Robocop (1987)

Robocop (1987)

18 kwietnia 2018 Akcja 0
robocop poster
Paul Verhoeven
Tata Red z „Różowych lat 70”
Jaki piękny koniec świata…

Walka o człowieczeństwo pod przykryciem zajebistego kina akcji.

 

Alex Murphy to policjant, który świeżo został przeniesiony na posterunek, gdzie nie ma tygodnia bez śmierci któregoś z gliniarzy. W czasie postoju, czekania na kawę lub stanie w korku, bawi się swoim pistoletem jak kowboj, postać z serialu, którą ogląda jego mały synek. Chce być dla niego wzorem, więc nauczył się to wykonywać. Ginie jednak, zabity przez gang, a jego ciała od tego momentu służy za podstawę do robota policjanta – niezniszczalnego stróża porządku. Ktoś taki jak on bardzo jest teraz potrzebny i przydatny – ale wraz z ciałem zachowały się również wspomnienia Murphy’ego, których miało nie być. Razem z nimi robot przestaje być przedmiotem.

Całą trylogię oglądałem pewnie ostatni raz w podstawówce. Pamiętam ujęcie, na którym Murphy siedzi w samochodzie i ogląda dom, w którym mieszka jego była żona* – nie było tego w tym filmie, chociaż spodziewałem się, że jeśli już, to najbardziej temat człowieczeństwa twórcy zgłębią w pierwszej części. Paul Verhoeven trzymał jednak sprawę prosto, bez zwracania szczególnej uwagi na tę stronę swojej produkcji, mówienia „patrz, o jakich głębokich rzeczach teraz gadamy!„, nie. Film kończy się wtedy, kiedy antagonista zostaje pokonany i tyle. Reżyser nie mówi, co widz ma w jego produkcji zobaczyć – masz wybór, możesz oglądać dla wybuchów i brutalności, możesz dla historii, albo dla obu. I nie jesteś gorszy lub lepszy od tych, co oglądają „Robocopa” dla innych elementów niż ty. Zaskakujące i odświeżające podejście w tym jakby nie było złożonym obrazie.

Atakowana (tak, atakowana!) jest tu kultura popularna, mediów telewizyjnych, powszechny brak szacunku dla życia ludzkiego, a nawet policja. Między tą ostatnią i gangami ulicznymi wprost postawiono znak równości, jako dwie masy, które niczym się od siebie nie różnią. Robią tylko, co im się każe, bez kwestionowania rozkazów – i policja wychodzi na tym dużo gorzej. W końcu o wiele bardziej brutalnym widokiem jest zobaczyć nie przestępców bawiących się z bronią, ale tych, co powinni chronić obywateli, a zamiast tego okazują się tylko bezmyślną siłą celującą ram, gdzie góra będzie im kazać.

Temat brutalności policji jest nawet dzisiaj popularny, wtedy również był komentarzem społecznym, ale warto w tym miejscu zwrócić uwagę na to, że Verhoeven nie mówi o tym przez pryzmat rasizmu. U niego to nie biali strzelają do czarnych, to ludzie strzelają do człowieka. Tej perspektywy brakuje we współczesnym kinie.

Tak samo, jak ogromnej ilości wulgarnej brutalności. To autentycznie jeden z najbardziej graficznych tytułów w historii, obok „Dnia żywych trupów” (1985). To naprawdę niesamowity widok, zobaczyć film, w którym każdy strzał ma swój impakt – nawet jeśli jest zaprezentowany w wydaniu czysto filmowym (można stać obok eksplozji i uszy wciąż będą sprawne). Dobrze sobie przypomnieć, ile bólu i zniszczenia przynosi strzelba, a jedynymi osobami cieszącymi się z wybuchów są zdemoralizowani przestępcy. Autentyczne kino dla dorosłych!

*pamiętam jeszcze, jak Murphy musiał się naładować, więc wsadził łapy w skrzynkę na ulicy, ale to już mi brzmi jak trzecia część.