Rudzielec („Poil de carotte”, 1932)

Rudzielec („Poil de carotte”, 1932)

25 grudnia 2017 Kino familijne 0
Poil de carotte poster
Julien Duvivier
Dzieci na wsi & Czarno-biały & Brakuje krowy do głaskania

To jeden z tych filmów, które będę puszczać swoim nieistniejącym dzieciom. Za „Rudzielca” będą mnie nienawidzić. I dobrze.

Reżyser stworzył tutaj remake swojego własnego filmu sprzed 12 lat. Wtedy był to obraz niemy, teraz wszedł naturalnie w erę dźwięku. Porównania nie mam, ale warto wspomnieć o tym rzadkim wydarzeniu, jakim jest autor wracający do swoich produkcji po raz drugi. „Rudzielec” to opowieść o doświadczeniach niekochanego dziecka noszącego tytułowy pseudonim, które chce być kochanym i kochać swoich rodziców. Jego matka ma jednak kompleks ofiary i cały czas wzbudza poczucie winy u innych albo chodzi po ludziach, aby afiszować się swoim cierpieniem i coś w ten sposób zyskiwać. Czasami robi to świadomie, czasami nie do końca, jednak swoim najmłodszym synem manipuluje jak najbardziej celowo. Ojciec z kolei zajęty jest własnymi rzeczami, a ilekroć wyjdzie ze swojej nory, to jego żona robi wszystko, aby ten zobaczył, jak Rudzielec bardziej kocha ją niż jego. Dziecko jeszcze nie rozumie oczywiście pojęcia miłości, ale efekt jest taki, że ojciec wraca dobrowolnie do swojego kąta – i za każdym razem trudniej jest mu wyjść.

Inni ludzie w okolicy nie interesują się lub opierają swoje zdanie na plotkach i pierwszym wrażeniu. Jest więc to opowieść, gdzie wina spoczywa na wielu osobach, a główny bohater odbija się od coraz to nowej ściany, ucząc się małymi kroczkami o świecie, który go otacza. Z czasem zyska może nie przyjaciół, ale osoby mu przychylne. Będzie stawiać czoła różnym wyzwaniom, będzie uczył się na błędach. Jego otoczenie nie stoi w miejscu, tam też panuje ruch. Rodzice Rudzielca nie tylko mają interakcje między sobą, ale padnie na nich różne światło. Nasz bohater będzie miał szansę to dostrzec i ujrzy świat bardziej takim, jakim jest, zamiast opierać się na przesłankach innego typu.

Rudzielec” ma swoje problemy, ale teraz trudno jest mi je opisać. Wiem tylko, że seans nie był bezproblemowy, wielokrotnie w czasie seansu traciłem zainteresowanie. Niemniej – to taki film, który będę puszczać swoim dzieciom (których nie planuję). Za „Rudzielca” mnie znienawidzą. I dobrze. Niech wiedzą, że od rodziców trzeba wiele wymagać. A najwięcej – od samego siebie.

Chcecie więcej?

Samotność długodystansowca„. Już polecałem ten film kilka dni temu (przy okazji „Władcy Jeffa”), ale w dziedzinie „Młodych gniewnych” nie ma lepszego wyboru chyba…