Nowe Horyzonty 2016

Nowe Horyzonty 2016

3 sierpnia 2016 Uncategorized 2

Archiwalne notatki o filmach, które widziałem w 2016 roku na festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu.

O filmie „24 tygodnie” popełniłem dłuższą notatkę dostępną w tym miejscu. Uwaga, zawiera spoilery.

★★★★★

Dziewczyna zaraz ma podejść do pisania matury, od której zależy czy dostanie stypendium i będzie mogła wyjechać do UK na studia. Dzień wcześniej jednak zostaje napadnięta, prawie zgwałcona, więc do egzaminów podchodzi roztrzęsiona i z ręką w gipsie. Ma nawet wątpliwości, czy w ogóle chce podchodzić. Jej ojciec uruchamia plątaninę układów, wyświadcza różnym ludziom przysługi, by zapewnić córce wysoki wynik na testach, zapewniający jej miejsce na uczelni.

Zachwyca mnie ilość warstw, jaka w tym filmie jest. Jest oczywiście ta podstawowa, z bólem wywołanym przez napaść, ale potem dowiadujemy się też, że ojciec ma kochankę, a jego córka chłopaka, z którym nie chce się rozstawać. Na to nakłada się obraz współczesnej Rumunii, która jawi się jako kraina opuszczona przez dobrych ludzi. Nie ma tu nadziei, stąd trzeba uciekać. Słyszymy historię rodziców, którzy tu wrócili w ’91 roku myśląc, że coś się zmieniło. Okazało się, że jest tylko gorzej. Nie chcą tego dla swojego dziecka, więc praktycznie zmuszają ją, by uciekła. Ta jednak wciąż ma wątpliwości, a ich tylko przybywa, gdy widzi, jak jej tata robi przekręty, by ona mogła oszukiwać na maturze. Bo wszyscy oszukują. Tym samym dochodzimy do najważniejszego dla mnie poziomu tej opowieści, czyli napięcia w życiu młodej osoby, która już teraz musi podjąć decyzję, która wpłynie na całe jej życie. Wszyscy wokół mówią jej jedno, a głos wewnętrzny dyktuje coś innego. Ten konflikt tylko narasta i pogrążamy się w panice, że nie ma czegoś takiego jak „dobre rozwiązanie„. Wszystkie te poziomy przeplatają się w „Egzaminie” w prawie każdej scenie. Dramaturgiczna perełka!

Siedem osób w średnim wieku spotyka się na kolacji. W trakcie rozmowy pojawia się temat prywatności i tego, że nikt nie ma nic do ukrycia. A więc zaczynają grę, polegającą na tym, że kładą swoje telefony na stole i gdy do kogoś przyjdzie wiadomość albo połączenie, to wszyscy się z nim zaznajamiają. Na najbliższe kilka godzin nie ma żadnych tajemnic w tej grupie ludzi znających się od lat. Nastroje szybko się zmieniają, a wszystko to przy użyciu cudownej ilości żartów. Wszystkie trafiały w mój gust, śmiałem się cały czas, a widownia na Nowych Horyzontach miejscami rechotała tak głośno, że nie mogłem czytać napisów. Mam tutaj dwa ulubione momenty: pierwszy to chwila fałszywego kłamstwa, które zostaje pociągnięte dalej by wydobyć więcej prawdy z pozostałych osób. Cholernie inteligentny moment. Drugim jest zakończenie, bardzo przewrotne i zaskakujące. Nie spodziewacie się go. Jedyny minus z mojej strony to muzyka, pozbawiona subtelności. Gdy ma miejsce moment obyczajowy i poważny, to WIECIE o tym, co najmniej na kilka minut wcześniej. Niemal psuje to całą scenę, zagraną i napisaną wybornie. A poza tym? Jeśli już, to może wam nie pasować takie poczucie humoru. Jeśli lubicie francuskie komedie w stylu „Bazyla. Człowieka z kulą w głowie” albo „Święty Mikołaj to śmieć” to i ten wam podejdzie.

Opowieść o kobiecie, która miała takie beznadziejne życie (bili ją, wyszydzali, była samotna), że postanowiła to odreagować, rozjeżdżając 20 ludzi ciężarówką i domagała się za to kary śmierci. Cały film jest fabularną opowieścią o tej postaci. Twórców interesowała samotność i krzywda, jaką jej wyrządzono, oraz to, iż zdecydowała się akurat na to, co zrobiła. Sama produkcja jest bardzo klarowna. Każdy kadr wypełnia przestrzeń i cierpliwość, dodają one te małe fragmenty do całości, budując ją aż do końca. Na minus zbyt poprawny wydźwięk. Mogę jeszcze zrozumieć wyraźne pokazanie, że twórcy nie popierają decyzji Hepnarowej, ale kilka monologów wyjaśniających w podobny sposób, dlaczego do tego wydarzenia doszło… Mogli sobie to darować.

Mamy tutaj opowieść o spotkaniu rodzinnym, do którego dochodzi, gdy liczna familia zbiera się na stypie. Kłócą się, jest harmider, cały czas dochodzi do jakiegoś nieoczekiwanego zwrotu akcji. Widownia cały czas się śmiała, było dobrze. Całość wyreżyserowana, zagrana i napisana jest doskonale – jakbyście weszli do swojej rodziny. Jednym słowem, „Sieranevada” to trzydziestosekundowy żart ze „Scrubs” o dysfunkcjonalnej rodzinie, ale rozciągnięta do trzech godzin. Problem polega na tym, że gdy połowa dialogów wywołuje głęboki śmiech, to po usłyszeniu drugiej połowy ma się ochoty rozmazać tych ludzi na podłodze. Albo wyjechać daleko za granicę, byle tylko dzielił was co najmniej jeden dodatkowy kraj. Za samo urządzeniu palarni w kuchni należą się baty i emerytura na galerach, ale ci ludzie byli po prostu toksyczni w każdych drobnych kwestiach. Nieprzyjemni, chamscy i obleśni. Rumunia, Polska, co za różnica? Wiecie więc, o czym mówię. Nie chciałem z nimi przebywać w jednej sali kinowej. Z drugiej strony… Taka prawda. Ten film niczego nie fałszuje. A to oznacza, że tacy ludzie też musieli się pojawić. „Sierenevada” zapewne spełnia tu rolę demaskacji rumuńskiego społeczeństwa, które nie może zakopać topora wojennego nawet na stypie. Za to gwiazdka w górę.

Singapur zachęca ludzi, by ci przemyśleli jeszcze raz temat kary śmierci. W tym kraju to ważna kwestia, bo 70% społeczeństwa ją popiera, i wymierza się ją nie tylko za najcięższe zbrodnie. Ot, wystarczy handlować narkotykami i już idziesz na stryczek.

Praktykant” to zniuansowana i wysublimowana opowieść od reżyserów i scenarzystów będących przeciw karze śmierci, starający się przebić do świadomości społeczeństwa mającego inne poglądy. Temat został podjęty od innej strony, mianowicie: kata. Osoby, która wcale nie jest diabłem. Wręcz przeciwnie – są normalni, żartują, a ze swojej pracy są wręcz dumni. Drugim ważnym czynnikiem jest opowiedzenie tutaj o tym, czego w Europie nie do końca jesteśmy świadomi, czyli jak taka kara śmierci wpływa na ludzi. Między innymi na dzieci skazanych, tworząc tym samym pętlę złej energii.

Film-eksperyment. Aktorzy przyszli do reżysera, mając już gotowe postaci. Ten z kolei wymyślił sobie, że wszystkie sceny będzie nagrywać tylko raz, bez dubli. Zamknęli się w mieszkaniu na dwa tygodnie i zaczęli kręcić bez większego scenariusza. Materiał podjęli wstępnemu montażowi, wyszedł film trwający trzy godziny. Potem zaczął się montaż właściwy, gdy próbowali z tego zrobić produkcję „o czymś„. Wiele wątków drugoplanowych poszło do kosza, podobnie losów postaci. Na pierwszy plan wyszedł temat aborcji i dwójki kochanków posiadających dziecko, którego nie do końca chcą zachować. Co z tego wyszło? Znakomity tytuł, ot co. W ogóle nie czuć tego zaplecza, o czym pisałem. To wydaje się znakomicie napisane. Wiele zdradzać nie będę, ale wyszedł film ponury i wyraźny, jednak nie jest on dołujący. Wspomniane wydarzenia z planu wyjaśniają jednak, czemu film podejmuje określone tematy, nie mając o nich wiele do powiedzenia. „24 tygodnie” na temat aborcji są lepsze. To jednak nie wszystko, co znajdziecie w „Nieprawych„. Oj nie!

Surrealistyczny tytuł, który można zrozumieć. Dotyczy dorastania. Oglądałem z przyjemnością.

W kolumbijskiej dżungli czają się bestie. Sieją postrach wśród mieszkańców interioru. Zabijają bezbronnych ludzi, nie oszczędzając kobiet i dzieci. To żołnierze formacji paramilitarnych, którzy pozostawiają po sobie opustoszałe wioski i rozpacz ocalonych. Felipe Guerrero portretuje trzy kobiety pod presją, na których życiu odcisnęły piętno wojny gangów. Pierwsza z nich nie zastaje nikogo żywego w rodzinnej wiosce, druga znosi brutalność jednego z siepaczy, trzecia jest członkinią bojówki.

Mroczne bestie” są pozbawione dialogów w taki sam sposób co kino Bartasa. Ludzie mówią coś, ale w obcym języku i nie jest to przełożone na jakiś znany nam język, więc traktujemy to, jak słowa w piosenkach. Nie słyszymy ich. Ogólnie to podoba mi się taka praca, tylko jest tu jeden problem: nie miałem powodu, by samemu to rozgryzać, ponieważ opis wystarcza. Znacie opis, znacie cały film. Podczas seansu nie miałem nawet zbytnio ochoty, by podziwiać i zastanawiać się, jak to zostało osiągnięte, albo czy ja bym to zrozumiał, gdybym nie czytał opisu. Widownia na sali odpłynęła i ja razem z nimi. Ale nie zasnąłem!

Kobieta dostaje kwiaty, ale nie wie od kogo. I w zasadzie trudno mi teraz napisać coś więcej, ponieważ jest to film dosyć oszczędny. Niewiele się dzieje, przesłanie szybko złapać, a film trwa, trwa i trwa… Spokojnie mógłby trwać z godzinę zamiast stu minut. Niemniej, podoba mi się ten hiszpański (baskijski) humor, konstrukcja fabularna i morał: warto kupować kobietom kwiaty, bo wtedy dzieje się magia.

Bracia Dardenne znajdują gatunek filmowy w życiu ludzkim. „Nieznajoma dziewczyna” toczy się jak standardowa produkcja tych reżyserów, ale jednocześnie można tu dostrzec prawidła filmu noir, a nawet film gris. Młoda lekarka ma wyrzuty sumienia, ponieważ olała wezwanie o pomoc – ktoś zadzwonił do jej kliniki, gdy ta była dawno zamknięta, takie rzeczy powinno się ignorować. Tutaj jednak sprawy potoczy się inaczej i kobietę znaleziono martwą. Czyja to była wina?

Podoba mi się balans w tym filmie, między życiem a fikcją, w której zazwyczaj tacy bohaterowie podejmują śledztwo. W „Nieznajomej dziewczynie” bohaterka pokazuje tylko zdjęcie nieznanej kobiety, która wtedy dzwoniła do jej kliniki. Została pochowana jako odpowiednik Jane Doe. Nikt jej nie zna i nikt nie wie, kim była. A takie pokazywanie zdjęć potrafi doprowadzić do różnych rzeczy. Lekarz spotka na swojej drodze ludzi z mrokiem w duszy, robiących rzeczy, których nie chcielibyśmy widzieć, jak to robią. Każdy coś ukrywa. To z pewnością zaleta.

Na minus „Nieznajomej…” zaliczam pewną scenę z demolowaniem samochodu, jak i zakończenie, w którym morderca sam się zgłasza, wszystko wyznaje, opowiada i jeszcze oddaje się w ręce policji. Mało to satysfakcjonujące.

★★★★

Korea, lata 30. Hrabia dogaduje się ze służącą, by opracować plan, jak tu ogołocić z pieniędzy pewną arystokratkę. Fabuła należy do tych, które na koniec okazują się o czymś innym, jednak najważniejsze są tu sceny erotyczne. Zdecydowanie najlepsze w tym roku. Udało się ukazać każdy dotyk i pocałunek z olbrzymią pasją i potrzebą. Z czasem te sceny robią się coraz bardziej otwarte, ale to nadal może się podobać.

Lekki film o gościu, który dostał zawału serca podczas pracy, i teraz nie może do niej wrócić. Lekarz tak nakazuje. Musi się więc starać o rentę, ta jednak jest mu nie przyznana, bo urzędniczka wie lepiej od lekarza i orzeka, że Blake jest zdolny do pracy. W ten sposób nasz bohater trafia w obroty pomocy socjalnej, która robi wszystko, by udzielenie owej pomocy było nieosiągalne. Dlaczego? Nie wiemy. Jak do tego doszło? Nie wiadomo. Czy coś się zmieni? Nie. Niemniej, podczas oglądania chcemy, żeby Daniel ich wszystkich pokonał!

To nie jest opowieść o zwykłych ludziach, tylko o figurach dramatycznych. Ta opowieść jest zbyt wystudiowana. Oczywiście działa, można uronić łezkę, ale film jako całość stoi cały czas w tym rozkroku między produkcją, która chce obnażyć system, a jednocześnie nic z tym nie zrobić. Oglądałem to, ale nie przejmowałem się zbytnio. Widząc samotną matkę z dwójką dzieci, wolałem dowiedzieć się, jak do tego doszło, niż załamywać nad nią ręce. Plus wygodne zakończenie. Osobiście wolę obejrzeć kolejny raz dwuczęściowy epizod „All in the Family„, w którym Archie traci pracę, i przechodzi przez podobny cyrk co Daniel. Efekt jest jednak bardziej naturalny i realny, a mówimy o sitcomie sprzed 40 lat.

Dokument o uchodźcach. Nie tych, co przyjeżdżają, żeby nic nie robić za darmowy socjal, ale o tych, którzy przechodzą piekło, uciekając przez Saharę do innego kraju, tam też traktują ich jak śmiecie, wsadzają do więzienia, a potem, jeśli im się uda, to przez morze płyną do Europy.

Ogień na morzu” pokazuje, jak tacy ludzie są odbierani, badani, sprawdzani, jak się nimi opiekują. Od pierwszego kontaktu w eterze, gdy uchodźcy często nie potrafią podać nawet swojej lokalizacji. Gdy tak się dzieje, wysyłana jest pomoc. To nie wszystko, co zobaczycie w tym dokumencie. Twórcy zależało tu na ścieraniu różnych światów i ukazaniu, że te wszystkie środowiska funkcjonują obok siebie. Jak? Tego nie widzimy. Podmiot jest wspólny zarówno dla murzyna ściąganego z tratwy siłą (bo sam jej nie miał i w zasadzie był ledwo przytomnymi zwłokami), jak i małego chłopca, który ścina drzewo, by zrobić procę i strzelać do kaktusów. Warto zobaczyć.

★★★

Dokument z trasy koncertowej zespołu grającego rock alternatywny, tytułowych Arcade Fire. Na produkcję składają się zapisy z koncertów przetykane myślami członków zespołu, w stylu: „Bycie artystą polega na przelaniu na język sztuki tego uczucia, którego doznajesz, gdy w końcu oddajesz mocz po naprawdę długim stosunku oralnym„. Albo coś w tym stylu. Muzyka jest całkiem miła i dobrze trzęsło salą podczas seansu. Plus wywiad z zespołem po napisach końcowych.

The Office” w wersji Meksykańskiej. Firma, w której każdy odpoczywa, a jak telefon dzwoni, to wyciągamy wtyczkę, żeby nie przeszkadzał. Szef jednak umiera, a płacił on z własnej kieszeni. Co teraz? Zatrudnieni wpadają na logiczne wyjaśnienie: barykadują się, nikomu o denacie nie mówią, żyją jak wcześniej, aż dojdą do tego, co teraz będziemy robić.

Wszystkie żarty opierają się na punkcie wyjściowym, to szybko zaczyna nużyć. Ludzie spali na sali.

Delbono tworzy dla siebie, tym razem opowiada tu o znajomości z pewnym aktorem, którego znalazł w zakładzie psychiatrycznym. Teraz ten aktor występuje regularnie z trupą Delbono po całym świecie. Good for him. Przed seansem pokazano również krótki metraż z owym aktorem, „Wizyta”.

★★

Polska reżyserka robi film na zakończenie szkoły filmowej, dając tym samym upust swoim fascynacjom malarstwem oraz ludźmi twierdzącymi, że mają dar jasnowidzenia. Tytułowa postać istniała naprawdę, umarła niedawno i przewidziała między innymi, że w 5046 roku dojdzie do końca świata. A w 2016 roku Europa będzie pusta. Film ma za zadanie opowiedzieć, jak może wyglądać żywot takiej osoby. Fikcyjna fantazja na temat postrzegania świata przez „obdarowaną” osobę. Wolne, męczące, nużące. Nie wiem, co powinienem z tym filmem zrobić.

Miałem zupełnie inne wyobrażenie o tym filmie. Wiedziałem, że opowiada on na temat emigrantów i terroryzmu, biorąc za podstawę nagranie z pewnego statku, obok którego płynęła przez otwarte morze mała łódka z piętnastoma uchodźcami. Spodziewałem się jakieś inscenizacji tych wydarzeń, czy coś, ale nie. Otrzymałem wspomniane nagranie, tylko rozciągnięte do półtorej godziny, poprzez puszczanie go z prędkością jednej klatki na sekundę. Dzięki temu na ekranie widzimy pokaz slajdów, które zresztą wyglądają jak akwarele. Dodano do tego jedynie warstwę audio, gdzie ludzie o czymś gadają. Cytując znajomego: „Dupa, to nawet nie był film”. Produkt zrobiony nieskładnie, nieprzemyślany… ale mogło być gorzej. Mogłem zasnąć. Niemniej, 45 osób wyszło z seansu. Liczyłem na własnych paluszkach.

Na stronie filmu stoi: „W odróżnieniu od wielu współczesnych neo giallo pozbawiona jest elementów pastiszowych, oddając sprawiedliwość włoskim mistrzom z pełną czci powagą.„. To mnie zachęciło. Niemniej, to strasznie nużący film jest. Nie mogę słowa o nim powiedzieć. Chaos i zlepek scen, film bez celu. Na sali mało kto się dobrze bawił. Obok mnie były kobiety, które śmiały się ze wszystkiego. Widzimy czyjąś twarz – śmiech. Ktoś dostaje dłutem w twarz – śmiech. Nic się nie dzieje – śmiech. A ja odliczałem minuty do końca. 79 minut to stanowczo za dużo.

Idę na film na Nowe Horyzonty, a tutaj widzę logo Netflixa. Co dziwniejsze, filmu nie ma jeszcze nawet w bazie Netflixa… Nieważne. Produkcja należy do gatunku home-invasion i jest cholernie nudna.