Straż przyboczna („Yojimbo”, 1961)

Straż przyboczna („Yojimbo”, 1961)

24 grudnia 2017 Uncategorized 0
yojimbo poster
Akira Kurosawa & Kazuo Miyagawa
Toshiro Mifune & Tatsuya Nakadai & Takashi Shimura
Małe miasteczko & Mali ludzie & Lanie sake

Samuraj bez ojczyzny i domu wędruje po kraju. Przy skrzyżowaniu rzuca w górę gałąź, aby jej koniec wskazał mu, w którą stronę powinien zmierzać. W ten sposób trafia do małej wioski będącej trochę z boku od oczu wszystkich ludzi.

Szybko staje się jasne, że panuje tutaj konflikt między dwiema grupami, co straszy mieszkańców do tego stopnia, że boją się wyjść z domostw. Nasz samuraj decyduje się pomóc, jednak odkrywa, że obie grupy są siebie warte. Co więc zrobić w tej sytuacji? Na pewno nie odejść!

Pomimo podłoża z komentarzem społecznym (relacje władzy z mieszczaństwem) jest to bardzo gatunkowa produkcja, przywodząca na myśl cechy westernów. Samotny sprawiedliwy zaprowadza porządek wbrew wszystkim, kiedy nawet uciśnieni są zbyt pasywni, by walczyć o zmianę. Sporo tu humoru (samuraj ostatecznie wchodzi we współpracę… z twórcą trumien, który jako jedyny również stoi z boku, bo i korzysta niezależnie od tego, która grupa jest u władzy) i napięcia towarzyszącego kolejnym starciom. Nie jest to kino przesadnie surowe, chociaż muzyka jest oszczędna jeszcze bardziej niż bohaterowie w swoich słowach. Pojedynki z kolei opierają się głównie na oczekiwaniu, odwlekaniu nieuniknionego, prowadzących do licznych szybkich zgonów. Muszę też podkreślić ludzką stronę produkcji – nie tylko chodzi tutaj o dobro prostych ludzi, nie tylko nasz protagonista staje się w naszych oczach postacią pozytywną właśnie z tego względu, że dba o ludzi, ale bardzo istotny jest czynnik człowieczeństwa. Samuraj może się mylić, kłamać, popełnia błędy – dlatego sporą część filmu zajmuje mu po prostu siedzenie i myślenie nad kolejnym ruchem. Ostatecznie nie jest też bohaterem, który wyjdzie cało z każdej sytuacji, jak to ma miejsce w dzisiejszym kinie. Dwóch silnych ludzi da mu radę, jeśli nie będzie ostrożny.

Dzięki temu ogląda się to naprawdę dobrze, ale ogromnie pomaga tu styl Kurosawy, który jest bardzo wyraźny w „Straży przybocznej„. Począwszy od wplecenia natury w kontekst scen (mocarny wicher z pyłem za plecami każdej ze stron w finałowym starciu!) po kręcenie na długim zbliżeniu. Połączono to jeszcze z bohaterami w nieustającym ruchu, przemieszczają się po planie z lewej strony na prawą. Dzięki temu operator kamery musiał być czujny i reagować na każdy szczegół, żeby widz niczego nie przegapił – i to napięcie udziela się podczas oglądania. Ponadto, idealnie balansowano precyzyjne budowanie kadru z ujęciami w ruchu – ujęcia statyczne, w których aktorzy stoją bez ruchu, bo ich tak reżyser (bezbłędnie) w kadrze rozmieścił, mogą w jednej chwili przejść w jakieś dłuższe ujęcie, gdzie cała ta początkowa kompozycja rozpada się i panuje pozorny chaos. Większość twórców robi tylko jedną z tych dwóch rzeczy – ich filmy albo wyglądają jak statyczne fotografie, albo wszystko kręcą bez statywu i komponowania kadru. Tutaj te dwa style mieszają się, cały czas uwzględniając jakiegoś rodzaju ruch (kamery, operatora, przedmiotów lub aktorów przed kamerą) w obrazie.

Powtórzyłem sobie teraz ten film po blisko 10 latach i widzę wyraźnie sam, że Kurosawa miał ogromny wpływ na późniejszą kinematografię. Począwszy od filmografii Davida Finchera, poprzez redefiniowanie gatunkowe westernu, na zainspirowaniu Sergio Leone do kręcenia remakeu’ „Straży przybocznej” w postaci „Za garść dolarów„, który to inspirował już na własną rękę, od trylogii „Powrotu do przyszłości” po „Głupi i głupszy” z Jimem Carreyem. Sam w sobie jest to bardzo satysfakcjonująca produkcja – na poziomie tego, jak to zostało zrobione, kończąc na historii, którą opowiada. Udany tytuł, bez dwóch zdań.

Chcecie więcej?

Pójdę teraz w polecenie „Za kilka dolarów więcej” (1965), czyli drugiej części trylogii spagethi westernów Sergio Leone. Dwóch łowców głów poluje na bandytę, który ma zamiar napaść na bank. Pisałem o tym filmie w TYM miejscu.