Szczęki („Jaws”, 1975)

Szczęki („Jaws”, 1975)

29 marca 2018 Kino przygodowe 0
szczeki plakat
Steven Spielberg & John Williams
Richard Dreyfuss & Roy Scheider
Morze & Spadająca gwiazda

W pobliżu miasteczka utrzymującego się głównie z letniej turystyki ginie kobieta. Została zamordowana przez rekina. W morze wyrusza miejscowy policjant, specjalista od rekinów oraz ich doświadczony łowca.

Zanim do tego jednak dojdzie, poznamy tych ludzi, miejsce akcji oraz zaczniemy odczuwać dramaturgię.

J.J. Abrams chwalił „Szczęki” jako przykład filmu, który jest o czym innym, niż się wydaje. Polowanie na rekina jest tylko pozornym celem filmu, prawdziwym jest podróż głównej postaci, Martina Brody’ego, pracującego na stanowisku szeryfa, który zaczyna historię, bojąc się wody i nie wiedząc, że nie jest w rzeczywistości tak twardy, jakby chciał. Gdy tylko dowiaduje się, że w wodzie grasuje morderca, to podejmuje kroki, by zamknąć plażę – ale szybko zostaje zgaszony przez burmistrza, który łatwo przekonuje go, że nie warto zacząć wszczynać żadnej paniki. Brody nie jest zbyt charyzmatyczny i nie podejmuje wielu działań. Musi korzystać z pomocy innych, musi podążać za innymi, prawie nigdy nie jest „z przodu„. „Szczęki” pokazują podróż tego bohatera, jak staje się bardziej wyrazisty, ale też jak to los zaczyna go testować coraz bardziej.

Jest tylko kilka takich rzeczy, które właśnie dzieją się przez cały film, ale najbardziej rzucają się w oczy w spokojniejszej pierwszej połowie filmu. Trudno jest mi nie uwielbiać warsztatu Spielberga na etapie jego wczesnej kariery, kiedy to po prostu UMIAŁ robić kino. Uwielbiam konstrukcję niemal każdej sceny, zaplanowane w akcji momenty na cięcie montażowe czy też fakt, że bohaterowie, będąc wspólnie na ekranie, zawsze mają w rękach coś, co wymusza interakcję między nimi. Nawet jeśli jest to coś banalnego, pokroju podpalenia papierosa lub podania kieliszka z wódką drugiej osobie. To nie jest tylko stanie w pokoju i gadania, ten film jest w ciągłym ruchu, bohaterowie cały czas coś robią. Zamiast zaczynać scenę od razu jak dwoje ludzi może zaczynać rozmowę, niech jedna będzie zajęta, żeby druga musiała walczyć o jej uwagę. Proste, ale ile filmów o tym pamięta?

Muszę jednak przyznać – historia i scenariusz w pierwszej połowie „Szczęk” mogły być lepsze, jeśliby tylko obie te rzeczy nieco… zagęścić. Trzy morderstwa mają miejsce, zanim bohaterowie wyruszą w morze, aby odnaleźć mordercę. Spokojnie dałoby radę uciąć chociaż jedno z tych zabójstw, naprawdę. Mija ponad 70 minut, zanim twórcy przechodzą do rzeczy, to stanowczo za dużo!

 

Druga połowa jednak od razu mnie chwyciła i trzymała w napięciu, to tutaj wyruszają w rejs, by zapolować na rekina i zaprzestać morderstwom. Pierwszą oglądałem bardziej jako kinoman, podczas gdy drugą już po prostu jako widz. Może nawet dziecko, które dopiero odkrywa magię kina. Trzech gości na łódce, cierpliwie i metodycznie zastawiają sidła na drapieżnika, co chwila ukazując widzom, z jak poważnym przeciwnikiem tutaj ogląda starcie. Wątpiłem, czy im się uda, albo czy przeżyją. Wątpiłem, czy komukolwiek sztuka pokonania tego wyjątkowego rekina może się udać. Zalety są jeszcze gdzie indziej: Spielberg musiał oszczędzać na budżecie, co z jednej strony wyraźnie widać (a raczej nie widać… Na przykład rekina), z drugiej jednak całość zrealizowano z takim rozmachem (jazdy kamery z boku łodzi, gdzie na jednym ujęciu ludzie chodzą po sterburcie, a metr pod nimi przepływa rekin!), jakby te ograniczenia tak naprawdę były decyzjami artystycznymi. I wszystkie się opłacają. Po pierwszej wolniejszej połowie filmu od razu byłem chwycony, a symboliczna przemoc szokowała mnie, jakbym oglądał „Szczęki” w 1975 roku.

Punkt kulminacyjny to już jeden z najlepszych momentów w historii kina. Wtedy liczą się sekundy, wszystko uległo zmianie w zaledwie chwilę, wszystko jest w ciągłym ruchu i nie ma innego wyjścia – to ostatnia szansa. Uda się albo zginiemy, a muzyka Williams wręcz wyskakuje z siedzeń, jakby chciała krzyczeć „MUSI SIĘ UDAĆ!” i nic innego się teraz nie liczy na tym świecie… Plus ten niewypowiedziany (może nawet nieplanowany?) moment ukazujący, na czym tak naprawdę polega przewaga ludzi nad rekinem*. Nie wiem, czemu oglądałem teraz ten film dopiero drugi raz w życiu. Już chcę go obejrzeć trzeci raz.

*w finale wystarczyłoby, żeby rekin… poczekał. To by mu zapewniło zwycięstwo. Bohaterowie filmu umieli się wycofać, planować, próbować czegoś innego. Zwierzę za to polegało jedynie na instynkcie i to go zgubiło. Piszę o tym na wszelki wypadek, bo ponoć „Szczęki” ukazują według niektórych ułomność ludzkości wobec zwierząt i tego typu podobne rzeczy.