To przychodzi po zmroku („It Comes at Night”, 2017)

To przychodzi po zmroku („It Comes at Night”, 2017)

30 grudnia 2017 Horror 1
It Comes at Night poster
Ciemno

W sumie nie wiem, co gorsze. Jak nic się w horrorze nie dzieje, czy jak dzieją się same głupoty?

W pewnym momencie jesteś w stanie przewidzieć jakiś zarys filmu, mając do dyspozycji niewiele informacji. To przydatna umiejętność. Gorzej jest, gdy po minucie filmu umiesz przewidzieć wszystko, bo po prostu niewiele będzie się działo. W pierwszej scenie „To przychodzi po zmroku” ktoś zabija chorego członka swej rodziny i w maskach przeciwgazowych zakopuje go w lesie. Aha, czyli jest jakaś epidemia, może zombie, roznosi się ona po ludziach i trzeba zabijać zarażonych, żeby reszta mogła przeżyć. A więc będzie jeszcze konfrontacja z obcą osobą i dylemat, czy mu zaufać, bo może jest chory? A bohaterowie będą pozbawieni podstawowych umiejętności pozwalających przeżyć każdemu z nas w codziennym życiu, więc będą na siebie krzyczeć, lać się po pyskach i strzelać do siebie?

Tak. Z grubsza tak właśnie jest. Nawet jedna minuta jeszcze nie minęła, a każdy rozgarnięty widz wie już wszystko, co go czeka. Twórcy nie mają w rękawie nic więcej poza bezpiecznymi schematami, półsłówkami i niedomówieniami. Nie to jest najgorsze. O wiele bardziej męczące jest w oglądaniu to, że twórcy potrzebują 20 minut, aby powiedzieć coś, co nawet w pięciu byłoby nadmierną gościnnością. Jest sobie rodzina żyjąca w schronieniu przed czymś na kształt epidemii, w nocy włamuje się do nich obcy człowiek, przesłuchują go. To wszystko. A w „To przychodzi po zmroku” do 20 minuty nie ma nawet sceny przesłuchania. Ci ludzie nie mieli żadnej historii, dlatego wypełniali luki jak tylko mogli i dobili do ponad 90 minut, chociaż wątpię, czy mieli materiału na piętnaście.

Muszę jednak przyznać, bardzo rzadko oglądamy typowy wypełniacz. Moim ulubionych jest kilkuminutowa konwersacja o tym, kto ostatni widział zamknięte drzwi. Teoretycznie „To przychodzi po zmroku” jest horrorem, ale tzn. „jump-scare’y” zastąpiono panami kamery (ruch kamerą po okręgu), długimi ujęciami i innymi operatorskimi metodami, dzięki którym cały film wydaje się mieć własne tempo. Podczas oglądania miałem wrażenie, że chwile bezczynności, wszystkie te drobiazgowe dyskusje, to pasuje do świata tego filmu – i nawet jakby twórcy mieli jakąś historię, to te momenty wciąż w ich filmie by się znalazły. Ostatecznie mamy tytuł, w którym nic poza momentami nie ma. Znalazło to swoich fanów i nawet mnie to nie dziwi.

PS

Film jest dostępny już na VOD.pl ale nie polecam – chyba, że macie PayPal. Sam chciałem zapłacić przelewem, a tu się okazuje, że żeby w ogóle zakupić tam film kartą to musicie zakładać konto w dodatkowym serwisie, gdzie mieszają strasznie. Trzeba podawać numer telefonu, potwierdzać kod z SMS’u a potem podawać kwotę blokady na koncie bankowym. Co to takiego? Siedziałem i myślałem, szukałem… I okazało się, że miałem podać kwotę jaką wyniosła mnie opłata za założenie tam konta! Mniej niż 2 złote, niemniej… A to jeszcze wcale nie byłem bliższy oglądaniu filmu!

Mam nadzieję, że tylko karty MasterPass tak mają.