Establishment można pokonać, ale nie Batmana

Establishment można pokonać, ale nie Batmana

7 września 2019 Blog 0
otto preminger

Otto Preminger był reżyserem urodzonym na Ukrainie. W Hollywood znalazł się w połowie lat 30. i zaczął od kręcenia kina klasy B, by następnie zacząć tworzyć obrazy odważnie poruszające zakazane wtedy tematy. Najczęściej gustował w filmach czarno-białych, zaczynających się od animowanej czołówki. Stawiał też na jazz w ścieżce dźwiękowej. Był osobą kłótliwą, z którą niełatwo się współpracowało. Jest autorem trzech filmów, które znalazły się na liście najlepszych, jakie w życiu widziałem. Oto jego retrospektywa.

1905 – Otto później miał mówić, że urodził się w Wiedniu, ale tak naprawdę zaczął żywot na Ukrainie pod zaborem, skąd musiał spieprzać razem z rodziną przed wojskami Rosjan, kiedy świat był u progu Wielkiej Wojny (później nazywanej I wojną światową). Otto w ten sposób znalazł się w dzisiejszej Austrii, gdzie chciał zostać aktorem. Recytował monologi na deskach teatralnych i miał przeróżne sukcesy na różnych polach.

1932 – Otto bierze ślub z kobietą pół godziny po tym, jak ta rozwiodła się ze swoim pierwszym mężem. 27 lat później w Anatomii morderstwa pojawi się para zakochanych, którzy wezmą ślub po trzech dniach od momentu, gdy kobieta się rozwiodła, co będzie użyte do nadania skazy na wspomnianej niewieście. Sam Otto rozwiedzie się w 1949 roku bez większego zamieszania. Łącznie będzie zamężny trzy razy – drugi związek przetrwa osiem lat, a ostatni skończy się w momencie jego śmierci.

1935 – W Hollywood znalazł się dzięki temu, że Joseph Schenck i Darryl F. Zanuck (założyciele 20th Century-Fox) podróżowali i szukali nowych talentów. Wystarczyło pół godziny, żeby Otto zdecydował się na pracę w Los Angeles, gdzie zaczął od kina klasy B (jak na standardy Hollywood lat 30. i 40.). Tam cenili sobie jego efektywność, mieszczenie się w budżecie oraz kończenie zdjęć wcześniej niż zakładali producenci. Przy drugim filmie Premingera zaczęły się kłopoty – Zanuck pokłócił się z nim o jedną scenę. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, zamek do biura Premingera został zmieniony, jego nazwisko wytarto.

1937 – Otto wrócił do teatru, uczył też reżyserii. W tym czasie na szczęście Hitler zaatakował Polskę, wybuchła II wojna światowa, z czasem USA też się tam przyłączyli, a w związku z tym – Zanuck został zaangażowany do filmowej współpracy z rządem. Tym samym pieczę nad 20th Century-Fox przejął ktoś inny – ktoś, kto chciał powrotu Otto.

1942 – I ten wrócił. Chciał zrealizować (później słynną) Laurę, zanim wróci Zanuck, kończąc tym samym dzień dziecka, co się udało… po serii kłótni.

1944 – Zanuck zdążył wrócić z wojny i był nadal wkurwiony na Otto, ten został początkowo odsunięty od Laury. Mógł być tylko producentem, ale po tym, jak zaczął się wykłócać o zmianę aktora grającego antagonistę w filmie, został przydzielony do reżyserii. Ottowi urodził się też syn, Erik, ale poznają się dopiero 22 lata później.

5/5

1945Laura odnosi sukces i przynosi Otto pierwszą nominację do Oscara za reżyserię. Najpierw jednak pokłócił się z autorką oryginalnej sztuki (przy pracy nad scenariuszem nie dopuścił jej do momentu utworzenia pierwszej wersji tekstu, w którym już były mocne różnice między jej pomysłem i przyszłym filmem), producentem (Zanuck chciał zakończenie w stylu takiego, w którym wszystko okazuje się snem bohatera – test audience jednak wolała zakończenie oryginalne) i kompozytorem muzyki (który nie tylko odmówił użycia gotowego utworu Duke’a Ellingtona, ale jeszcze naciskał na stworzenie czegoś własnego – Otto dał mu weekend, a jeśli rezultat nie będzie 10/10, to groził mu wywaleniem na pysk; kompozytorowi się jednak udało spełnić wymagania i jego muzyka trafiła do filmu).

W tym samym roku Otto reżyseruje Upadłego anioła o którym swego czasu pisałem: „nie podąża wieloma utartymi ścieżkami, sporo wytycza samodzielnie. Byłem szczerze zaskoczony niektórymi elementami – choćby tym, co zrobiono w połowie filmu. Autentycznie nie wiedziałem, że tak można zrobić. Do końca podejrzewałem podpuchę, a to tylko jedna z kilku zalet tej produkcji. Niby jest to czyste kino gatunkowe dla fanów filmów noir, szukające zbawienia i człowieczeństwa nawet pod najbardziej zaciemnioną latarnią, ale jednak mam ochotę ocenić to wyżej”. Chwaliłem też postaci i dałem pięć gwiazdek. To już drugi dobry film w karierze Premingera.

5/5

1949 – premiera książki The Man with the Golden Arm Nelsona Algrena, którą chwalić będą zarówno Ernest Hemingway, jak i Kurt Vonnegut. Sześć lat później Otto zrobi film na podstawie tej książki.

1950 – ma premierę film Na krawędzi prawa, o którym swego czasu tak pisałem: „Po jakimś czasie, gdzieś w 2/3 filmu, bardzo mocno rzuca się w oczy fakt, że nad scenariuszem pracowało kilka osób. Wątek morderstwa jest bardzo dynamiczny, szczegółowy i po prostu bardzo, bardzo dobry. Logiczny, bezlitosny i napięty, ale już wątek przeszłości bohatera (jego ojciec był przestępcą) zgubił się całkowicie. Jego prywatna ambicja przyskrzynienia pewnego mafioza też idzie się gonić, podobnie jak ów mafiozo. Zakończenie jakoś to składa do kupy, do tego zaskakuje jako kino noir, dając pewną nadzieję. Fani gatunku będą zadowoleni, to pewne.”

4/5

1952 – w tym roku miało miejsce ważne wydarzenie: sprawa sądowa, na podstawie której napisano książkę. Ta z kolei siedem lat później stała się podstawą najsłynniejszego filmu Premingera (Anatomia morderstwa) i zapewne najlepszym filmem sądowniczym w historii. A przynajmniej pod względem realizmu. Film był tak podobny do prawdziwej sprawy, że nie tylko nie chcę jej tutaj opisywać, ale też sam reżyser został podany do sądu za to. Wybronił się.

1953 – Ukazuje się Twarz anioła, któremu swego czasu zarzuciłem rozstrzał między połowami filmu. Robert Mitchum jako kierowca karetki pomaga reanimować bogatą kobietę, która przypadkiem niemal się udusiła, po czym poznaje jej córkę, Jean Simmons – famme fatale filmu. Pierwsza połowa to kino noir, w drugiej legal drama, w której sporo z pierwszej połowy zostało zapomniane. Krótko mówiąc – nie byłem zadowolony zbytnio. 

3/5

W tym samym roku Zanuck wyznacza Otto do reżyserowania klasycznego amerykańskiego westernu (Rzeka bez powrotu). Otto nie czuł się pewnie z tym gatunkiem, ale po przeczytaniu scenariusza postanowił dać mu szansę. Na planie kłócił się z acting coach i domagał się jej wypierdolenia. Marilyn Monroe wstawiła się za nią, więc ta została, więc Otto zaczął wkurwiać się na Monroe. Ta w trakcie zdjęć złamała kostkę i prawie utonęła, Robert Mitchum chlał na umór, pogoda też przeszkadzała. Otto olał etap postprodukcji i doszedł do wniosku, że już nie chce być pracownikiem studia. Zapłacił 150 tysięcy, żeby anulować jego kontrakt z Foxem. Na dzisiejsze dolary byłoby to prawie półtora miliona.

1954 – Ciepło przyjęta premiera filmu:

RZEKA BEZ POWROTU ("RIVER WITH NO RETURN")

3/5

Słuchając klasycznej westernowej pieśni otwierającej Rzekę… w końcu uświadomiłem sobie, dlaczego tak lubię te klimaty. To smutny utwór o tym, że jest źle, ale zaśpiewany z godnością. Jej bohater godzi się z losem, opowiada o swoich przygodach z podniesionym czołem. Wszystko na zasadzie: „tak, spotkał mnie zły los. Innych też spotkał. Taka prawda”. To wszystko. Nie ma tutaj użalania się lub morału, zamiast tego godne opowiedzenie swojej historii. Lubię też te klasyczne amerykańskie dialogi:

– Widziałeś tutaj chłopca? Zaginął. Nazywał się Calder.
– A ty jak się nazywasz?
– Ja nie zaginąłem.

Piszę o tym, ponieważ… Mimo wszystko polubiłem ten film. Ocena co prawda tego nie do końca odzwierciedla, to w końcu produkcja pełna błędów, ale spędziłem seans z przyjemnością: dzięki atmosferze, ogólnej manierze bohaterów i innym tego typu elementom.

Montażyści krytykowali Premingera za spartaczoną robotę, czemu trudno się dziwić. Nagrał film w taki sposób, że nie można było nadać mu dynamizmu poprzez montaż. Szczytowym przykładem jest jedno ujęcie, na którym dwoje ludzi ratuje się z pokładu tratwy. Wszystko odbywa się na jednym, niemal nieruchomym ujęciu: tratwa zostaje przywiązana, chłop bierze babę na ręce, baba wypuszcza z ręki walizkę, walizka wpada do wody. „- Moje rzeczy!; – Zostaw!” i opuszczają tratwę, schodzą na ląd… A wspomniana walizka niemal dryfuje za nimi w miejscu. Na rzęsach dałoby radę tam pójść i ją odzyskać, ale aktorzy są już dalej, stoją na brzegu i prowadzą dialog, a po ich zachowaniu w ogóle nie widać, że właśnie uratowali się z desperackiej sytuacji. Wiem, że montażysta nie tylko przycina nagrany materiał, ale w tej sytuacji był bezradny. Nie miał najwyraźniej innego ujęcia, na które mógłby przeskoczyć i nadać całej sekwencji trochę dynamizmu albo wiarygodności – aby można było uwierzyć w rzekę czy bohaterów. To po prostu było zrealizowane nie tak, jak trzeba. Widać, że reżyser chciał to już mieć za sobą.

Trudno też winić jego samego, kiedy scenariusz nie dostarcza okazji do dynamicznego kina. Dość powiedzieć, że pierwsze pół godziny spokojnie dałoby radę wyciąć, a w przypadku zostawionej godziny trudno mówić o jakiejś spójnej historii. Raczej o trzech wątkach, które rozgrywają się równocześnie, każdy ma własny epilog. I każdy jest sprawnie napisany, ale postawione obok siebie nie tworzą równie sprawnego filmu pełnometrażowego. Prędzej nazwałbym to chaosem, bo po wszystkim nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie: „o czym to było?”. Mogę napisać, że polubiłem tę produkcję, ale nie mogę napisać, że jest ona pozbawiona podstawowych błędów. Jest źle zrealizowana i tyle.

1955 – Premiera filmu Złotoręki, czyli jednego z pierwszych filmów Hollywoodzkich podchodzących do tematu uzależnień od narkotyków. Tak o nim pisałem swego czasu: „to przede wszystkim doskonały scenariusz i urok starego kina. Scenografia całej dzielnicy zbudowana w studio oraz twórcy z autentycznym talentem, którzy pracowali nad tym tytułem. Ile tutaj postaci, ile wątków! I wszystko to jest zastosowane w zaskakujący sposób, przeplatając się perfekcyjnie, tworząc bardzo życiową i klasyczną konstrukcję dramaturgiczną. To opowieść o sile i wytrwałości. Do tego przepiękna konstrukcja ujęć, przy których kreatywnie korzystano z kamery na kranie. Przygotujcie się tylko na to, że mamy tu jedną z najgorszych postaci kobiecych w historii kina. (…) Bądźcie świadomi też, że to rok ’55, więc obraz narkotyków odbiega od takiego The Wire – i to mocno”.

5/5

1958 – Premiera filmu Żegnaj smutku. Melodrama niemal teatralna, oparta na relacji czterech postaci. Wszystko jest równocześnie wielką retrospektywą, opowiedzianą z perspektywy czasu z głębokim smutkiem i żalem. Zagrane to różnie, ale przede wszystkim część bohaterów jest zwyczajnie niedojrzałych, przez co miałem problem z zaangażowaniem się w ich dramat, żeby poważnie potraktować ich osobiste problemy. Powstał film mi obojętny.

3/5

1959 – Premiera książki Bunny Lake is Missing (sześć lat później Preminger przeniesie ją na ekran), ale ważniejszym wydarzeniem jest premiera filmu:

ANATOMIA MORDERSTWA ("ANATOMY OF A MURDER")

5/5

Anatomia jest nauką badającą budowę danego organizmu. Wydaje się więc, że Preminger będzie zastanawiać się nad tym, co sprawia, że morderstwo jest morderstwem. A konkretnie: w którym momencie morderca staje się winny morderstwu. Sprawa jest prosta, ale nie jednoznaczna: oskarżony zabił człowieka, który zgwałcił jego żonę. Nie zrobił tego jednak gwałtownie, nie nakrył ich. Zrobił to z chłodną głową, załadował broń i poszedł na spacer. Zamordował z nienawiści, po czym oddał się w ręce sprawiedliwości. Działał na podstawie prawa umownego („Mam prawo zabić osobę, która zraniła bliską mi osobę!”), czy taka osoba powinna być uniewinniona?

To film celowo dłużący się, ponieważ oparty został wyłącznie o dwuznaczność sytuacji i drążenie jej. Nie ma bohaterów, którym możemy kibicować. Nie walczą oni też o moralną wyższość, brakuje również czegoś na kształt protagonisty i antagonisty. Obrońca z prokuratorem rywalizują ze sobą, ale jest to im narzucone przez charakter miejsca pracy. Nic tutaj nie zasłania głównego spektaklu, jakim jest drążenie sprawy w sądzie. Wiemy o niej zaskakująco dużo – w zasadzie wszystko! – i nawet zakończenie wydaje się aspektem marginalnym, jakby twórcy wiedzieli, że ono niewiele zmieni w naszej opinii o tej produkcji.

Można Anatomię… traktować jako swoiste rozdziewiczenie amerykańskiego kina, ponieważ tutaj poruszamy nowe tematy dla tamtej kinematografii (gwałt), używamy nowych słów (sperma) i pokazujemy nowe rzeczy (zdjęcia ofiary). Nawet jeśli tylko przez chwilę, wystarczyło na pozwanie twórców do sądu. Wybronili się, ponieważ wszystko, co pokazali, było uzasadnione fabularnie. Najważniejsze jest dla mnie pokazanie momentu, w którym prawo zaczęło umierać – wtedy rozprawy w sądzie stały się widowiskiem. Z jednej strony mamy adwokata, który zadaje konkretne pytania i dąży do tego, aby przysięgli oceniali na zimno, bez emocji. Z drugiej strony główny bohater żartuje, jest żywiołowy i gra pod publikę. W jego zachowaniu można dostrzec każdą sztuczkę, z której dekady później korzystano choćby na salach sądowych w Making a Murderer. Anatomia morderstwa jest wręcz podręcznikiem dla każdego błazna, który chce zostać pewnego dnia adwokatem, grać na emocjach i kpić z prawa. A że w Anatomii… używano tych sztuczek do obronienia kogoś, kogo instynktownie uważamy za niewinnego, tylko dodaje pikanterii tej produkcji, która na każdym innym polu jest jednak wolna oraz pozbawiona klasycznej dramaturgii.

Najbardziej szanuję ten film za to, że jest taki prawdziwy – w tym sensie, że jednozdaniowe wydarzenie zostało opowiedziane przez ponad 2,5 godziny ze wszystkimi szczegółami. Dzisiaj wszystkie dzienniki straciły zaufanie odbiorcy albo prezentują mu to, co on chce, aby potwierdzić jego światopogląd. Rolę dziennikarzy przejęli twórcy memów, którzy swój przekaz zawierają w jednym nagłówku. „W Teksasie sąd uniewinnił ojca, który zabił pedofila, który gwałcił jego córkę” jest takim przykładem. Albo „W UK morderca dwóch nastolatków dostał wyrok w zawieszeniu, żeby móc opiekować się chorą żoną i dziećmi”. Historie bez szczegółów, kontekstu, szacunku czy wiarygodności. Tak teraz opowiada się o bieżących wydarzeniach. Anatomia… jest inna. Taka, jaka powinna być.

1962 – Otto prezentuje obywatelom świat polityki w filmie Burza nad Waszyngtonem, który również jest ostatnią rolą Charlesa Laughtona, który pożegnał się z widownią w naprawdę wielkim stylu. Umarł pół roku później na raka nerek, a kilka dekad później Daniel Day Lewis wymienił go jako swoją wielką aktorską inspirację. Sam film kręcono w autentycznych lokacjach (Waszyngton), a małym rolom odmówili zarówno Martin Luther King, jak i Richard Nixon. Mieli grać polityków.

BURZA NAD WASZYNGTONEM ("ADVISE & CONSENT")

5/5

Intensywny dramat polityczny. Wciąż złoty standard opowiadania o zakulisowym życiu polityków.

Jak każdy film polityczny, ten też z początku wydaje się trochę chaotyczny. Dużo postaci i wątków, burza sprzecznych interesów, ale z grubsza sprawa prezentuje się następująco: prezydent USA chce konkretnego człowieka (Robert Leffingwell) na konkretnym, ważnym stanowisku w rządzie. Zanim ten jednak będzie mógł tam pracować, odbędzie się przesłuchanie publiczne. Jest to o tyle istotne, że Leffingwell podejrzany jest o bycie komunistą. W trakcie przesłuchania pojawiają się na to dowody – czy są prawdziwe?

Przed seansem wskazane jest poznać nieco kontekst historyczny, czyli dlaczego wtedy wrogiem narodu był komunista (w skrócie chodziło o to, że rząd potrzebował kozła ofiarnego, ale sprawa jest szersza) i dlaczego tak łatwo można było zdyskredytować kogoś za samo nazwanie go komunistą. Nawet jeśli za tym nie szły żadne konkrety. Nawet jeśli pod komunizm podciągano dyplomację albo skłonność do pokojowego rozwiązania konfliktu. Mówimy w końcu o okresie zimnej wojny, kiedy USA mogło być potęgą i wyłącznie potęgą – ten kraj był najlepszy i zwyciężał, wyłącznie zwyciężał. O niczym innym nie mogło być mowy. To jednak przeszłość dla dzisiejszego widza. Podczas oglądania sam się zdziwiłem na myśl, że to zapewne jeden z pierwszych filmów pokazujących politykę od drugiej strony. Przywódcy narodu przedstawieni jako skłócona grupa ludzi, którzy swoje prawdziwe zamiary ukrywają przed publiką – nie jestem w stanie przypomnieć sobie innej produkcji, która pokazywałaby to wcześniej. Z drugiej strony, odkrycie takiego Advise & Consent zajęło mi ponad 10 lat bycia kinomaniakiem.

Burza nad Waszyngtonem jest kinem poważnym, czytelnym i trzymającym w napięciu. Nie wiedziałem, gdzie zmierza opowiadana mi historia. Realizm jest tak filmowy, jak tylko się dało. Rozumiem przez to, że świat wewnątrz filmu działa według zasad prawdziwej polityki – ludzie podczas narad kłócą się i kombinują, ale równocześnie ich wypowiedzi zostały napisane jak dialog w filmie, a aktorzy mogą się wykazać, przemawiając do narodu, jak aktor przemawia do publiczności. Nie oglądamy mieszanki czy czegoś pomiędzy, raczej na naszych oczach fikcja staje się rzeczywistością.

I to wszystko jest zaletą, Burza na Waszyngtonem jest ich pełna, to znakomity film – ale czy na tyle, aby miał coś do zaoferowania dzisiejszemu widzowi? My w końcu wiemy już, że politycy to w większości krwiożercze klauny, które zagryzają siebie nawzajem, jak i każdego nowego, który spróbuje sił w sejmie. Dzisiaj to nie jest odważne, to wręcz „podstawowe”. Obecnie zresztą ten obraz pamiętany jest za motyw homoseksualny – tak skromny, że niemal można go pominąć, jeśli się za szybko mruga. Mrugać jednak nie warto, bo zaskoczy was, jak ten temat podjęto (z jaką gracją!). To też pierwsza produkcja, która pokazała bar dla gejów, ale to nie wystarczy, aby nazwać Burzę… obrazem ponadczasowym. Nie, taki argument pojawia się dopiero w finale, ponieważ zakończenie obraca „podstawowość filmu” w „uniwersalność”. Nie ma tam żadnego wielkiego uderzenia, wręcz przeciwnie, ale w tym zabiegu jest wyrażona ponadczasowa prawda o polityce: jak szybko wszystko może tam się zmienić, jak gwałtowne konflikty muszą zostać zapomniane, jak temat dnia zmienia swoją postać. To wielki finał i wyobrażam sobie, że część widzów poczuje się zwyczajnie zrobiona w chuja, ale nawet wśród nich będą tacy, co zaczną klaskać po chwili namysłu. Ostatnie 20 minut sprawia, że Burza… nie tylko jest obrazem, który świetnie się ogląda – jest też filmem, za który warto się zabrać ponad 60 lat od jego premiery. To prawdziwie złoty standard kręcenia tej tematyki.

Standard, o którym warto sobie przypomnieć. Kiedyś w końcu umieli opowiadać o polityce z dojrzałością i bez narzucania emocjonalnej wymowy, w postaci gorzkich czy pesymistycznych finałów.

1965 – Otto reżyseruje swój ostatni dobrze przyjęty film: Bunny Lake is Missing. Potem było już mocno średnio, chociaż niektóre produkcje zyskiwały „drugą miłość”. Otto nawet obsadził młodego Michaela Caine’a w roli obywatela południowej części Stanów Zjednoczonych (Szybki zamach, 1967). Miał już wtedy jakieś 60 lat.

BUNNY LAKE ZAGINĘŁA ("BUNNY LAKE IS MISSING")

4/5

Kino nieprzewidywalne, zaskakujące i trzymające w napięciu – jak już chwyci, czego nie mogę napisać o pierwszej połowie filmu (może trochę mniej). Nie mogę też za bardzo napisać wiele o historii. Podczas seansów z widownią zastosowano tutaj ten sam zabieg, co w przypadku Psychozy Hitchcocka, czyli od góry odmówiono wpuszczania widzów na salę po rozpoczęciu projekcji. I najlepiej wiedzieć tylko tyle, co mówi tytuł: że ktoś zaginął. A konkretnie: mała dziewczynka, tytułowa Bunny Lake. A matka robi wszystko, byle tylko ją odnaleźć. Jest tu w pewnym sensie problem zbytniego skupiania się na obecnej chwili celem zwodzenia widza nieco dłużej, zamiast przejścia dalej i odsłonięcia następnej karty ciut wcześniej. Dosyć długo ta opowieść stoi w miejscu – i mogę pisać takie niejasności jeszcze trochę, ale napiszę tylko, że ostatnia trzecia filmu to jedna z najlepszych prac Premingera. Jak mało w niej słów, jak dużo ciszy! To ona zaskakuje, zwodzi, trzyma w napięciu i nawet ja miałem momenty, kiedy zasłaniałem sobie usta ręką podczas oglądania. Miałem wtedy skojarzenia z Rosemary Baby, Frantic, Repulsion

To produkcja bardzo w stylu Polańskiego. Tak bardzo, że gdyby pan Roman zaczął swoją passę udanych produkcji kilka miesięcy później, to można by podejrzewać, że swój styl podkradł właśnie od Otto Premingera. Fakty jednak są takie, że Wstręt Polańskiego ma światową premierę kilka miesięcy przed Bunny Lake Zaginęła Premingera. Oba zresztą zostały nakręcone w tym samym miejscu: Londynie. Kamera z ręki, czarno-białe kadry, awangardowy jazz i podobne motywy, których jednak nie mogę zdradzić. Napiszę tylko, że Preminger dobrze do nich podchodzi, kolejny raz wystawiając widownię na coś nowego.

1966 – Otto gra Mr. Frezze’a w telewizyjnym serialu Batman z Adamem Westem. Wziął udział w dwóch odcinkach (2×19-20)

1967 – Otto poznaje swojego syna, Erika, wtedy mającego lat 22. Wcześniej Otto milczał o byciu jego ojcem na prośbę matki Erika, która nadała synowi nazwisko męża, z którym wtedy była w separacji. Za parę lat Otto nawet wyreżyseruje film na podstawie scenariusza swojego nieślubnego syna (Różyczka, 1975).

1968 – Otto próbuje nagrać nowoczesną komedię (Skidoo). Nie wychodzi, ale przynajmniej może się poszczycić zrobieniem filmu z Groucho Marxem (który w ten sposób ostatni raz wystąpił przed kamerą, w wieku 77 lat).

1979 – ostatni film Premingera (pt. Czynnik ludzki)

1980 – Otto wspomina pracę z Marilyn Monroe na planie Rzeki bez powrotu i pierwszy raz przyznaje, że nie była ona taka zła, jak przez te wszystkie lata twierdził. „She tried very hard, and when people try hard, you can’t be mad at them”. Sama Monroe mówiła o Rzece…, że to jej najgorszy film.

1986 – Otto umiera w wieku 80 lat na raka płuc. Miał też Alzheimera. Fani mogą odwiedzać jego grób, udając się do cmentarza na Bronksie. Gdyby nie umarł, dziś miałby 114 lat.

1989 – Vincent Price wspominając pracę nad Laurą, powiedział: „Once we got used to Otto, we had a pretty easy time”.

Wnioski?
1) Jak jesteś trudny we współpracy – to bądź chociaż profesjonalistą
2) Czytaj książki, które aktualnie wychodzą – może za parę lat nakręcisz na ich podstawie film
3) Samo przekraczanie granic jest mało warte – musisz przede wszystkim zrobić po prostu dobry film
4) Uzasadniaj przekraczanie granic – inaczej niż dla samego przekraczania, wtedy efekt będzie ponadczasowy
5) Do trzech razy sztuka, nawet jeśli oznacza to robienie jednego dobrego filmu na dwa przeciętne
6) Establishment można pokonać, ale nie Batmana