Player One (2018)

Player One (2018)

8 kwietnia 2018 Kino familijne 0
player one poster
Steven Spielberg & Alan Silvestri & Janusz Kamiński
Olivia Cooke
Czemu Simon Pegg spędza swoje życie stojąc w miejscu?

Mało Spielberga w Spielbergu. Efekty ładne, ale bez żadnego ciężaru. Straszny bałagan.

Sytuacja wygląda więc tak: w przyszłości rzeczywistość jest do bani i wszyscy siedzą w jednej grze, świecie wirtualnym, w którym mogą być, kim chcą. Twórca gry, zanim umarł, umieścił w niej trzy klucze – kto je zdobędzie, ten uratuje świat, ale jeśli zrobi to zła korporacja, wtedy przejmie ona władzę nad światem i będzie przegwizdane. Jeśli myślicie, że po wejściu na salę kinową dowiecie się więcej, to jesteście w błędzie – będziecie wiedzieć nadal dokładnie tyle samo, tylko będziecie mieć mnóstwo pytań o absolutnie każdy milimetr filmu, albo będzie was to wszystko guzik obchodzić. Ja należę do tej drugiej grupy – szybko zacząłem już tylko czekać, aż na końcu bohater wygra, wszyscy będą klaskać i płakać, a kierowca autobusu odda mu swoją córkę, psa i maszynę do espresso. I tak nic z tego nie rozumiałem.

To nie jest tytuł w klasycznym stylu Spielberga, który to miałem okazję niedawno podziwiać. Nie tylko dlatego, że brakuje mastershotów albo efektów praktycznych. Brakuje przede wszystkim przedstawienia bohaterów poprzez akcję albo dynamicznie konstruowanych relacji między postaciami. Najbardziej brakowało mi jednak faktu, że historia u Spielberga pod powierzchnią często była o czymś innym („Jurassic Park” to niby kino o dinozaurach, ale tak naprawdę o gościu, który dojrzewa do bycia ojcem). „Player One” ma problem nawet z byciem tym, czym jest (chociaż cholera wie, co to takiego), a co dopiero z byciem czymś więcej. Podjęto jedynie próbę, w której główny bohater uczy się nie popełniać tego samego błędu, co jego mentor, czyli… Pocałuje dziewczynę. Bez żadnej implikacji, że by tego nie zrobił sam z siebie, więc tak naprawdę to jednak nie. Nie było tu rozwoju ani powodu. Pocałunek zresztą sam w sobie też był bez znaczenia, skoro już po 30 minutach filmu wyznawali sobie miłość, więc zapewne do pocałunku sami by doszli. Film nie był im do tego potrzebny.

Player One” to bałagan na każdym poziomie – historii, postaci czy prezentowania świata filmowego, a ilość poruszanych tematów i motywów, które zmierzają donikąd, jest tak długa, że szkoda nawet zacząć je wymieniać. Dość powiedzieć, że bohaterowie używają między sobą nowego słownictwa, jakby je znali, ale jednocześnie tłumaczą od razu widzowi, co te nowe zwroty znaczą. Aspekty growe wyglądają tak, jakby twórcy nigdy nie mieli z grami do czynienia (chcecie dobrą historię o easter eggach, to dowiedzcie się, co gracze „Battlefielda” robili, by wywołać rekina). Najgorsze jest to, że to strasznie pozbawiony wyobraźni tytuł jest. Głowna akcja rozgrywa się w świecie, w którym można robić wszystko, więc nie mam żadnego przykładu, który mógłby to potwierdzić. Można w tym świecie chodzić po muzeum i korzystać z interaktywnego pamiętniczka osoby, która tę grę stworzyła. Oraz grać w tryb hordy, który przejadł się graczom w 2010 roku. Jest jeszcze wyścig samochodowy bez żadnych zasad, który tak naprawdę składa się wyłącznie z zasad i skryptów, a wszelkie umiejętności gracza nie są istotne. Za to przed seansem widziałem zwiastun „Rampage: Dzika furia„, w której to produkcji Dwayne Johnson ma goryla, ten goryl pewnego razu zaczyna rosnąć na 15 pięter i pomaga Johnosonowi w pojedynku z dinozaurem. Cały film zapewne będzie ssać jak aorta krew, ale hej, przynajmniej jest bardziej kreatywny niż „Player One„.

Najlepszy moment filmu? Zdecydowanie pierwsze spotkanie z Sam. Reszta opowieści już mogła nie nastąpić, zupełnie też zapomniałem o tym, co było wcześniej. Bohater gadał z Sam, było super, przecież to umierająca dziewczyna z filmu „Earl i ja, i umierająca dziewczyna„! A potem wsiedli do maszyny i przypomniałem sobie, że mieli przecież uratować świat czy coś w tym stylu. Ziew.

Cytat

– Who is this boy?
– I have better question: who cares?

I nikt wśród widowni nie podniósł ręki. „Player One” w pigułce.