Ognista kula („Ball of fire”, 1941)

Ognista kula („Ball of fire”, 1941)

22 lipca 2018 Opinie o filmach 0
ognista kula
Howard Hawks
Barbara Stanwyck & Gary Cooper
Bo chodzi o to, by język giętki powiedział co pomyśli głowa

Zwykła komedia, ale śmiałem się, jakbym miał dwa gardła, jedno wychodzące z drugiego, więc chyba polecam.

Oto grupa naukowców pracuje nad encyklopedią. Ośmiu profesjonalistów, każdy w innej dziedzinie – od lat siedzą zamknięci i pracują nad stworzeniem kompletnego wydania, zawierającej całą wiedzą do dzisiaj. Wszystko zmienia się, gdy do gmachu wchodzi… zwykły człowiek i mówi potocznym językiem. Profesor angielskiego łapie się za głowę, bo nic z tego nie rozumie. Nie zna współczesnego slangu, jak więc może o nim pisać do encyklopedii? Profesor wychodzi więc i poznaje życie.

A w życiu wiadomo – jedno prowadzi do drugiego, tak więc profesor wróci w nocy do gmachu, mając pod ręką tancerkę, związaną ponadto z przestępcami, więc musi się gdzieś ukryć. Profesor oczywiście o niczym nie wie – myśli, że tancerka jest tam, by pomóc bohaterowi poznać język normalnych, prostych ludzi. Obecność kobiety wywołuje poruszenie wśród pozostałych uczonych, którzy to kobietę widzieli tylko w atlasach anatomicznych i nigdy nie doświadczyli w swoim życiu uroku przebywania w obecności osoby tak żywiołowej i piorunującej, co owa tancerka.

Tancerka ta zwie się Katherine O’Shea (w tej roli Barbara Stanwyck) i sceny jej występów w klubach, kiedy niby śpiewa i tańczy, nie są czymś specjalnym. Są wolne, mało kreatywne i nie przyciągają oka, za to są mocno kreowane pod widza (widownia wewnątrz filmu gorąca reaguje i cieszy się, klaszcze, więc i my niby mamy się czuć w podobny sposób; odpowiednik śmiechu z taśmy). Jednak kiedy O’Shea zacznie po prostu funkcjonować – wtedy autentycznie błyszczy. To naprawdę znakomita postać kobieca. Jedna z tych świadomych, jakie wrażenie potrafi wywołać na innych, zdobywająca szturmem każde pomieszczenie, ściągając na siebie wszystkie spojrzenia. Stanwyck jeszcze nigdy mnie tak nie zauroczyła, co w tym tytule. W sumie więc dobry casting – sekwencji na scenie nie ma tu szczególnie dużo.

Podoba mi się sposób opowiadania o języku, poznawania go. Jest tu obecny pierwiastek autentyzmu. Jeśli kiedyś podobny problem był obecny w waszym życiu, to będziecie się podczas oglądania „Ognistej kuli” czuli jak w domu. Różni ludzie się spotykają, używają innych słów i jest ta rozmowa o rozmawianiu tak naprawdę. Twórcy nie podnoszą go wprost, ale jest w powietrzu silne uczucie bycia pewnym, że twórcy podchodzą do niego z szacunkiem i rozumieją go z każdej strony. Slang uliczny, jak i wypowiedź uczonego brzmią tu równie magicznie, tylko każda na swój własny sposób. Przede wszystkim są autentyczni – są sobą, zamiast grać parodię samych siebie albo mówić coś na siłę. Każde jest po prostu sobą i używa języka, by to wyrazić. Wszystko to przebiega w podtekście, całe to zamyślenie się nad różnymi obliczami języka mówionego i tego, jak szybko się zmienia, ale mówię wam: jestem zadowolony z tego, co zobaczyłem. Tym bardziej że całość napisał Austro-Węgier urodzony na terenie dzisiejszej Polski, który to uciekał do Hollywood przed Hitlerowcami – i mimo to oddał bezbłędnie urok języka angielskiego.

Poza tym „Ognista kula” oferuje dobre tempo, niezły humor… I kurczę, to chyba wszystko. Nie widzę tu niczego „więcej”, żadnego szerszego tematu lub szczególnie wyróżniających się scen, do których będę wracać. Wątpię w ogóle, czy kiedyś obejrzę ten film jeszcze raz, ale faktem jest, że się śmiałem. Bardzo. Jak na koniec Gary Cooper próbował uczyć się z książek, jak być męski, to śmiałem się najgłośniej. Warto, po prostu warto. Ciepła, ludzka komedia. Tylko tyle, aż tyle, jakie to ma znaczenie?