Rok 1919 i wcześniej

★★★★★

Intolerance poster

Nietolerancja ("Intolerance: Love's Struggle Throughout the Ages", 1916)

Cztery historie prowadzone równolegle, układające się w spójną mozaikę, której obejrzenie daje więcej niż gdyby pokazano owe historie oddzielnie, lub gdyby tylko jedną z nich - i tak narodziła się narracja filmowa, której wpływy dopiero od bardzo niedawna są wyczuwalne. Co innego niby jest w "The Wire"? W "Lost"? I czuję za to wdzięczność. Różne tła historyczne, różne historie, jeden bohater: nietolerancja i jej przeróżne kolory oraz objawy. Wszystko połączone klamrą, ujęciem kobiety, które powraca w czasie trwania filmu. Im bliżej końca, tym częściej. W tej niewielkiej roli - Lilian Gish. Film będący sztuką, zapewne pierwszy raz w historii. Starający się nawiązać kontakt z widzem i sprawić, by świat był lepszy. Pokazać i tłumaczyć na zasadzie kontrastu, skojarzeń, by widz sam doszedł do własnych wniosków, by samodzielnie, we własnym zakresie wykrystalizował sobie definicję problemu.

Bo te historie nie są tak do końca typowe. Gdy ja myślę o nietolerancji, myślę o represjonowaniu czarnych, białych, gejów, Żydów. A tutaj tego w ogóle nie było. Ta niecodzienność tylko sprzyja opowieści. Niestety, to film o ponad 100 lat za wcześnie zrobiony. Dziś też to by nie przeszło. Co ja mówię, dzisiaj ten film nawet nie zostałby wyświetlony. Wtedy przynajmniej tyle się stało. A że widzowie nie chodzili i właściciele kina wymusili cięcie filmu na cztery, i układanie chronologicznie, by było łatwiejsze w oglądaniu, to inna sprawa. Bankructwo Griffitha również, ale za to mamy Babilon, który imponuje bardziej niż Titanic na planie filmu Camerona. I udoskonalenie jazdy kamery, dzięki której monumentalna dekoracja nie wydaje się płaska, ale właśnie nabiera głębi... Porażający widok. Obowiązkowa pozycja na liście scen do zobaczenia.

O minusach nie będę teraz pisać. Raczej przy okazji drugiego seansu, gdy będę miał za sobą powtórkę "Narodzin narodu". Mieliście kiedyś wrażenie, że film wyraża miłość? Nie: opowiada o miłości albo "miłości", ale właśnie ją wyraża? Ja tak mam z "Nietolerancją".

★★★★

Coney Island poster

Coney Island (1917)

Krótki metraż w tradycji pierwszych klaunów slapsticku. Początek jest niemrawy - ot, troje mężczyzn wędruje do parku w celu poderwania tej samej kobiety. Od momentu, gdy te trzy "wątki" się zjednoczą, wtedy ta produkcja zaczyna nabierać barw, a kreskówkowa przemoc (którą musieli inspirować się twórcy Toma i Jerry'ego) zaczęła bawić mnie do łez. Warto znać ten tytuł z kilku powodów: po pierwsze kamienne oblicze Bustera Keatona tutaj jeszcze mogło pozwolić sobie na śmiech i okazywanie innych emocji. Po drugie: mamy tu szeroką gamę sztuczek, w tym nawet łamanie czwartej ściany (scena w przebieralni, gdy bohater daje sygnał operatorowi, by ten zaczął go kadrować od pasa w górę). A po trzecie: Fatty Arbucle sprzedaje kopniaki na twarz przy byle okazji jak rasowy bohater współczesnego koreańskiego dramatu kryminalnego. Nie jestem fanem prostackiego bicia się po głowie kawałkiem bagietki, a tutaj jednak znalazłem zabawę. I wróciłem do niego z przyjemnością. Warto!

Rough House poster

Dom Roughów ("The Rough House", 1917)

Początkowy gag z gaszeniem pożaru przez Fatty'ego to prawdziwa perła i mocny kandydat do mojego ulubionego żartu w okresie kina niemego. Potem też jest zabawnie. Mamy tu typowe przedstawienie klaunów - ciasta latają, Buster Keaton skacze po meblach, jest dużo energii.

true heart susie poster

Prawdziwe serce Susie („True Heart Susie”, 1919)

Pierwszy kobiecy film w historii?

Tym razem Griffith miał ambicję opowiedzieć o niesprawiedliwym traktowaniu kobiet w tamtych czasach, o tym, jaką mają pozycję społeczną i jaki los czeka na każdą z nich... przynajmniej tego dotyczą plansze tekstowe na początku, bo fabuła samego filmu kręci się wokół Susie - prostej dziewczyny, która zadurzyła się jak głupia w chłopaku imieniem William, który jest zbyt nieśmiały i dziecinny na poważny związek. Aktualnie martwi się tym, że ojciec nie pozwala mu pójść na studia. "Lepszy farmer niż niedouczony prawnik". Susie słysząc o tym, namawia matkę, by pozwoliła jej sprzedać wybraną trzodę, a zarobione pieniądze wysyła anonimowo Williamowi.

Nie dostrzegłem w tym apelu o suwerenność kobiet ani nic w tym stylu. Susie jest wprawdzie ograniczona "zasadami zachowania się w towarzystwie", ale wtedy wszyscy byli nimi spętani, faceci też, a bohaterowie nijak ich nie przełamują. Po obiecującym początku pozostaje więc jedynie wciągający melodramat. Chciałem wiedzieć, jak rozwinie się ta relacja, i w jaki sposób ta historia się zakończy. I chociaż jest to nieco bardziej typowa fabuła w odróżnieniu od "Złamanej lilii", tutaj też jest kilka zmian. Choćby dwuznaczne zakończenie... chociaż może nad interpretuję?

I to wszystko jest opowiedziane z perspektywy kobiety. To jak się zachowuje, jakie decyzje podejmuje, jak wyglądało ich życie wtedy (malowanie się wyglądało nieco inaczej). A Lilian Gish to kameleon i tyle, tak uroczo grała tę dziewczynkę na początku... Oglądajcie, jeśli jesteście jej fanami. Albo kina kobiecego. Tudzież niemego....

die puppe poster 1919

Lalka („Die Puppe”, 1919)

Ernst Lubitsch, zanim został kupiony, by robić filmy dla USA, kręcił w Niemczech. Obok dramatów również to, z czego został potem słynny: komedii. "Lalka" miesza w sobie slapstick z romansem, z lekką domieszką popularnego wtedy motywu ekspresjonizmu, który wprowadził też pewne wątki rodem z science fiction. Baron von Chanterelle jest już stary, chce więc przypilnować, by jego ród był kontynuowany. W tym celu zmusza swojego potomka imieniem Lancelot do ożenku. Ten w te pędy ucieka do zakonu, goniony przez 40 dziewic (liczyłem). Z jednej strony mnisi zgadzają się go przygarnąć, z drugiej - lubią jeść i wypić, a Baron daje ogłoszenie do gazety, w którym oferuje Lancelotowi mnóstwo kasy, jeśli ten się ożeni. Lancelot jednak zaparcie odmawia poślubienia kobiety. Wtedy jeden z mnichów wpada na genialny pomysł: "Nie musisz żenić się z kobietą! Możesz poślubić lalkę!"

Pomysłowa fabuła, pomysłowa realizacja. Całość ma naprawdę unikatowy styl, którego z pewnością bym się nie spodziewał po komedii romantycznej - toż to czasy rycerzy i zamków, w których możliwe jest skonstruowanie robota perfekcyjnie imitującego zachowanie człowieka. A pomiędzy tą dekoracją ganiają się ludzie, działają sobie wzajemnie za plecami, nikt nie zna całej prawdy poza widzem, który ogląda komedię pomyłek... można się pośmiać. Mnie osobiście tylko pojedyncze momenty nie pasowały, które były zbyt głupie. Uzasadniając ocenę ciąg dalszy - fabuła nie była za dobrze rozplanowana, jest tu jeszcze jeden bardzo istotny zwrot fabularny, o którym jednak nie piszę, bo to by zdradzało ponad połowę filmu. Wstęp się ciągnie, rozwinięcie jest za krótkie, a zakończenie trwa tyle, ile trzeba. Większości postaci raczej nie zapamiętam, ale wszyscy byli jednak potrzebni w tej historii.

Grunt, że to, co najważniejsze - humor - działa dzisiaj niemal w 100%. I z tego powodu kiedyś wrócę do tego tytułu. Mam nadzieję, że więcej niż raz.

Ludzie bez jutra plakat

Ludzie bez jutra ("People with no Tomorrow", 1919)

Seans na rynku podczas festiwalu Nowe Horyzonty w 2016 roku. Jeden z najstarszych polskich filmów niemych, odkryty w Berlinie w 2003 roku, ale już go odrestaurowali, nawet dodali polskie napisy i puścili go z właściwą prędkością 17 FPS (klatek na sekundę). Nadal nie jest kompletny, szczególnie to widać po zakończeniu... A może miało być takie gwałtowne? Nie wiem. W każdym razie - "Ludzie bez jutra" w '19 roku wywołały skandal, bo opowiadały o romansie polki z żołnierzem Rosyjskim. A to w tworzącym się kraju było za dużo dla cenzury. Dziś ten film ogląda się... dobrze. Jest na tyle czytelny, że ludzie na rynku dawali radę wspólnymi siłami ogarnąć, co się dzieje. A fabuła jak na tamte czasy jest całkiem złożona.

★★★

zlamana lilia poster

Złamana lilia („Broken Blossoms or The Yellow Man and the Girl”, 1919)

Melodramat na pierwszy rzut oka bardzo klasyczny, z czasem jednak coraz bardziej odbiega od ustalonych ram gatunku. Nie tylko dlatego, że w finale brakuje pocałunku... Yellow Man przybywa z dalekiego wschodu do Londynu. Początkowo ma to coś wspólnego z naukami Buddy, jednak szybko kończy w biednej dzielnicy, prowadząc mały sklepik. Następnie poznajemy drugą postać: Lucy Burrows, żyjącą pod pięścią swojego ojca. Wiadomo: on tu nosi spodnie w tej rodzinie. A jak się zdenerwuje, to lepiej nie być w jego pobliżu. Dla Lucy nie ma żadnego ratunku, jedynie momenty wytchnienia podczas samotnych spacerów ulicami... wtedy zauważa ją Yellow Man.

To pierwszy moment z wielu, gdy Griffith łamie zasady gatunku - bohaterowie naprawdę są ku sobie z jasnych przyczyn. To z pewnością zaleta. Każda z postaci dostała też sporo czasu tylko dla siebie, zanim się spotkali i rozpoczął się drugi akt filmu. Gorzej, że są bardzo prości, podobnie jak cała historia. Nie ma tu innych postaci poza tymi trzema, konflikt jest niemalże prymitywny, a fabuła bardzo krótka (a potem przy kręceniu nieco ją rozwodniono, spowolniono, by trwała nieco dłużej). Można to wszystko streścić w góra czterech zdaniach. Żałuję, że nie mogę tego filmu bardziej pochwalić. Niemniej, warto go obejrzeć. A napisać coś takiego o produkcji sprzed ponad 90 lat to jednak coś. Szczególnie zapamiętam realizację wspólnych scen Lucy i jej ojca, jak będąc w tym samym pokoju, krążyli po pomieszczeniu. Odpychali się wzajemnie, niczym dwie siły, jing i jang. Nie wiem, czy też mieliście takie skojarzenia? Znakomita reżyseria, naprawdę...

Najlepiej oczywiście wychodzi Lillian Gish. Jej uśmiechy w tym filmie są perełką całej kinematografii.

banici plakat

Banici ("Berg-Ejvind och hans hustru", 1918)

Fajnie oglądać kino spoza głównego nurtu. Szczegóły się wtedy wyłapuje. W "Banitach" na przykład, gdy pojawia się nowa ważna postać, to na ścianie tekstowej poza np. imieniem i nazwiskiem tej postaci są również podane dane aktora, który ją gra. Inna jest też konstrukcja - zastosowano podział na siedem aktów, przez co ten krótki obraz (73 minuty) wygląda trochę jak serial. W każdej "części" skupiono się na danym segmencie historii, pierwszy wprowadza bohaterów, jak się poznają. W drugiej bohater znika, a jakaś postać z dalszego planu mówi, że rozpoznała w nim przestępcę. Trzecia - konfrontacja podejrzenia z rzeczywistością. I tak dalej. A ogląda się całkiem nieźle. Przynajmniej jest zrozumiałe.

To jednak znajoma historia. Wiem, ponad 90 lat ma ten tytuł, poza tym oparty jest jeszcze na sztuce teatralnej, ale takie były moje odczucia. Muszę jednak oddać, że nie jest to zbyt często opowiadana fabuła... bo niewiele w niej można zmienić.

O ile dobrze pamiętam, to "Banici" właśnie wprowadzili do kina konflikt człowieka z naturą. Tutaj jest nim śnieg, i to znakomicie uzupełnia całą historię, wynosząc tę wersję ponad teatralną. Nie wiem, swoją drogą, jak to mogło się sprawdzić na deskach teatru... Całość ma pewną pętlę w historii i ten śnieg jest tu bardzo istotny. Wręcz można się zgodzić ze stwierdzeniem w czołówce, że jest "trzecim bohaterem".

"Banici" nie robią wrażenia, może z wyjątkiem epilogu, ale "Kari has loved you" to cholernie dobra kwestia. I uwaga na koniec - angielskie napisy lepiej zatrzymywać, bo przelatują za szybko. Pewnie wstawiono je w miejsce oryginalnych, nie zważając czy ich przeczytanie tyle samo będzie trwać.

Terje Vigen plakat

Terje Vigen (1918)

Początek Szwedzkiego kina. Ogląda się całkiem dobrze dzięki fabule i ciekawej sytuacji, która tu powstanie - jednak nie bardzo chcę o tym opowiadać, bo to praktycznie opowiedzenie całego filmu. Bohaterem jest tytułowy Terje - rybak, który by zapewnić pokarm rodzinie, postanawia przełamać angielską blokadę na morzu. Co dalej się stanie - w jednych opisach przeczytacie, u mnie nie. Po prostu uwierzcie na słowo, że finałowy konflikt jest czymś, do czego warto zasiąść i obejrzeć. Szczególnie że to niecała godzina.

Z drugiej strony - to początki kina i Sjostrom opowiada w sporym pośpiechu. Początek zupełnie nie mógł mnie schwytać, a potem zupełnie nie mogłem się wkręcić w główny dramat, taki przecież w teorii dobry. Miałem oczekiwania wobec finału, jak ta sytuacja się rozwiąże, i po prostu zawiodłem się (twórcy poszli na łatwiznę wyraźnie). Do tego ów pośpiech sprawił, że pominięto kilka kwestii. Czemu nie skontaktował się z rodziną? Nie mógł? Takie detale trzeba pokazać!

Na uwagę zasługują sceny na morzu. Natura tu jeszcze jest tylko tłem, w przeciwieństwie do śniegu w "Banitach", jednak taka realizacja podoba się nawet dziś. Szkoda, że ostatecznie daję taką cyferkę, a nie inną.

Bucking Broadway poster

Bucking Broadway (1917)

Pierwszy pełnometrażowy film Johna Forda to oczywiście western. Prosty jak cholera, ale i tak toporny, i nieczytelnie opowiedziany.