Syn Różowej Pantery („Son of the Pink Panther”, 1993)

Syn Różowej Pantery („Son of the Pink Panther”, 1993)

25 kwietnia 2018 Komedia 0
syn różowej pantery plakat
Blake Edwards
Roberto Benigni & Herbert Lom
A gdzie Chuck Norris?

Niech nazwisko reżysera was nie zmyli. Ta część nie na w sobie nic, za go kochałem resztę serii.

Porwana zostaje księżniczka. Do sprawy zostaje przydzielony posterunkowy, który okazuje się później synem najsłynniejszego inspektora policji. Odziedziczył on wymowę („I hit a bymp!„), gamoniowatość oraz Blake’a Edwardsa na stołku reżyserskim, ale nie odziedziczył… cóż, klasy. Skończyło się jedynie na próbowaniu podrabiania wcześniejszych części, bez zrozumienia, co sprawiało, że były one tak zabawne.

Niech was nie zmyli nazwiska twórców – ta część mocno różni się od pozostałych filmów serii pod względem konstrukcji fabuły i żartów. Ton, styl, wszystko jest tu inne. Intryga jest poważniejsza, mnóstwo ludzi ginie – a fakt ten zmienia absolutnie wszystko, w końcu wcześniejsze części były kreskówkowe. Można było przeżyć nawet eksplozję, a tu nagle mówimy o poważniejszej przygodzie o poważną stawkę. Tylko zamiast Chucka Norrisa mamy syna Jacquesa Clouseau – Jacquesa Jr.

W tej roli Roberto Benigni, który chyba gra upośledzonego. I to nie takiego, co to bez dłoni potrafi obsłużyć karabin i bierze udział w zawodach. Raczej takiego, co to czegoś nie umie, ale wciąż to robi i postronnym zostaje tylko stać z boku, aż on skończy to robić. Przypominało mi to scenę ze „Strasznego filmu 2„, gdzie kelner rozdawał posiłki, chociaż miał powykręcane dłonie, kroił też mięsa i nie chciał żadnej pomocy. Zapewne zamysł był taki, że bohater nie jest śmieszny, tylko reakcje ludzi wokół na jego zachowanie takie jest. Często jednak czułem się, jakby pokazywano mi zachowanie tego człowieka z myślą właśnie o tym, bym z niego się śmiał. A ja czułem się okropnie na samą myśl o tym, że miałbym się śmiać na widok upośledzonej osoby. To jak granie w bierki z osobą z Parkinsonem. Jacques Junior potyka się, ma głupie pomysły, które zawodzą na całej linii, a kiedy sam siebie uderza ciastem w twarz, to po prostu uśmiecha się szeroko i próbuje czegoś innego. I ląduje na bananie. Nawet wątek miłosny zdaje się takim kpieniem z głównego bohatera. Zakochuje się w nim porwana księżniczka, co przypomina motywy z takich produkcji jak „Operacja Hamburger„, w których laska z Playboya udaje, że lubi przewodnią postać, aby zrobić z niego pośmiewisko albo zdobyć coś w ten sposób. Przykra rzecz do oglądania, chociaż jako całość, „Syn Różowej Pantery” jest takim tytułem, który zobaczyłem z ciekawości, dałem mu szansę i ostatecznie musiałem przeczekać, aż się skończy.

Właśnie sobie uświadomiłem, że film z serii o Różowej Panterze przywodzi mi na myśl „Straszny film 2” oraz „Operację Hamburger„. Do czego ten świat zmierza…