Star Trek

Star Trek

23 sierpnia 2018 Opinie o filmach 0

Star Trek II – Gniew Khana (1982)

5/5

W jednym z odcinków serialu Star Trek: TOS pojawił się Khan – żeby nie zdradzać za wiele, znaleźli go w kosmosie i dosyć szybko zrozumieli, czemu zamrożono go ponad 200 lat temu. Khan chciał odbić statek, więc Kirk zdecydował się wyrzucić go na niezamieszkałej planecie, by sobie żył jak chce i innym nie przeszkadzał. Miło, że zdecydowano się wrócić do tego wątku po 15 latach, by dać antagoniście szansę na dopełnienie zemsty.

Muszę powiedzieć, że takiego filmu właśnie oczekiwałem. Porządnego kina przygodowego w kosmosie. Całość jest tak odmienna od jedynki, jak to tylko możliwe – nie ma prawie w ogóle kiczu, bohaterowie zachowują się dużo poważniej i dostojniej, nawet w ich nowych kostiumach jest więcej klasy. Nie ma głupich lub dziwacznych momentów, ten film zdaje się świadomym, że jakiś dorosły może go obejrzeć. Różnicę klas widać od pierwszych sekund, gdy zauważyłem zmianę na stołku operatora – teraz zdjęcia mają większą samoświadomość, tylko dzięki nim akcja jest o wiele ciekawsza i o wiele szybciej rośnie „na oczach” widza. A to tylko początek, kolejne zalety można wymieniać i wymieniać: nowe postaci mają charakter i są faktycznie potrzebne. Starzy bohaterowie zostali ulepszeni – Kirk jest o wiele lepszym dowódcą, Spock o wiele bardziej pomocny (radzenie sobie z intrygą przez bohaterów jest o wiele bardziej przejrzyste), McCoy faktycznie jest zabawny. Jest taka scena, w której dwoje ludzi wsiada do windy i wstrzymuje ją, by poważnie porozmawiać. Rozmawiają, rozmawiają, i na końcu drzwi się rozsuwają, McCoy wyskakuje i woła: „Kto do diaska blokuje windę?!„

Tempo, dialogi, efekty, wątki poboczne – wszystko to zaliczyło solidnego kopa, ale nic z tego nie równa się z kluczowym konfliktem: Khanem polującym na Kirka. Nie licząc kilku cwanych momentów, to bardzo angażująca walka, kipiąca od dramatyzmu. Raz, dzięki postaci antagonisty, który jest dosłownie opętany przez pragnienie zemszczenia się, i nic go nie powstrzyma. Dwa, jego motywacje i zaplecze historyczne, wszystko to jest bardzo mocne, i bardzo dobrze wykorzystane. Trzy, to prawdziwy, dosłowny pojedynek.

A do tego dochodzi jeszcze to doskonałe zakończenie… Nie miałem ochoty wypisywać drobiazgów, które poszły nie tak, nie miałem ochoty o nich pamiętać. Wciągnąłem się i na koniec została mi tylko jedna myśl: chętnie kiedyś wrócę do tego filmu. Nadal nie lubię Star Treka, ale lubię ten film. Jako kino przygodowe, świetna robota.

Następne pokolenie ("Star Trek The Next Generation", 1987-1994)

5/5

Zacznę od napisania, że TNG jest jednym z przedstawicieli złotej ery telewizji: kilkusezonowa produkcja z pełnowymiarową liczbą odcinków (nawet 26 w serii!), zaczynająca się i kończąca w zasadzie filmami telewizyjnymi, z mnóstwem świetnych opowieści i scenarzystami, którzy nie bali się eksperymentować. Czasami wpadali na szalony pomysł i to się opłacało, czasami nie dało się tego oglądać – ale o tym zapominaliśmy, bo tydzień później włączaliśmy nowy odcinek i losowanie zaczynało się kolejny raz. Problem w tym, że musiałem czekać do połowy trzeciego sezonu, zanim serial w moich oczach tak się zaczął prezentować.

Prawdą jest, że nie oglądałem wszystkich sezonów w całości. Skakałem i oglądałem wybrane odcinki, ostatecznie zatrzymując się na poznaniu 53 z 176 odcinków. Po trosze ze względu na mijający mi dostęp do Netfliksa, po trosze chciałem odhaczyć ten tytuł ze swojej listy, ale powiem wam: cieszę się, że mam jeszcze tyle przed sobą. Przy najbliższej sposobności zabiorę się za sezon czwarty, piąty lub szósty. Kiedyś może nawet obejrzę w całości, bo naprawdę lubię ten tytuł, ale do tego wszystkiego musiałem dojść dzięki oglądaniu najlepszych odcinków. A te, mam wrażenie, przyszły dopiero w trzecim sezonie, gdy do scenarzystów dołączył Ronald D. Moore – twórca Battlestar Galactica z 2003 roku. Wcześniej, gdy myślałem o najlepszych momentach serialu, to wspominam finał pilotażowego odcinka i Picarda mówiącego: „Sprawdźmy, co tam jeszcze jest” mając na myśli kosmos i jego niespodzianki. Taki zew przygody powinien być obecny w całym serialu! Zamiast tego otrzymywałem średnie kino, w którym dramaturgia jest oparta np. na tym, że maszyna nie działa i trzeba zrobić „coś”, żeby działała – następuje kilka stron słowotoku technicznego, naciskają coś i już sprawa rozwiązana. Innym sposobem jest np. dbanie o formalności lub protokół, zamiast wysłuchać drugiego człowieka i w ten sposób dowiedzieć się w prosty sposób o problemie lub sposobie rozwiązania go. Ogólnie często bohaterowie muszą się zachować jak idioci (najczęściej wszyscy), żeby jakiś odcinek mógł się wydarzyć. Wymagają tego te wszystkie ograne schematy fabularne, które były wtedy używane: jak choćby okazuje się, że nasz sympatyczny android Data ma „brata” bliźniaka, o którym nic nie wiemy! Weźmy go na pokład i dajmy mu pełnię władzy, co może pójść nie tak?

Jak o tym myślę, to serial naprawdę przeszedł daleką drogę od pierwszego do ostatniego sezonu. Obejrzałem właśnie finał i nie wyobrażam sobie, żeby mieli się tam właśnie ignorować, stawiać wyżej formalności od drugiego człowieka i w ogóle krzyczeć „Shut up, Wesley!”.

Od drugiego sezonu zaczęły się momenty: jak Riker poznawał kulturę Kligonów i usłyszał rozkaz, aby atakować Enterprise – albo jak Q doprowadził do tego, że załoga Picarda poznała Borgów – albo jak musieli ustalić, czy Data zasługuje na jakieś prawa. To nie były całościowo udane odcinki, ale miały już to „coś”. Schematy fabularne i przeciętna dramaturgia nadal były obecne, ale też coś jeszcze można było wyczuć: wyobraźnię. Scenarzyści zaczęli pisać odważniej, ale nadal wydawali się ograniczeni. Brali byle jakie fabuły tylko po to, aby stworzyć kilka momentów, w których bohaterowie będą mogli się wykazać swoim charakterem. Innym razem brali się za ambitne tematy, na których temat nie mieli nic do powiedzenia (albo niewiele). Brali się za fabuły, które powinny być rozpisane na kilka odcinków, a następnie streszczali je, byle tylko zmieścić się w ograniczonym czasie. Nie napiszę, że zawsze coś było pod spodem, bo trudno jest mi sobie wyobrazić, aby nawet te trzy dekady temu to przeciętne kino było czymś wyjątkowym. Nadal oglądaliśmy typowe fabuły i typowych bohaterów, a całość zrealizowano co najwyżej „wystarczająco”.

A potem przyszedł czas na rok 1990. Dokładnie 1 stycznia. Połowa trzeciego sezonu. Oglądam, oglądam… I pierwszy raz mam ochotę oglądać dalej. Odcinek o dezerterze, który ryzykuje wszystko, aby zapobiec wojnie – czy jednak można mu tak zwyczajnie zaufać? Miesiąc później zwodniczy Q pojawia się na statku i twierdzi, że odebrano mu wszystkie moce, że jest człowiekiem. Co wtedy zrobić? Kilka tygodni później Data buduje sobie potomka: córeczkę. Ja nie tylko lubiłem te odcinki, ale miałem problem z wybraniem tego jednego, który bym umieścił na liście najlepszych odcinków 1990 roku! (odsyłam do tamtejszego podsumowania) Tak jakby wraz z nową dekadą wszystko wśród twórców kliknęło, wskoczyło na właściwe miejsce i nagle byli w stanie zmieścić się w narzuconym ograniczeniu czasowym, podjąć odpowiedni temat, rozwinąć go i jeszcze dodać coś od siebie. Od czwartego sezonu było jeszcze lepiej – odcinki zaczęły mieć ciężar i konsekwencje. Nie wymagały od widza znajomości poprzednich wydarzeń, nie korzystano również z przypominania na początku seansu – ale nadal potrafiono realizować odcinki, które były częścią dużego doświadczenia.

TNG jako całość nie ma jakiejś jednej, dużej fabuły – zamiast niej poszczególne wątki mogą ewentualnie być kontynuowane. Czasami minie np. 10 odcinków, zanim do czegoś wrócimy, czasami będzie to dużo więcej. Wspomniany bliźniak Daty pojawi się pierwszy raz w 2 sezonie, a ostatni raz go widziałem w siódmym. W życiu bym się tego nie spodziewał. Inne postaci nie mają do siebie przypisanej konkretnej fabuły, raczej pełnią funkcję w serialu i ilekroć ich widzimy, to spodziewamy się konkretnej przygody. A jeszcze inne postaci (Hugh) w TNG pojawiają się dwóch odcinkach, by później – dużo później, prawie trzydzieści lat później – pojawić się w innym serialu z uniwersum Star Treka.

Tak chwalę, więc zaznaczę: to nadal Star Trek – obce cywilizacje nigdy nie są „obce” (doktor na innej planecie nadal składa przysięgę Do No Harm!), są dosyć ludzkie (czy raczej „znajome”) i najczęściej w jakimś stopniu historie z nimi opierają się na znalezieniu w nich człowieczeństwa (lub uczenia go), a sama Federacja, w której imieniu bohaterowie walczą i odkrywają, najczęściej jawi się jako biurokratyczna przeszkoda, której lepiej o czymś nie informować, bo „czegoś” nie zrozumieją. Przy oglądaniu głównie skupiłem się na przeżywaniu przygód, ale miałem świadomość, że jakbym chciał przyjrzeć się logice niektórych fabuł (np. z podróżowaniem w czasie), to one by raczej nie wytrzymały krytyki. Mój zachwyt TNG nie jest więc bezgraniczny i nie mam zamiaru stawiać tego tytułu obok Babylon 5 choćby – wciąż jest to tytuł, który sobie niesłychanie cenię. Trudno jednak napisać więcej w zbiorczym tekście, ponieważ każdy z odcinków, które bym polecał, polecałbym z innego powodu. Każdy przemówił do mnie inaczej: od zwykłej przygody na wysokim poziomie, aż po zaskoczeniu i wyciągnięcie z fantastyki czegoś, co rozbudziło moją wyobraźnię jeszcze mocniej.

Najlepszy odcinek: Conspiracy

Najlepszy odcinek: The Measure of a Man

Najlepsze odcinki: The Defector, Déjà Q, Yesterday’s Enterprise, The Offspring, Sins of the Father, Sarek, & The Best of Both Worlds

Najlepsze odcinki: Family, Reunion, Data’s Day, The Wounded, Clues, First Contact, The Nth Degree, The Drumhead & Redemption

Najlepsze odcinki: Darmok, Disaster, Conundrum, Cause and Effect, I Borg, The Next Phase, The Inner Light & Time’s Arrow

Najlepsze odcinki: Chain of Command, Ship in a Bottle, Face of the Enemy, Tapestry, Frame of Mind, The Chase & Descent

Najlepsze odcinki: Parallels & All Good Things…

 

Star Trek (2009)

3/5

Reboot klasycznej postaci „Star Treka” – po różnych odmianach i przygodach, pokroju „Nowej generacji” czy „Deep Space Nine„, wracamy do początku, kiedy „Star Trek” to była tylko załoga statku Enterprise i jej przygody. Tutaj oglądamy początki ich znajomości – zaciągnięcie się do służby, pierwsze konflikty wewnętrzne, narodziny przyjaźni i pierwsza przygoda.

Najważniejsze jest w tym tytule przedstawienie starych bohaterów w nowej wersji. Zastosowano tu alternatywną rzeczywistość wobec wcześniejszych odsłon serii, pozbywając się jednocześnie ciężaru starego kanonu. Można oglądać, wiedząc tylko tyle, że akcja filmu dzieje się w przyszłości, ludzie są w stanie wojny z jakąś tam obcą rasą, latamy statkiem po kosmosie. To wszystko.

Star Trek” naprawdę kiepsko sobie radzi z przedstawieniem obcej rasy Wulkan. Teoretycznie, jest to gatunek podobny do człowieka, ale pozbawiony emocji, ale to stek bzdur. Czują pychę, pogardę i mnóstwo innych, negatywnych emocji – wszystkie względem ludzi, których uważają za gorszych od siebie. Właśnie za to, że ludzie są emocjonalni. Jednym słowem: Wulkanie w tym filmie to ten dzieciak z przedszkola, który chwytał cię za rękę, uderzał nią o twoją twarz i pytał „czemu sam się bijesz?„. Dupek do kwadratu, który teraz musi żyć bez sutków i połowy kciuka. Nie pytajcie. A Wulkanie są głupi.

Star Trek” zawodzi też w kreacji bohaterów przez większość czasu. James Kirk ma przeszłość, która go kształtuje, ale nie ma za bardzo w życiu wyborów. Nie chce się zaciągać do wojska – mówią mu „etam” i się zaciąga. A gdyby było inaczej? Wtedy nie wiadomo, w jaką stronę jego życie by się potoczyło. Spock z kolei nie ma historii, ale miał wybór. Mógł kontynuować naukę, ale wybrał wojsko. Reszta bohaterów po prostu jest, bez historii lub wyboru. Z kolei wyzwania, którym będą musieli podołać, nie są ciekawe. Najczęściej będą one techniczne: podbiec, nacisnąć coś i w ten sposób kumpel zostaje uratowany.

Na pozostałych polach film sprawdza się w mojej opinii zadowalająco. Zrealizowany jest w naprawdę widowiskowy sposób – uwielbiam, jak kamera w filmach Abramsa podróżuje od postaci do postaci, zawsze stawiając ich na pierwszym planie.

Było warto zrobić tę powtórkę.

Nie tylko po to, aby zweryfikować ocenę (wcześniej była jedna gwiazdka, kiedy oglądałem to chyba pod koniec 2009 roku. Był to mój pierwszy tytuł z tego uniwersum). Chodzi mi o jedną z najlepszych scen „Star Trek Beyond„, kiedy to w tle zaczyna lecieć Beastie Boys – Sabotage. Kirk pochwala ten wybór i przystępuje do ataku, rewelacja. Otóż okazuje się, że ta piosenka została użyta nie dlatego, że „jest fajna„, ale dlatego, że towarzyszyła ona Kirkowi już w dzieciństwie. W pierwszej części uciekał przed policją w rytm tej samej piosenki.

Antagonista jest po prostu do pokonania, potem idziemy dalej. Akcja jest przyzwoita. Czas jakoś mija bez większego problemu i na koniec wciąż pamiętałem, co oglądałem. Tytuł z kategorii „Chcę po prostu obejrzeć jakiś film„, tylko zawiera odrobinę brutalności.

PS. Dr Zeltzer, najmroczniejsza postać w uniwersum „Scrubs„, dostał motocykl od Jamesa T. Kirka. Nie wiem, co zrobić z tą wiadomością.

Star Trek: Picard (2020)

2/5

Fani będą narzekać, ale to oni najwięcej wyniosą z tego serialu. Warto dla ostatniej sceny Picarda i Daty.

Współczesny to serial. I nie mówię tego konkretnie jako wady, to po prostu tak dzisiaj się robi i tyle. Fabularnie mamy tutaj nie kontynuację, raczej rozwinięcie wątków Hugh i Daty z TNG. I jest to wystarczające, ale fani raczej będą czuć, że czegoś tutaj brakuje. TNG miało mnóstwo wątków rozgrywających się osobno, były też dodatkowe odcinki pełne samodzielnych przygód, więc po czymś takim włączając Picarda mamy wrażenie obcowania z niekompletnym produktem. Rozgrywa się w bogatym uniwersum, a my skupiamy się tylko na jego małym wycinku. Fajnie jest oglądać śledztwo kapitana, ale w TNG obok tego był Data poszukujący człowieczeństwa, Worf zmagający się z hańbą rodzinną, która może wywołać wojnę, albo Q, który chce znowu wysadzić kilka planet. Picard ma dosyć standardowe parcie w stronę głównego wątku i wątków pobocznych – jakieś dwie postaci w tle zaczną mieć romans, tego typu rzeczy. Nie jest to minus produkcji, po prostu seriale się zmieniły przez te 30 lat. Dzisiaj właśnie wolą takie miniseriale opowiadające jedną historię, do obejrzenia w dwa dni, które nie zostają z nami na dłużej, a poszczególne odcinki są identyczne.

Twórcom brakuje też wyobraźni i jakichś pomysłów na rozwój technologii wewnątrz uniwersum ST. Wszystko wygląda raczej standardowo – czyli mamy różne gadżety, które są nieporęczne dla bohaterów, jak przezroczysty telewizor/hologram stojący na środku pomieszczenia. Albo prywatne kwatery kapitana na statku, która jest hologramem i wygląda jak jego dom we Frencji, który opuścił, żeby udać się w podróż będącą celem tego tytułu – przez co nie ma tego poczucia bycia na statku, w kosmosie (w ogóle zaskakująco częsty jest motyw właśnie jakiegoś domku na ustroniu). Można zrozumieć taki ruch scenarzystów, ale subiektywnie nie jestem fanem takiego rozwiązania. Poza tym wszystko wygląda nieco efektywniej, np. podczas walk w kosmosie statki latają wokół siebie i unikają ostrzału, ale ja to wszystko już widziałem w innych produkcjach. Najbardziej przeżywam, że ważnym punktem fabularnym był wywiad udzielony przez Picarda dla… telewizji, którą nawet oglądali na ulicach, przez witryny sklepów. Takie rzeczy nie przeszłyby nawet we współczesnych serialach, a co dopiero w takich, których akcja rozgrywa się trzysta lat w przyszłość.

Współczesne seriale mają się też podobać wszystkim, więc alienują one wszystkich. Trzeba zadbać o nowych widzów, którzy w ogóle nie znają gatunku, więc dla nich trzeba tłumaczyć oczywistości – Picard choćby opowiada, jak to jest dla androida dowiedzieć się, że jest się androidem. Doświadczeni z gatunkiem wywrócą wtedy oczami, może nawet przerwą seans. Fani Star Treka ucieszą się widząc Picarda spotykającego starych kumpli, co z kolei odrzuci nowych widzów, którzy w ogóle nie znają tych ludzi, a nie są oni przedstawiani w żaden sposób – poza takim typowym, współczesnym, czyli wychodzą z domu w pełnym makijażu, żeby obcinać kwiatki… I dopiero wtedy widząc, że mają gości. I się uśmiechają, witają… Jest nawet najazd kamery. Typowe dla współczesnych produkcji jest jeszcze beznadziejne planowanie – cały ten dziesięcigodzinny serial mógłby się zmieścić w jednym filmie. Budowanie relacji między bohaterami? Zapomnijcie, wszyscy mogą się najwyżej kochać i poświęcać w imię innych, nie ma nic pomiędzy tym i neutralnością. Oglądamy ludzi będących razem już czwartą godzinę i niczego to nie dało, nie było między nimi żadnej interakcji, ale już są gotowi zginąć, aby drugi mógł żyć.

Ósmy odcinek jest oceniany najwyżej, ale dla mnie jest najsłabszy – siedzą w lesie, przytulają się i wymieniają się tandetnymi dialogami pełnymi banałów. Jeden z nich wywołuje ból zębów – w nim ktoś tłumaczy Picardowi, jak być Picardem. Jakby scenarzyści pisali wtedy sami do siebie, o czym mają pamiętać tworząc cały ten serial. Albo uznali, że w ten sposób zażartują i dzięki temu ich pomyłki będą samoświadome, więc zostaną im wybaczone. Typowe dla współczesnego kina… Picard poziomem przypomina mi dwa pierwsze sezony TNG, wtedy właśnie ludzie nie bardzo umieli gadać i ogólnie ledwo udawało się twórcom osiągać „akceptowalny” poziom wykonania. Tylko wtedy było „Shut up Wesley”, a teraz słyszymy: „Shut the fuck up, Picard” (poważnie!!!). Takie i inne momenty sprawiają, że ja bardziej chcę to lubić, niż faktycznie lubię. Myślę sobie, że TNG też dopiero w trzeciej serii było dobre, że Picard to w sumie tylko taki dwugodzinny film telewizyjny przedstawiający bohaterów i wprowadzający do właściwego serialu, że… że będzie lepiej, że to nadal Patrick Steward w roli Jean-Luc Picarda. Mogą o nim mówić „JL” (ech…), ale to nadal Picard. Hugh to nadal Hugh. Borg i ich kostka tutaj są. Takich rzeczy nie można brać za pewnik, a fani je docenią. Jak z nowymi widzami? Trudno powiedzieć, oni raczej zobaczą tutaj kolejny, podobny do innych serial sci-fi. Nie ma ich wiele jakby nie patrzeć, więc może i nie ma na co narzekać, ale hej – fani gatunku powinni, tak czy inaczej, najpierw nadrobić TNG.