie stara się ukryć (tak jak Ferguson nie starał się ukryć, że ją śledzi). I to nie jest tylko błąd techniczny, ale błąd wewnątrz filmu – nie mogę dać wiary w to, że James Stewart jej uwierzył. Nie mógł się na to nabrać jako prawdziwy człowiek – ktoś taki zacząłby coś podejrzewać i na tym by się skończyło. Śledził ją w tak oczywisty sposób, że ona musiała to widzieć, i on musiałby to rozumieć, i wysnuć wniosek, że mu na to świadomie pozwala. Tak jednak się nie stało, bo osobowość każdej postaci jest tak wątła, jakby jej nie było. Nie mogę powiedzieć ani jednej rzeczy o tych postaciach, jacy są, czemu nie chcą robić pewnych rzeczy, by potem jednak się na nie zgodzić. Wiecie, poza „miłością„, która na pewno tu też pokonuje czas i przestrzeń.

Relacje między bohaterami – nie istnieją. Po prostu są obok siebie i stwierdzają, że się kochają. Nie potrafię napisać słowa, który by to jakoś uwiarygodniło. Mówią sobie, że się kochają, że się troszczą, i na tym to się zatrzymuje. Bez uzasadnienia, czemu Stewart w ogóle zwraca uwagę na sytuację Kim Novak. Bo tak i już.

Dialogi – niektóre są tak okropne, że scenarzysta po ich napisaniu powinien zjeść maszynę do pisania, którą zhańbił. Żeby daleko nie szukać – dowolna scena, w której jest Kim Novak. Choćby odkrycie jej w hotelu w drugiej połowie opowieści.

Historia – po seansie od ręki wymieniłem sześć powodów, dla których ta intryga nie ma sensu. Gdyby ją zasugerować jako teorię na rozwikłanie zagadki w dowolnym dobrym kryminale, detektyw od razu by ją zlekceważył ze względu na te 6 czynników. Złoczyńca musiałby zbyt wiele powierzyć przypadkowi, mieć mnóstwo szczęścia i musiałoby dojść do zbyt wielu zbiegów okoliczności, by to wyszło. I nie liczyłem już nawet, że założono, iż Stewart zacznie się bez powodu „kochać” w Novak, i wszystkich konsekwencji tego faktu. A także niepotrzebne komplikowanie tego z chorobą Scotty’ego. Wątpię, by cokolwiek w tym filmie miało sens, jeśli się w to wgłębić.

I tego, cała ta sprawa z byciem „najlepszym filmem wszechczasów„. Przejrzałem kilka artykułów i wrażenia na mnie to nie zrobiło. Wynalezienie zabiegu „vertigo” gra barwami, zobrazowanie choroby psychicznej, które mnie głównie śmieszy (ta fruwająca głowa, hehe). Nawet jak na tamte czasy, sekwencje snu są tu przeszarżowane, z miganiem kolorami i innymi tanimi sztuczkami. To zresztą inna wada filmu, brak subtelności, która momentami jest nawet poniżająca dla widza (te zbliżenia na bukiet i obraz w muzeum, jakby mnie ktoś opluł).

I w sumie nie czuję, by to była opowieść o tej chorobie. Sama akrofobia została tu zaprezentowana tak, że… ma zawroty głowy. I może zemdleć. To wszystko, nic wielkiego. Jego koszmary wydają się spowodowane traumą po stracie – niech im będzie – ukochanej osoby, którą mógł uratować.

Nie jestem przekonany.

Spoiler!

Mam przyjaciela, który nie lubi wysokości, nie widziałem go od lat, ale na pewno się zgodzi na tę robotę. A więc wykorzystam to do zabicia swojej żony. Wynajmę sobowtóra, żeby zacząć mieszać mu w głowie, zmyślę historię o nawiedzeniu jej przez ducha. Na pewno się w sobie zakochają, bo on ma penisa, to wystarczy. I to będzie ta „prawdziwa miłość”, żeby on chciał jej dobra wbrew jej woli. Trzymam kciuki. I potem wezmę swoją żonę do samochodu, wyjadę z miasta, zaciągnę ją na wieżę, poczekam tam na właściwy moment, wyrzucę ją, wyjdę głównym wejściem… Oby nikt mnie po drodze nie widział, inaczej będę musiał zabić z milion możliwych osób. I cholera, Scotty nie może wejść na górę, w końcu ma taką możliwość – wystarczy, że nie będzie patrzeć w dół. Usiądę na klapie i to go zatrzyma. A potem ucieknie, ponieważ… ma tę chorobę, coś się na pewno stanie. Nie może przecież wtedy tylko zejść na dół i poczekać, bo jeszcze mnie zobaczy, jak schodzę. I ta babka sobowtór też musi być cicho… Jak ja w ogóle ją przekonałem do współpracy przy morderstwie? Ech, tyle roboty… A może po prostu to wszystko oleję, wyrzucę swoją żonę przez okno i powiem, że mnie tu nie było? Jakby nie patrzeć, ma to tyle samo sensu… ale o ile mniej zachodu! Kochanie…!