No Tears for the Dead

No Tears for the Dead

12 maja 2015 Akcja 0
no-tears-for-the-dead-poster

Kojarzycie „Man From Nowhere” z 2010 roku? Produkcja pozbawiona oryginalności o zwykłym gościu, który okazuje się byłym agentem specjalnym, ruszającym na wendettę przeciwko mafii, która zamierza skrzywdzić małą dziewczynkę. Brzmi jak opowieść sprzed 30 lat, ale powstała niemal wczoraj i wciąż miło ją wspominam. Solidna psychologia postaci, aktorstwo głównego bohatera stopniowo popadającego w szaleństwo i rasowość kryminału w każdym kadrze. Finałowe sceny wciąż wywierają na mnie piorunujące wrażenie.

Cóż, tego filmu nie ma na Netflixie, ale jest kolejny od tego samego reżysera: „No Tears for the Dead„. Tym razem oparty na własnym pomyśle. Wciąż zaskakująco solidny.

Początek to jedna z najlepszych sekwencji opowieści – powraca motyw dorosłego mężczyzny i dziewczynki. Tym razem on – Gon – jest płatnym zabójcą i idzie na plecy restauracji, by tam powystrzelać kilku przestępców na zlecenie. Słyszy kroki za drzwiami, oczywiście strzela przez nie na oślep. Cisza. Wychyla na zewnątrz i widzi dziewczynkę, którą spotkał parę chwil wcześniej, siedzącą przy innym stoliku. Nudziła się i zabawiał ją na odległość. Teraz ma ranę postrzałową w sercu.

Cały opening wykonano bez użycia słów, nie licząc piosenkarki soulowej na scenie, i nie chciałem, by to się skończyło. Idealna narracja bez słów, pozwalająca widzowi wszystko zrozumieć za pomocą obrazu. Nie trzeba żadnych napisów, by wiedzieć, że za kilka lat to wydarzenie wciąż będzie nosić bliznę na umyśle Gona, i tak też się dzieje. Tym razem ci sami ludzie zlecają mu zabójstwo matki tej dziewczynki (owej piosenkarki). Mają w tym swój interes, ale pamiętają tamto wydarzenie, więc motywują bohatera, by skrócił cierpienia samotnej rodzicielki. Ten wybiera inną drogę.

Ponownie w kinie Lee Jeong-beom wiele dramaturgii opiera się na stopniowej zmianie u postaci głównej. Pokazane są jego pierwsze wspomnienia, gdy razem z matką przyjechał do USA. Tamte sceny mają wpływ na jego decyzje odnośnie do nowego zlecenia. Na oczach widza staje się obłąkany, ale w świadomy sposób. Dąży do autodestrukcji, własnej śmierci, za którą wystawił ogromną cenę. I ma zamiar dobić targu. Finał tej opowieści jest wręcz idealny. Nie spodziewajcie się rozgrzeszenia.

To solidna produkcja, która zostawiła na mnie mniejszy impakt w stosunku do „Man from Nowhere„, Ma swoje niesamowite momenty – poza zakończeniem i ostatnią retrospekcją, jest tu choćby scena z ciężarówką – i stosunkowo krwawe, realistyczne walki. Chyba nawet zacznę wierzyć, że ze strzelby można się strzelać na 15 metrów – ale to był wyjątek.

Jeszcze jedno słowo: film jest trójjęzyczny, mianowicie początkowe sceny rozgrywają się w USA i tam nawet skośni rozmawiają po angielsku (co niespotykane, perfekcyjnie i bez denerwującego akcentu!). Potem jest akcja w Korei, więc wiadomo – macie to, czego się spodziewaliście od początku. Dla porządku dodam, że parę osób powie kilka zdań po hiszpańsku. Wiecie, „Puta Tu Madre” itd. Uprzedzam, byście nie myśleli, że to jakiś dubbing tak jak ja.