Stanley Donen

Stanley Donen

22 marca 2020 Opinie o filmach 0

Przegląd filmowej twórczości Donena.

Na przepustce ("On The Town", 1949)

3/5

Zamysł jest prosty i w moim guście: oto troje przyjaciół dostaje przepustkę na 24 godziny ze służby, idą więc na miasto i cieszą się jak dzieci. W końcu co może się stać w ciągu jednej doby? Absolutnie wszystko!

A co z tym zrobili producenci? Napisali historię o tym, jak bohaterowie spotykają na swojej drodze trzy najbardziej napalone kobiety, jakie kinematografia XX wieku widziała. Gdy tylko widzą naszych protagonistów, to chcą ich zaciągnąć do łóżka. Więc idą. I po drodze śpiewają strasznie byle-jakie piosenki, które z niczym się nie wiążą. I są o niczym, poza tym, że wyrażają zadowolenie bohaterów. Potem jest tylko jeszcze kilka beznadziejnych konfliktów wziętych z dupy – jako zapchaj-dziury, żeby wydłużyć metraż. Na przykład jedna z dziewczyn ucieknie, bo będzie myślała, że jak jej ukochany odkryje, że wcale nie pochodzi z Nowego Jorku, to ją rzuci. Głupie, ale na tym spędzamy sporo czasu.

Z kolei końcówka, gdy bohaterowie próbują się wykręcić od wszystkich problemów, jakie zrobili – a zrobili sporo, poczynając od łamania przepisów drogowych, na dewastacji muzeum kończąc – wtedy zaczyna się festiwal pierdolenia, tego inaczej nie można nazwać. To naprawdę głupkowaty, niepoważny musical, pełen tańczenia i śpiewania, ale bez żadnej treści lub konkretnej myśli stojącej za tym wszystkim. Ot, publika jeszcze lubi musicale, więc dajmy im kolejny. Kolorowy, pozytywny i uśmiechnięty, nawet jeśli w nim samym nie ma żadnego powodu, aby się uśmiechać lub radować. Muszę jednak oddać, że zatrudnili profesjonalistów, a oni dali z siebie, ile tylko mogli, żeby to sprzedać. Kompetentnie zrobiony tytuł wyszedł dzięki temu, ale On the Town przejdzie do historii tylko jako jeden z pierwszych amerykańskich filmów kręconych w plenerze (podczas pierwszego „New York, New York” w tle widać przechodniów gapiących się na występ Sinatry i Kelly’ego). I pewnie zawsze będzie mi się mylić z Podnieść kotwicę, ilekroć będę próbował sobie przypomnieć, w którym filmie Gene Kelly tańczy z Myszką Miki.

Stanley Donen

Obecnie Stanley Donen znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #47

Top

1. Deszczowa piosenka
2. Zawsze jest piękna pogoda
3. Szarada
4. Dwoje na drodze
5. Siedem narzeczonych dla siedmiu braci
6. Zabawna buzia
7. Na przepustce

Deszczowa piosenka ("Singing in the Rain", 1952)

5/5

Ten film bierze na warsztat dosyć poważną historię, która parę lat temu stała się pierwszorzędnym dramatem w Bulwarze zachodzącego słońca, gdzie pokazano, jak artyści ery niemego kina nie poradzili sobie z przejściem do kina dźwiękowego, odrywając się od rzeczywistości i żyjąc przeszłością. Jak ująć to w komedii, ale zachowując szacunek dla tego zdarzenia? Stawiając jako czarny charakter wredną aktorkę, która ma beznadziejny głos, ale nie jest tego świadoma. A że jest gwiazdą, to trzeba kombinować. Don Lockwood i Lina Lamont są parą na ekranie, w życiu prywatnym jednak jest to uczucie głównie jednostronne. Wprowadzenie dźwięku wymusza zmiany w ich nowej produkcji.

Produkcja, w której wszystko jest na właściwym miejscu. Żarty są przednie i świeże, historia to perełka i klasyk sam w sobie, z perfekcyjnym scenariuszem, który można chwalić za dialogi, zakończenie, dynamiczną akcję… praktycznie wszystko. Najważniejszy pozostaje temat. Jeśli się nad tym przypadkiem zastanowić to była to jedna z najtrudniejszych komedii do napisania, ale się udało. Każdy ból i problem odwrócono ogonem, obracając w żart – a przy tym przedstawiono bez narzucania się. Można tylko obejrzeć ten film i zdać sobie sprawę z tego, że to, co dziś (czy nawet w latach 50’tych) było banalne, parę lat temu sprawiało niewiarygodne problemy. Teraz możemy oglądać, jak Gene Kelly tupta w kałuży, śpiewając coś pod nosem, i jednocześnie słyszeć zarówno jego kroki, jak i słowa bez problemu. Deszczowa piosenka świetnie odgrywa swoją rolę w postaci złożenia hołdu ludziom, którzy pracowali w tamtym okresie nad filmami, a nawet filmom w ogóle.

Najdziwniejsze, że piosenki są tutaj największym problemem. Są oczywiście petardy, ale większość wystarczy obejrzeć tylko raz. Przy powtórce sporo pomijam. Często brakuje nawet przerwy między piosenkami, następują jedna po drugiej i nie mają nic wspólnego z czymkolwiek. Ponoć w tym filmie najpierw powstały piosenki, a dopiero potem cała reszta – i to w sumie widać. Niemniej imponuje mi, że taka historia wyszła z burzy mózgów. Ma ona wszystko – zaangażowanie, pomysłowy rozwój, rodzi pragnienie szczęśliwego zakończenia… a na końcu je daje. Bez cukru i fałszu, zamiast tego… sukces. Do takiego kina tęsknię.

Siedem narzeczonych dla siedmiu braci ("Seven Brides for Seven Brothers", 1954)

4/5

Musical w kostiumie westernu w zasadzie. Oto chłop przyjeżdża szukać żony. Jest w pośpiechu, zresztą wtedy były inne czasy, więc bierze sobie taką, co umie gotować i bierze ją w góry, gdzie mieszka razem z braćmi. Wszyscy są rudzi i wysocy, a po jakimś czasie mają ochotę sami się ożenić. Problem w tym, że są nieokrzesani.

Owi bracia to naprawdę kupa zabawy. Wystarczą im sekundy, aby rozkręcić bijatykę, a jak już zaczynają się bić, to momentami wyglądają jak coś, co mogło inspirować trzy dekady później Jackiego Chana. Przemoc tutaj jest pełna choreografii, chociaż nadal jest udawana i nikomu tak naprawdę nie dzieje się krzywda… Na ekranie. Łatwo sobie wyobrazić, że podczas prób dochodziło do wielu siniaków i potknięć. Cholera, w jednej scenie budują dom, który pod koniec zostaje zdemolowany do gołej ziemi! Piosenki jako takie są rzadkością, ale sekwencje taneczne potrafią zachwycić. Dla nich warto. I dla braci. Żeby zdobyć kobiety, muszą nauczyć się tańczyć, co wygląda śmiesznie – wolałbym oglądać, jak znowu komuś przestawiają nos – ale i to po jakimś czasie zaczyna pasować. Polubiłem tych bohaterów. A przynajmniej na tyle, jak dalece pozwala historia, która z grubsza jest… Problematyczna.

Widzicie, na pierwszym planie jest relacja tego pierwszego małżeństwa. Zakochują się na miejscu, ale na powierzchni wydaje się, jakby chodziło tylko o „ja Tarzan, ty Jane, ty mi gotować, ja cię wziąć za żona”. I przez cały seans ta relacja wydaje się pogłębiać, kiedy on uczy się kochać ją, a ona… Czeka cierpliwie, aż jej ukochany będzie w rzeczywistości taki kochany. Tylko z drugiej strony cały trzeci akt filmu polega na tym, że sześciu braci porywa sześć kobit z ich domów, zaciąga do doliny, która będzie odcięta przez całą zimę od reszty świata… I tylko czekają, aż te baby ich pokochają. Nic nie robią, aby to osiągnąć, jedynie czekają cierpliwie. I faktycznie, gdy wiosna przychodzi, to baby zaczynają fantazjować, jak to fajnie jest wejść za mąż i urodzić dziecko. I w ten sposób mamy happy end!

Więc dziwnie się czuję, lubiąc ten film, ale co poradzić – śmiałem się i bawiłem podczas oglądania. Gdy jest po prostu komediowy, jest dobrze. A gdy jest oderwany od rzeczywistości i głupi, to wtedy… również się śmiałem. Fajnie tak zobaczyć musical o tym, że babę trzeba zamknąć w szafie i poczekać, aż syndrom Sztokholmski się włączy. Nie ma wiele takich tytułów, musicie przyznać.

Zawsze jest piękna pogoda ("It's Always Fair Weather", 1955)

5/5

Otwierający numer jest jedną z najlepszych sekwencji tanecznych, jakie widziałem. To taka scena, która sprawia, że jestem zadowolony z pakowania się w takie retrospekcje reżyserskie i poznawania filmów, o których nigdy nawet nie słyszałem. Troje przyjaciół wraca z wojny w 1945 roku, jeden z nich chce się spotkać z dziewczyną – ale dowiaduje się, że ta wyszła za mąż. Nasz kawaler idzie więc pić, a jego przyjaciele idą mu w tym pomóc. Piją i piją, a potem tańczą i tańczą. Scena ta trwa i trwa, z każdą minutą mając w sobie więcej radości, zachwycając choreografią i zgraniem oraz kolejnymi pomysłami na tło (zatrzymują taksówkę na środku ulicy i dokonują abordażu). Następnie zakładają się w barmanem, który mówi im, że przyjaźń z wojska nie przetrwa. Oni są innego zdania – i obiecują sobie, że za 10 lat spotkają się w tym samym barze, tego samego dnia. Przez tę dekadę jednak wiele się zmieni.

Nie chcę wiele zdradzać – czy do spotkania dojdzie albo nie – ale każde z nich pomyśli, żeby tam pójść. I sama ta myśl wywoła zmiany w ich życiu. Zastanowią się nad tym, kim się stali i kim mieli się stać, jak wygląda ich życie, a jak powinno wyglądać. A to tylko niektóre z motywów przewijających się przez tę opowieść, która równie dobrze mogłaby posłużyć za mocny dramat obyczajowy, a mimo to wybrzmiewa bez fałszywej nuty w konwencji musicalu. Jak to się udało – nie mam pojęcia, ale dramatyczne decyzje rzucające cień na resztę życia istnieją tutaj obok sceny, w której Gene Kelly popierdala na wrotkach przez Nowy Jork, wszyscy na niego się gapią, a on śpiewa ze szczęściem na twarzy, jakiego kino nie widziało w całym XXI wieku. To bardzo pogodny film, chociaż ponoć w roku premiery widownia odwróciła się od niego – właśnie za to, że to zbyt poważna historia. Ot, czasy się zmieniły. Ja tam jestem zadowolony, że odkryłem tę perełkę. I wrócę do niej z całą pewnością. Ta historia, ten taniec, ta pozytywna energia!

Mój jedyny problem jest taki, że ten film obyłby się bez kobiet. Rozumiem, że lata 50., że bohater musi poznać w trakcie filmu miłość swojego życia, ale to po prostu mógł być film o perspektywie spotkania dawnych kumpli i samodzielnym rozrachunku z życiem. Dobrze to widać na przykładzie sekwencji tańca – gdy faceci tańczą, jest to po prostu niezwykłe. I rozumiem też emocje stojące za sceną. W otwierającym numerze chłop wpada z depresję, bo dziewczyna go rzuciła, ale kumple przywracają go do życia, on ponownie cieszy się z nadchodzącego dnia. Gdy jest pierwsza duża scena z udziałem kobiety, ona jest na sali treningowej i sportowcy wokół dowiadują się, że laska interesuje się sportem – i dlatego zaczynają śpiewać i tańczyć. Słabo. Zresztą sam taniec też jest trochę nie do końca – wspomniana laska bardziej ma dobrze wyglądać w swojej sukni, która z kolei wydaje się ją ograniczać w tańcu. Choreografia w połowie składa się z mężczyzn rzucających nią po sali. Są w tym jakieś walory wizualne, ale i tak myślę tylko: „co ta postać robi w tym filmie?”.

Lata 50. ogólnie były czasem rywalizacji kina z telewizją – Hollywood myślało, że musi odstawiać widowisko, by przekonać obywatela do kupienia biletu, żeby ten miał co oglądać na dużym ekranie, czego mały już nie zdoła oddać. Stąd nacisk producentów na CinemaScope, czyli „szeroki ekran” na chłopski rozum tłumacząc. Ponoć Gene Kelly nie był z tego zadowolony, ponieważ nie nadaje się ona do pokazywania scen tańca. Osobiście nie uważam, żeby coś z tego powodu było źle – wręcz jestem na tyle zadowolony, że o tym piszę: dużo miejsca na ekranie sprawiło, że te sceny faktycznie można było zmieścić. Pozwoliło to na bardziej rozbudowane w szerokości numery taneczne oraz liczne dzielenie ekranu na trzy części. Każda scena była świetna – plus domyślam się, że kilka ujęć na ekrany telewizji – małej, czarno-białej, ledwo wypełniającej jedną trzecią ekranu – to też był element wspomnianej walki, ośmieszenie raczkującej wtedy nowej technologii. Sam oglądałem oczywiście w domowych warunkach, ale chciałbym też zobaczyć Piękną pogodę na dużym ekranie. Naprawdę dużym.

PS. Ten film był porażką w kinach i jednym z ostatnich takich dużych musicali nastawionych na taniec.

Szarada ("Charade", 1963)

5/5

To film, który najłatwiej chwalić z perspektywy czasu – ponieważ w ten sposób można docenić sposób, w jaki scenarzysta poprowadził intrygę pełną zwrotów akcji. Każdy kolejny pasuje do reszty filmu i faktycznie pogłębia całą historię. Wątpimy nagle w ludzi, którym ufaliśmy, by za moment nie być pewnym czegokolwiek. Całość jest czarująca pomimo poważnej treści oraz różnicy w wieku między głównym duetem aktorskim (Cary Grant był wyraźnie za stary o kilka dekad na tę rolę). To tytuł, do którego chce się wracać po latach i znowu być zaskoczonym. Kino gatunkowe i czysta zabawa, która się nie zestarzała.