Oz (1997-2003)

Oz (1997-2003)

28 października 2019 Opinie o serialach 0
oz

Dobro jeszcze nigdy nie było takie samotne we współczesnym świecie. Seans obowiązkowy!

5/5

WYRÓŻNIENIE: Najlepszy film roku (Miejsce #8)
http://garretreza.pl/podsumowanie-2010/

Sezon I (1997) ★★★★★

Jestem autentycznie zaskoczony, jak bardzo rewolucyjny był to serial. Jakby wyszedł dzisiaj, wciąż byłby rewolucją – dwie dekady po premierze. Ja wiem, że średnio co kilka lat rodzi się nowy amator seriali, który chce wyjść na mądrego i ogłosić, że teraz właśnie format serialowy stał się ważny i istotny i równy kinowemu. Każda dekada ma co najmniej kilka takich tytułów, począwszy od lat 50. i „Strefy mroku”. W latach 90. mieliśmy „Sopranos”, „Z archiwum X”… i no właśnie: „Oz”. Pierwszy serial HBO.

Świat serialu jest brudny i nikt się nie cacka. Gdyby chcieli przenieść „Pieśń Lodu i Ognia” na ekrany telewizorów, to wyszło by im coś bliższego „Oz” niż „Grze o Tron”. Jeśli ktoś chce zrobić komuś krzywdę, robi to. Tak po prostu, bo w tym świecie tak wygląda codzienność. Chce zniszczyć komuś życie – niszczy. Ktoś chce zamordować drugiego – morduje go. Zamknięta lokacja, mnóstwo cieni i postaci, bogata i odważna tematyka dostarczona odbiorcy bez żadnych upiększaczy, I jeszcze mieli jaja wsadzić narratora w przezroczystą, lewitującą nad więzieniem celę, z które wspomniana osoba zwraca się bezpośrednio do nas, widzów. Aż chciało by się rzec – nie mogę się doczekać, żeby telewizja dojrzała do takiego tytułu. Problem w tym, że zrobiła to przeszło dwie dekady temu.

Najważniejsze w tej produkcji jest ogólny motyw samotności zła we współczesnym świecie i ograniczonego wyboru, który staje przed każdym człowiekiem. Tak – oglądamy na ekranie ludzi, którzy w ten lub inny sposób skrzywdzili innych. Tak – nadal to robią, jednak niesprawiedliwość, która ich spotyka, nie boli w żadnym przypadku ani trochę mniej. Widzimy te krótkie i nieliczne chwile, kiedy chcą zrobić coś dobrego, coś właściwego – boją się jednak kary, która by ich za to spotkała. W tym świecie istnieje pojęcie dobra i zła, ale najczęściej mówimy tylko o przetrwaniu. Rzadko ktoś kieruje się inną przesłanką, rzadko dla kogoś istotniejsze jest spojrzenie sobie w oczy od przeżycia następnego dnia. I tyczy się to nie tylko więźniów – w końcu osoby prowadzące ten cyrk chcieliby coś zmienić, ale mają związane ręce. Tak naprawdę tylko polityk oraz strażnicy są tutaj czystymi czarnymi charakterami, którzy nic poza krzywdę nie robią w tym serialu. Mamy co prawda bohaterów-strażników, ale oni są właśnie „chętni, ale ograniczeni”. Wszelcy strażnicy znęcający się nad więźniami – oni są wyłącznie tłem.

Scenariusz czy ogólnie narracja nie jest jakaś płynna. Co przez to rozumiem? Oglądanie każdego odcinka wydaje się jak seans kilku krótkich metraży z rzędu, jakby twórca tak naprawdę nie pisał odcinka serialu – zamiast tego miał pod ręką kilkaset krótkich historii, każda po 10 minut, i następnie układał je obok siebie i tak powstawał odcinek. W efekcie nie ma on normalnej konstrukcji, że na początku zaczyna się historia i pod koniec kończy. Żaden odcinek nie zaczyna się i kończy na tej samej historii. Nie ma motywu lub dominującego wątku. Nie ma też wyraźnego poczucia przemijającego czasu. Sceny postępują od razu po sobie bez żadnego czekania, przez co trudno wychwycić jakiś realizm. Ktoś coś chce zrobić – robi to, potem są konsekwencje, a dla nas całość trwa kilka minut. Ktoś chce wrobić kogoś – wrabia w następnej scenie, odsiaduje miesiąc, po drodze ktoś musi za to beknąć, więc wrobiona zostaje następna osoba, a ta w następnej scenie jest już pobita i leży w szpitalu. Trzy minuty dla nas, a dla serialu i postaci w nim… Ile? Dzień? Kilka dni? Co się wtedy działo z innymi bohaterami?

Oz jest serialem niezwykłym i rewolucyjnym. Jako jeden z nielicznych kieruje swoje słowa do dorosłych widzów i traktuje ich, jakby byli dorośli. Jakby mogli sobie poradzić ze świadomością, że pokazany na ekranie świat jest częścią naszego, że jest ważną jego częścią… I jak niewiele możemy z tym zrobić. Że gdzieś tam komuś dzieje się krzywda i tak już będzie. A my możemy mieć pecha i się z tą osobą spotkać, w jego celi. I świat wtedy jedynie potoczy się dalej.

Teraz głównie chwaliłem. Uwagi i sceptycyzm wyrażę przy okazji pisania o następnym sezonie.

Sezon II (1998) ★★★★★

Drugi sezon jest już czymś skierowanym wyłącznie do fanów serialu. To oznacza, że nadal będę oglądać, najpewniej do samego końca, licząc równocześnie na to, że twórcy znajdą jednak jakiś konkretny pomysł w następnych latach, żeby ich produkcja była prawdziwie wielka. To po pierwsze, a po drugie: jeśli ktoś do tej pory nie kupił tego serialu, nie ma jak na razie liczyć na zmianę, bo oglądanie drugiego sezonu wymaga nadal przymykania oczu na pewne charakterystyczne elementy całej produkcji. „Oz” wciąż jest dramatycznym sitcomem, w którym co kilka minut skaczemy od jednej historii do drugiej i trudno tutaj znaleźć jakieś ugruntowanie. Motywu czy konkretnej fabuły wciąż nie ma, jedynie myśl, a raczej pragnienie pokazania życia więźniów.

Tym bardziej że w tej serii twórców chyba dociśnięto, aby pokazali coś ważnego w tamtych czasach. Ktoś chciał wykorzystać platformę, jaką był serial, do opowiedzenia np. o tym, że facet może mieć raka piersi. Albo pokazać dwóch całujących się mężczyzn, jak rozwija się między nimi romans. Wyraźnie widać, że sami twórcy nie planowali niczego takiego dla tych postaci, to zostało na nich zrzucone. Nic tych postaci konkretnie nie łączy z tymi motywami i czuję w sumie, że to był wynik losowania.

Wracając do fragmentarycznych historii – momentami zakrawa to na absurd, kiedy bliscy więźniów umierają, a aktorzy zachowują się, jakby w ogóle w tamtym momencie dowiedzieli się, że ich bohaterowie mają takich bliskich, którzy mogliby umrzeć. Nie jest tak, że odczuwałem brak pomysłów u scenarzystów – raczej taki sitcomowy ciąg do próbowania wszystkiego naraz. Ogromnym minusem serialu jest pośpiech – w ciągu jednej minuty może dojść do absolutnie wszystkiego: ktoś może podjąć decyzję o zamordowaniu kogoś, podejmie próbę morderstwa, nieudaną, sąd skaże tę osobę na karę śmierci i to jest nagle nasza sytuacja. Minutę temu ten bohater sobie chodził, a teraz oglądamy, jak czeka na śmierć. Do łazienki wyjść nie można, bo Niemcy w tym czasie cztery gole strzelą, Said zostanie uniewinniony i odmówi prawa łaski, aby wrócić, Tobias wróci do nałogu, ktoś tam kogoś zamorduje, a ktoś inny będzie mieć raka. I tylko z tymi Niemcami przesadziłem, cała reszta to prawda. Czujecie ten przesyt?

Nie pomaga to też jakoś konkretnie ugruntować serialu. I bez tego Oz bardziej się kojarzy z „Drabiną Jakubowa” niż prawdziwym więzieniem, ale momentami ciężko dać wiarę w to, co widzimy. Mogę jeszcze zaakceptować, że za wszystko wciąż odpowiada jeden, JEDEN polityk, ale więźniowie mają naprawdę sporo prywatności, miejsca na szwindle i mogą się wygadać z wielu problemów. Nie ma żadnych kamer, nikt ich nie pilnuje, mogą się nawet zamordować – są w końcu w kuchni, trochę noży tutaj jest. Jest też całkiem chora scena ukrzyżowania, co samo w sobie wydaje się przesadą, ale… cóż, chciałbym wiedzieć, skąd mieli niezbędne narzędzia.

I tak pewnie jeszcze trochę można pisać, ale jak napisałem wcześniej – zwisa mi to. Jestem fanem tej produkcji i obejrzę do końca. Kupuję tę stylistykę, ten bród i ból, wszystkich bohaterów chcę oglądać dalej. Chciałbym jednak, żeby w którymś sezonie twórcy spróbowali zaszaleć i dać jakąś spójną fabułę, podjąć jakiś motyw przewodni… Bo teraz dzieje się wszystko naraz – walki rasowe, osobiste, kopanie tunelu, niesprawiedliwość, pomyłki, zła polityka, źli strażnicy, życie za kratami lepsze niż na wolności, potrzeba prywatności, miłości… Wszystko naraz, więc jest tak, jakby nic się nie działo. Także dlatego, że wiele historii zatacza w pewnym momencie koło albo są resetowane inaczej. Tobias i Vernon niby są wrogami, niby dramaturgia przychylała się w od jednego do drugiego, po czym… wróciliśmy do punktu startowego niemal, tylko teraz oboje są równi sobie, więc… będą się bić… Jakby to był stały punkt programu, jakby Oz” było sitcomem. Wolałbym serial, w którym wszystko będzie do czegoś prowadzić. Teraz mamy nawet wątki, które do niczego nie prowadzą. Większość ma ciąg dalszy, ale co z tym człowiekiem, który w 2×1 prowadził śledztwo? Okazało się na koniec, że nie jest jednym z tych dobry, że na śledztwie chce zrobić karierę polityczną. Co dalej z nim? To już koniec?

Nie chciałbym tak się czuć już na koniec serialu. Będzie lepiej?