Produkcje krótkometrażowe

Krótkometrażówki, od kiedy tylko pamiętam miały kiepską renomę. Były nagradzane i miały swoje miejsce w ogólnym panteonie X muzy, ale nigdy nie były widziane jako równe. Oglądam krótkie metraże od 2009 roku i ilekroć wpadałem w jakiś ciąg oglądania ich, to przy okazji musiałem bronić ich czci, ponieważ takie nadrabianie było odbierane jako nabijanie sobie ocen. Nawet dziś nie mogę powiedzieć, że widziałem ponad 5000 filmów, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że tak naprawdę widziałem jakieś 4500, a reszta to krótkie metraże. Ich nawet nie powinno się oceniać. Spotykałem ludzi, którzy nie robili tego w ogóle albo dzielili swoją skalę, że filmom krótkometrażowym dawali maksymalnie 5/10 albo coś w tym stylu, bo wyłącznie filmy pełnometrażowe zasługują w ich opinii na pełną skalę ocen. I tak dalej…

Tymczasem od krótkich metraży kino się zaczęło, od nich zaczyna się też kariera wielu twórców filmowych: od etiudy czy fabuły trwającej 15 czy 30 minut. Często słyszę, że reżyser musi pokazać najpierw, że umie zrealizować produkcję trwającą cztery minuty, zanim dadzą mu budżet na kinowy debiut. Ta forma ma po prostu swoje miejsce i wielokrotnie różni ludzie udowodnili, że w ciągu kilku minut potrafią zachwycić odbiorcę. Lubię wracać do znanych reżyserów i odkrywać ich krótkie filmy. Są nawet twórcy, których najlepsze prace trwają kilka minut – jak choćby Buster Keaton czy Makoto Shinkai, Chuck Jones, Marcel Łoziński… Nie widzę sensu w wyłączaniu ich dorobku poza ogólny obraz kina. Wspomniane nazwiska znajdują się w moim rankingu reżyserów, krótki metraże uwzględniam w rankingach choćby najlepszych filmów roku. Różnie ludzie to odbierają, ale zakładam cały czas, że to tylko tymczasowe. Wystarczy choćby patrzeć na serial „Love, Death and Robots”, przeciętny zbiór krótkich produkcji. Ludzie oglądają coś, w czym każdy odcinek ma inną długość, od pięciu minut do osiemnastu – i odkrywają, że tak też można. I są zachwyceni. Następny krok to właśnie produkcje, które wymieniam poniżej.

Jednak z krótkimi metrażami jest tak, że trudno się o nich pamięta. Pięć lat po seansie pamiętam najczęściej samą treść, ale nie tytuł. I spędzam godzinę, próbując znaleźć produkcję, w której pracownik biurowy zakochuje się w kobiecie, którą widzi przez okno w trakcie pracy. To zresztą prowadzi mnie do innego ważnego punktu na ten temat: będę pisał otwarcie o wrażeniach z produkcji, jeśli będzie to konieczne, aby oddać jej wartość. Zdradzę zakończenie, jeśli trzeba, ponieważ te najlepsze krótkometrażówki oferują unikalne doświadczenia, co nie jest związane w ogóle z tym, czy znamy wcześniej fabułę albo nie. Na potrzeby tej publikacji wracam do wielu tytułów i zakochuję się w nich na nowo. Niektórym wystarczy w końcu siedem minut i nie ma sensu od nich wymagać więcej.

Bez kolejności. Bez pisania na około. Czyste i otwarte pisanie o krótkich metrażach. Na razie zakładam pisać wyłącznie o tych najlepszych, na cztery czy pięć gwiazdek (o reszcie wystarczy jedno zdanie na filmwebie), ale to może się zmienić.

★★★★★

7:35 rano ("7:35 de la mañana", 2003) 7 minut

Lubię myśleć, że ten short to część Pozostawionych. Poranek w knajpie, którego nigdy nie zrozumiemy i nigdy nie zapomnimy. Nie ma sensu pisać bardziej szczegółowo – to niezwykłe doświadczenie, które możemy odebrać, jak tylko chcemy: jako zwykły żart albo coś strasznego poważnego.

Adagio (2000) 8 minut

Głęboka metafora zrealizowana przy użyciu kilku kartek papieru. Urok krótkich metraży w pigułce. Obejrzałem ten tytuł pierwszy raz jakoś niedługo po przeczytaniu powieści Ayn Rand i zobaczyłem tutaj podobne przesłanie: opowieść o sytuacji, w której los ludzkości oparty jest o wybitne jednostki, które jednak są nienawidzone przez resztę społeczeństwa. Jedna kartka papieru jest czysta, reszta jest czarna. Czarne przetrwają dzięki białej, ale gdy już jej nie potrzebują, dążą do jej zniszczenia. Są inne sposoby, aby interpretować tę historię – jako choćby opowieść o ludziach potrzebujących konfliktu. Na koniec posypują głowy popiołem i chwalą imię Białej Kartki, ale używają jej, aby kontynuować to, co robili wcześniej: nienawidzenie wybranych kartek. Innych kartek. Piękna rzecz. I ta muzyka! A kamera zachwyca swoją płynnością, chociaż oglądamy przecież film poklatkowy. Z mnóstwem kartek w kadrze, wszystkie poruszane oddzielnie. Dzieło sztuki pod każdym względem.

Po uszu ("Head Over Heels", 2012) 10 minut

Próbowałem napisać wyjaśnienie sztuczki tej produkcji, ale nic mi z tego nie wyszło. Napiszę więc tak: „Po uszy” opowiada o życiu dwójki ludzi we wspólnym domu, którzy dopiero uczą się żyć wspólnie. Przeszkadzają sobie, wchodzą w drogę jedno drugiemu, walczą o własne miejsce w obopólnej przestrzeni. Na szczęście na ekranie w końcu uczą się żyć pod jednym dachem i akceptują odmienne punkty widzenia, co w genialny wizualnie sposób oddano w tej animacji. Jeśli więc w sobotę ktoś nadal budzi was odkurzaczem o szóstej rano – pokażcie mu ten piękny krótki metraż.

Someone Gaze ("Dareka no Manazashi", 2013) 6 minut

Kobieta wraca do domu i odbiera telefon od ojca, który zaprasza ją na kolację. Oboje się okłamują – ona mówi, że jest zajęta, chociaż nie ma planów. On ma w ręku kupiony obiad i chce do niej wpaść, ale mówi, że to była tylko luźna myśl. Ten krótki metraż zgłębia tę dziwną sytuację, która jest znana pewnie nam wszystkim. Paradoksalne poplątanie będące podsumowaniem długoletniej znajomości i wielu sprzecznych myśli, ale w tym wszystkim wyraźnie tli się silna miłość między nimi. Piękna rzecz. Można płakać, jeśli ktoś potrzebuje.

The Fantastic Flying Books of Mr. Morris Lessmore (2010) 15 minut

Największy wyraz miłości do książek, jaki film ma do zaoferowania. Krótka opowieść, w której wartość, jaką one mają dla nas, jest równa tej, jak my jesteśmy ważni dla nich. Po części wydaje się, jakbyśmy istnieli dla siebie nawzajem: ludzie dla książek, książki dla ludzi. Nawzajem sprawiamy, że jesteśmy tym, czym jesteśmy; że jesteśmy ważni czy szczęśliwi. Trudno wręcz powiedzieć, kto zrobił ten tytuł: czy ludzie dla książek, czy książki dla ludzi? Kto tu wyraża miłość do kogo? Można uronić łzę, jedną albo kilka. To piękna rzecz. I tak zupełnie przy okazji: w Łodzi znalazłem bar, gdzie na ścianach przykręcone śrubami zostały stare książki. Straszne miejsce.

Pamięć cielesna ("Kehamälu", 2011) 7 minut

Enigmatyczny tytuł, w którym pociąg wiezie istoty zbudowane ze sznurka. Mają kształt ludzki i podczas podróży zaczynają… Zanikać. Jakaś niezwykła siła zaczyna działać, ciągnąć każdego po kolei. Smutna rzecz, nawet jeśli nie wiemy, że ta estońska produkcja odnosi się do wywozu ludzi z tamtych terenów w 1941 roku, kiedy wjechał Związek Radziecki. Jest po prostu coś przygnębiającego w oglądaniu tragedii, na którą nie mają bohaterowie wpływu. Zostaje im tylko czekać na koniec. Krótka chwila, o której wiele nie można powiedzieć, ale wciąż mówić warto.

★★★★

Pixel (2010) 2 minuty

Popkultura growa wchodzi do naszego świata. Ładna ciekawostka na granicy ze spełnieniem marzeń, chociaż wygląda jak reklama konsoli do grania.