Pierwszy człowiek („First Man”, 2018)

Pierwszy człowiek („First Man”, 2018)

23 stycznia 2019 Opinie o filmach 0
pierwszy czlowiek first men
Ryan Gosling, Claire Foy, Kyle Chandler i Jason Clarke

Armstrong według Chazelle’a nigdy by nie powiedział tego o wielkim kroku. Kino kompromisu, ale też dobrze opowiada o stawaniu czoła wyzwaniom.

★★★★

Jestem fanem kina Damiena Chazelle’a, dlatego moja pierwsza uwaga jest następująca: to nie jest kino typowe dla niego. Szczególnie na poziomie realizacyjnym – kamera często prowadzona z ręki, delikatne trzęsienie kadrem dodane w post-produkcji, dynamiczny montaż i zdjęcia, które nie mają żadnego innego celu oprócz prezentowaniem wydarzeń. Muzyka nie gra tutaj żadnej roli, aktorzy nie są prowadzeni do grania wyraźnej roli, fabuła opiera się na doświadczeniu zamiast historii. Jedno, co łączy Pierwszego człowieka z resztą znanej mi filmografii Chazelle’a, to temat, jakim jest ukazywanie człowieka na drodze do osiągnięcia czegoś. Tym razem jest to postawienie stopy na księżycu, ale tylko pozornie.

Za scenariusz odpowiada Josh Singer – człowiek znany z dramatów politycznych, szczególnie doceniony został za Spotlight. Gdy tylko to zobaczyłem, wtedy wiele rzeczy nabrało dopiero sensu – bo jest to kino o wiele bliższe Spotlight niż Wiplash. Narracja toczy się samodzielnie, widz ma głównie obserwować i rzadko uczestniczy w tej opowieści. Nie ma wyraźnego wstępu, nie ma protagonisty lub postaci, a na pewno takich, którzy by zapadli w pamięci po seansie. Fabuła jest bardziej zdawana, relacjonowana niż opowiadana. Na koniec dostajemy coś więcej – ładowanie na księżycu nie jest tylko tym, to znaczy coś więcej. Tak samo Spotlight nie był wyłącznie o aferze z Kościołem, był przede wszystkim o tym, aby dać głos ludziom skrzywdzonym przez gwałcicieli. Podobny motyw jest obecny w Pierwszym człowieku, ale nie tylko omija on znaczenie dla ludzkości (słynne słowa o wielkim kroku są w tym filmie zupełnie nie na miejscu!), ale jeszcze takie zakończenie wydaje się dopisane na siłę, jakby był to efekt kompromisu między tym, co chciał scenarzysta i reżyser. Pierwszy chciał opowiedzieć o lądowaniu i kontekście społecznym, drugi chciał opowiedzieć o bohaterze, osobistym przeżyciu.

Podobne wrażenie mam zresztą z całym filmem. Mamy więc konflikt, te dwie wizje przecież się nie zazębiają. Mogły się uzupełniać, ale najczęściej wchodzą sobie w drogę. Sceny dokumentalne, przedstawiające reakcję publiki na lot pojawiają się znikąd, niczego od siebie nie dodają i zmierzają donikąd. Podobnie sceny w domu, kiedy Armstrong spędza czas z rodziną. Biega po pokojach za dziećmi, kadr jest niemal baśniowy, stylistycznie w ogóle to nie pasuje do reszty filmu – ale chociaż starano się wkomponować to w całość, dopisując wątek z żoną Armstronga, która suszy mu w zasadzie głowę, że ten wymyślił sobie latanie na księżyc. Motyw poprowadzony w najbardziej banalny i suchy sposób, jaki tylko się dało.

Jednak wpasowuje się on w coś większego obecnego w filmie, mianowicie: opisywanie bohatera poprzez kontrast. Neil Armstrong na ekranie jest człowiekiem zamkniętym, małomównym, konsekwentnym i mającym trudności z komunikacją, co jest wyrażone przez porównanie ze wszystkimi innymi wokół. Czy to podczas sesji z prasą, kiedy jego koledzy żartują w odpowiedzi na pytania dziennikarzy, czy też kiedy rozmawia prywatnie w ogródku z przyjaciółmi. Widzimy też, że zawsze reaguje w podobny sposób na wszystko – to daje nam znać, jak wiele musi się dziać pod powierzchnią oblicza tego człowieka, ale jednocześnie nic z tego do nas nie wycieka. Mogę powiedzieć, że to udana kreacja – oraz udana rola.

Więcej pewności mam z mówieniem o innej rzeczy, która się udała: przekonaniu widza o tym, jak trudne jest wyjście poza orbitę ziemską, o lądowaniu na innym ciele niebieskim nie mówiąc. Ciekawostki na temat filmu wyliczają różne dbałości o szczegóły, realizm i zgodność z faktami, ja więc napiszę tylko o napięciu. Jesteśmy w końcu przyzwyczajeni do wizji podróży kosmicznej jako bliskiej wejściu do samochodu i jechania z A do B. Pierwszy człowiek pokazuje, że w trakcie takiej podróży cały czas jesteśmy o 30 sekund od katastrofy. Sprzęt się psuje, ludzie umierają, a główny bohater faktycznie musi być szaleńcem, żeby odbywać taką podróż. Wiemy, jak ta historia się skończy, ale i tak oglądałem w napięciu – bo byłem pod wrażeniem tego, co bohaterowie sobą reprezentowali. Pokazano mi to, czego oni są świadomi, a mimo to lecą. Nie dowiemy się z filmu wiele – o znaczeniu naukowym, kulturowym czy filozoficznym lądowania na księżycu. W Pierwszym człowieku jest ono tylko celem samym w sobie. Obietnicą, którą złożyliśmy sobie i innym. Nie jest to mało.