Scott Pilgrim kontra świat („Scott Pilgrim vs The World”, 2010)

Scott Pilgrim kontra świat („Scott Pilgrim vs The World”, 2010)

3 sierpnia 2019 Opinie o serialach 0
Scott Pilgrim kontra
Edgar Wright
Mary Elizabeth Winstead & Kieran Culkin & Alison Pill & Jason Schwartzman & Chris Evans & Brie Larson

Zwyczajna historia w niezwykłej oprawie. Oryginalny wyraz miłości do oryginalności.

5/5

WYRÓŻNIENIE: Najlepszy film roku 2010 roku (Miejsce #11)

Są filmy Edgara Wrighta, które lubię bardziej – są zabawniejsze i mają więcej do powiedzenia – ale Scott Pilgrim… jest, póki co najlepszym jego dziełem. W kontekście tego, jaka produkcja najlepiej go charakteryzuje i która dała mu największe pole do popisu, do „bycia sobą”. W tym filmie niemal nie ma zwykłych momentów albo takich po prostu będących – służących ekspozycji czy innych, które musiały być i tyle. Występują pojedynczo i nie warto nawet ich zauważać, bo przez całą resztę seansu Scott Pilgrim… co chwila miał coś nowego. To okazja do twórczej zabawy, w której każda minuta przynosi coś innego, co trzyma naszą uwagę przy ekranie: muzyka, energia, jakiś detal, wyjątkowe cięcie montażowe, humor, efekt wizualny czy nawet pomysł na całą scenę. Ten film trwa i trwa i wydaje się zawsze mieć coś jeszcze w kieszeni. To film, który chce się oglądać, bo jest aż tak oryginalny.

Tytułowa postać Scotta to młody dorosły, który niedawno stracił dziewczynę. Teraz chodzi z kimś nowym, ale nagle zadurza się w Ramonie. Zaczyna z nią chodzić, jednak oznacza to, że będzie musiał pokonać w pojedynku jej poprzednich chłopaków, a każdy będzie gorszy od poprzedniego. W tym samym czasie Scott będzie mieć problemy z własnym zespołem rockowym, poprzednia dziewczyna chce wyrównać rachunki, a i z samą Ramoną nie będzie tak różowo, jak miało być.

Twórcy nie ukrywają, o czym ich historia opowiada: niestabilni emocjonalnie i niedojrzali bohaterowie uczą się dostrzegać, że problem tkwi w nich, że na miłość trzeba zapracować. Jasne i zrozumiałe – od początku wiadomo, dokąd ten seans nas prowadzi i mniej więcej wiadomo, jak będzie wyglądać. Dlatego też nie znoszę, że z tego powodu w mojej pamięci ten tytuł był i będzie dosyć… Zwykły. Realizacja i język filmowy jest co prawda jedyny w swoim rodzaju, niemal innowacyjny, ale nie wiąże się on zbytnio z tematyką opowieści, z jej bohaterami. Wręcz wydaje się, jakby wynikała ona wyłącznie z osoby reżysera, nie z samego filmu. Nie mówię jednak o sytuacji, kiedy artysta stawia siebie na pierwszym miejscu i nie zważa na innych. Nie – tutaj pamiętano, że widz też ma się dobrze bawić. A łatwo o tym zapomnieć, kiedy tworzy się tego typu kino. Wielu przed Wrightem poległo, tworząc produkcję zbyt szaloną, a przez to nużącą lub niezrozumiałą.

Tu otrzymaliśmy taki balans między bezgraniczną wyobraźnią oraz dostarczeniem widzowi wystarczającej dawki właściwej produkcji. Każdy widz będzie wiedział, co się dzieje i dlaczego – zrozumie fabułę i to, na jakim jej etapie jesteśmy oraz dlaczego film wciąż trwa. Nie wszystkim oczywiście przypadnie to do gustu, w końcu w pewnym momencie muzyka przywołuje nawet smoki na ekran, ale większość będzie w stanie się dobrze bawić – z tego lub innego powodu. Ten aspekt filmu mając z głowy – twórcy mogli zacząć szaleć, więc szaleli, ile tylko mogli. To oryginalność dla samej oryginalności, dla tworzenia w ten szalony sposób i oglądania czegoś równie szalonego. To wyraz miłości do kina za to, że może tak wyglądać i pozwala w ten sposób się wyrażać. Trudno mi nie podziwiać i nie wracać do tego, nawet jeśli szaleństwo nie było połączone z tematyką, nie pomagało opowiedzieć historii w bardziej zrozumiały sposób, jedynie bardziej ekscytujący i przyjemny. Niemniej: ważny tytuł, który należy znać.