Nić widmo („Phantom Thread”, 2017)

Nić widmo („Phantom Thread”, 2017)

5 lipca 2018 Biograficzny 0
phantom thread
Paul Thomas Anderson
Wyjątkowa ścieżka muzyczna & Arystokraci przeklinają

Mieszanka lania wody oraz skrótów. O miłości jako czymś złym.

 

Słynny projektant ubrań znalazł nową muzę. Traktuje ją źle, ale ona chce przy nim być. Dlaczego? Bo nam to powiedziała z OFF-u. O tym, że bohaterka czuje fascynację do projektanta strojów, dowiadujemy się w zasadzie tylko z jej monologów, które słyszymy z OFF-u. Język filmu jest tak bogaty, ale tutaj w ogóle go nie wykorzystano.

Bardzo dziwne jest, że cały seans składa się jednocześnie z dłużyzn, jak i skrótów myślowych. Tymi drugimi są wszystkie portrety postaci, relacje między nimi czy coś, co w tym filmie funkcjonuje jako akcja, chociaż tak naprawdę po pierwszych 15 minutach już niewiele się dzieje. Całą resztę można po prostu przewidzieć na tym etapie, ale nie doświadczymy żadnej zmiany, wszystko kończy się tak, jak się zaczęło. To jest historia o ludziach, którzy postrzegali miłość jako posiadanie drugiej osoby na własność. Problem w tym, że oboje chcieli posiadać tę drugą osobę, więc zaczęło iskrzyć, zaczęli się ranić nawzajem, ale żadne nie chciało się poddać. Sylwetki bohaterów to typowe dwuzdaniowe szkice z podręczników psychologii dla początkujących: on chce dominować i czuć siłę, mając władzę nad innymi, ponieważ może sobie pozwolić traktować ich byle jak. Ona chce silnego człowieka, który ugnie się pod jej wpływem, albo chociaż to ona stanie się przyczyną jego sukcesów, a tym samym stanie się jego właścicielem, bo ten bez niej nie będzie mógł tworzyć. Banał, prostacki banał, który na dodatek stoi w miejscu.

Reżysera w ogóle nie interesuje pokazanie zmiany lub choćby nazwanie po imieniu tego, co się dzieje. Może nawet właśnie tak postrzega miłość? Kto wie? Ja nie. Ta historia do niczego nie dąży. Bohaterowie nie rozwijają się, nie zadają pytań, oni po prostu są. Można by pomyśleć, że opowieść o złych ludziach niezasługujących na miłość mnie poruszy, ale nie w tym wypadku. Ta fabuła była mi kompletnie obojętna. Nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić negatywnego wpływu, jaki „Nić widmo” mogłaby mieć poprzez utrwalenie mitu o miłości jako czymś złym. Trudno mi w ogóle sobie wyobrazić, aby ten tytuł miał jakikolwiek wpływ na cokolwiek.

W tej produkcji usłyszałem jedne z najgorszych dialogów w całym swoim życiu. Pomijam, że służą często jako zastępstwo do opowiadania, albo to, że bohaterowie należą do tych, co używają 16 wyrafinowanych słów w tym samym celu, co dres mówiący „spierdalaj„. Najgorsze, że słuchając ich, czułem się co chwila, jakby aktorzy mówili je pierwszy raz i na bieżąco jeszcze zaglądali do kartek, by przypomnieć sobie, co mają mówić. Wątpię też, czy reżyser wypowiedział większość z nich na głos, zanim zaczął kręcić – są tak bardzo nienaturalne i dziwne.

Pozytywny akcent jest taki, że muzyka jest absolutnie cudowna i nie wymaga filmu w najmniejszym stopniu. Podczas seansu ledwo ją słychać poza kilkoma scenami, ale po włączeniu jej na Tidalu przesłuchałem całość trzy razy. Jeden z najlepszych tego typu nagrań, jakie w życiu usłyszałem – dla fanów Rachmaninova pozycja obowiązkowa.

Chcecie więcej?

Zobaczcie „Słodkiego drania” (Woody Allen, 1999). To film o muzyku jazzowym i jednym z wątków jest toksyczna relacja głównego bohatera z niemą dziewczyną. Traktuje ją źle, ale ona na to się godzi, bo tak bardzo kocha jego muzykę i chce jej słuchać w nieskończoność. Akcja rozgrywa się w czasach sprzed radia i nośników fizycznych, o streamowaniu nie mówiąc, dlatego wtedy to był jedyny sposób. Niema kobieta nie chciała nikogo posiadać, krzywdzić ani też nie miała innych ukrytych celów. Kochała muzykę oraz człowieka, który ją tworzył – za to, że ją tworzył. Resztę można było zaakceptować za tę cenę, przynajmniej według niej. A jest to jedynie wątek poboczny całości, cały film ma do zaoferowania wiele więcej (to fikcyjny dokument z nielinearną narracją i przesłaniem). „Nić widmo” w porównaniu z tym tytułem nie prezentuje się godnie.