Noce Cabirii („Le notti di Cabiria”, 1957)

Noce Cabirii („Le notti di Cabiria”, 1957)

20 lutego 2019 Opinie o filmach 1
noce cabirii
Federico Fellini & Nino Rota
Giulietta Masina

Poszukiwanie szczęścia w świecie, w którym szczęście nie jest szczęściem. Mocno niedzisiejszy film, ale chcę w niego wierzyć.

5/5

Noce Cabirii z całą pewnością zasługują na wyróżnienie w kategorii otwarcia, ponieważ cały motyw przewodni filmu został przedstawiony w jednej scenie, niemal na jednym ujęciu. Nie trzeba nawet znać języka, tutaj liczy się tylko język filmu. Oto kobieta tańczy i radośnie kica po łące w towarzystwie mężczyzny – celebracja życia i radości z bycia żywym, bo ma ono wartość! Spędzasz je z osobą, którą kochasz! Historia ta nie ma jednak szczęśliwego zakończenia – chłop kradnie kobiecie torebkę, właścicielkę wrzuca do rzeki i ucieka.

Kobieta nazywa się Cabiria i nie umie pływać, prawie tonie na samym początku. Po incydencie wraca do swojego domu i kontynuuje poszukiwanie mężczyzny, poszukiwanie szczęścia.

Noce Cabirii dzisiaj jawią się jako kino niemal prymitywne – szczególnie w swojej konstrukcji. Bohaterka to idiotka, nikt nie przechodzi tutaj żadnej przemiany, łatwo też się dopatrzyć postaw zwyczajnie niewłaściwych – jedną z nich jest chociażby akceptowanie kobiet jako istot niezdolnych do panowania nad sobą albo do racjonalnego zachowania. Jak którąś kochasz, to musisz akceptować, że czasami jej odwali. Kobieta to po prostu twór słabszy i mniej ludzki zdaje się ten film mówić – zapewne nieświadomie. Wszyscy Włosi w tej historii zachowują się jak Polacy, widzący rybę na promocji, tylko oni zachowują się tak cały czas, w każdej sytuacji. Krzyczą, traktują innych z wyższością, mogliby używać słowa „spierdalaj” jako przecinków. Straszny kraj.

Cabiria z całą pewnością nie jest dobrym człowiekiem. Dosyć szybko staje się jasne, że chce zdobyć mężczyznę po to, aby móc się nim chwalić przed koleżankami – jego majątkiem, bogactwem, dokonaniami. To jest dla niej wartością, to daje jej szczęście, nie miłość sama w sobie. Tak to po prostu w tym kraju wygląda. Ciekawie zaczyna się dopiero później, kiedy film odsłania swoją inną stronę. Wtedy Noce Cabirii stają się opowieścią bardzo humanitarną, w której nie ma ludzi złych. W tym świecie każdy ma raczej wszystkiego po trochu, ale liczy się, że u każdego jest ta dobra strona. I ona jest widoczna, inni mogą ją dostrzec i po nią sięgnąć. Dla mnie o tym jest ten film – o tym, żeby nie pozwalać się kształtować otoczeniu wokół i pozwalać narzucać sobie reguł, według których grają inni. To, że dla innych kobiet wartością jest chwalenie się mężem, nie musi oznaczać, że dla ciebie też tak. Znajdź swoją drogę, a i szczęście cię znajdzie.

Odnoszę wrażenie, że odbiór filmu zależy od tego, jakim typem człowieka jest widz. Mówię tu np. o postrzeganiu szklanki w połowie pustej lub w połowie pełnej. Noce Cabirii są skierowane do tych drugich, to oni widząc finałowe spojrzenie w kamerę, będą mogli potem oznajmić, że jest to jedno z najpiękniejszych momentów w historii kina (wśród których jest zresztą wymieniany). Ja nie widziałem specjalnej różnicy pomiędzy tym momentem i podobnymi, które wydarzyły się wcześniej. Dlaczego ten finałowy jest tak specjalny? Ten film to „pesymistyczna pętla stojąca w miejscu”, zdaje się dla mnie mówić reżyser w końcówce. Bohaterka bezmyślnie popełnia te same błędy, by na koniec jedynie się z tym pogodzić. I jak na ironię, ostatecznie próbuję się dopatrzyć tu więcej nadziei i dobrej woli, niż twórcy chyba zamierzali, ale niech tak będzie. Chcę wysoko oceniać ten film i zakładać, że dla bohaterki jest jeszcze nadzieja zamiast stagnacji.

Pytanie w takim razie jest takie: jaka dla mnie jest ta szklanka? W połowie pusta, pełna, kwadratowa? Chyba raczej: lej, nie pierdol...