Szesnaście świeczek („Sixteen Candles”, 1984)

Szesnaście świeczek („Sixteen Candles”, 1984)

18 marca 2018 Uncategorized 0
szesnaście świeczek poster
John Hughes

Opowieść o dorastającej dziewczynie – z rozmachem, humorem i ciepłem, bo każdy tego kiedyś będzie potrzebował.

 

Samantha właśnie skończyła szesnaście lat, ale po spojrzeniu w lustro uznaje, że jej ciało swoją budową tego nie oddaje, co wprowadza bohaterkę w przygnębienie. Ponadto, wymarzony chłopak zdaje się nie wiedzieć o jej istnieniu, a rodzina tak bardzo jest zaabsorbowana ślubem jej siostry, że zapomnieli świętować urodziny Sam. Z takim właśnie bagażem trzeba wyjść z domu i udać się do szkoły.

To, co rzuca się w oczy to rozmach historii – gdy pod wieczór rozpocznie się impreza, to zajmie ona nie tylko lwią część „Szesnastu świeczek„, ale też będzie się wydawać, jakby objęła ona całe miasto. Prócz Sam mamy również innych bohaterów i każdy z nich będzie tej nocy przeżywać historię dotychczasowego życia. Młody szczyl spróbuje zaliczyć, ale nauczy się respektować kobiety. Młody chłopak porzuci dziewczynę, by spróbować szczęście z inną, a Azjata, który dopiero co trafił do Stanów, po pięciu godzinach znajdzie sobie drugą połówkę – a noc skończy, leżąc twarzą do ziemi przed swoim domem na trawniku. Każdy film powinien mieć Azjatę, który leży na trawniku pijany jak Polak po serii poprawin.

Na koniec z kolei mamy przezabawne wesele, z którego tylko jedna osoba będzie mieć odwagę się śmiać. Samotny rechot w sali pełnej ludzi to przykład, że czasami mniej znaczy więcej. Na początku filmu twórcy zrealizowali krótki montaż bezosobowy, pokazujący codzienność korytarzy szkolnych: zbliżenia na stroje, rodzaje zachowań czy walkę z szafką na podręczniki, która nie chce się otworzyć. Z jednej strony, owszem, to jest kapsuła czasu przedstawiająca lata 80., ale nie mogę nie widzieć w tym czegoś uniwersalnego. Jakby pokazania, że każdy rocznik w szkole będzie unikatowy, każdy będzie mieć swój styl i elementy wyróżniające się, których już nigdy potem nie będziemy pamiętać – gdy pójdziemy do pracy, na studia… 1984 rok był mi niepoznany, tym bardziej 1984 w Amerykańskiej szkole, ale ten fragment ze szkoły wywołał u mnie nostalgię za swetrem, który sam nosił w podstawówce. I wieloma innymi rzeczami.

Drugi raz oglądam „Szesnaście świeczek„. 8 lat temu to był ulubiony film Johna Hughesa, dziś nadal go sobie cenię. Za ciepły stosunek do swoich bohaterów, za opowiadanie o nich w dojrzały sposób (nie ma także oszczędzania na nagości, używkach lub przeklinaniu). Jest tu zrozumienie dorastających ludzi oraz pewność, że wszystkie gafy lub pomyłki przytrafiają się każdemu. Nie ma w nich nic wyjątkowego, trzeba tylko zacząć żyć kolejny dzień. To produkcja z czasów, kiedy to w cenie były szczęśliwe zakończenia, na które bohaterowie pracowali wytrwale przez cały seans. Czysta przyjemność z oglądania!