Narodziny gwiazdy („A Star Is Born”, 2018)

Narodziny gwiazdy („A Star Is Born”, 2018)

4 lutego 2019 Opinie o filmach 0
A Star Is Born narodziny gwiazdy
Bradley Cooper
Lady Gaga & Sam Elliott

Jeden z najszczęśliwszych filmów ostatnich lat. Nie jestem w stanie tego ocenić niżej.

★★★★

 


Jack jest muzykiem. Zbiera tłumy na każdym koncercie, jest też alkoholikiem i nie stroni od innych używek. Po jednym występie idzie do baru, gdzie widzi amatorkę Ally śpiewającą na scenie. Poznają się, idą do innego baru i przez całą noc Jack zachęca Ally do tego, żeby się otworzyła, żeby zaczęła śpiewać własne piosenki, żeby się odważyła. Następnego dnia bierze ją na scenę, razem prezentują jej utwór, publika ją kocha. Tak zaczyna się jej kariera.

Zacznę od tego, że scenariusz jest najsłabszym elementem całości. Gubione są wątki („sprzedanie się” Ally i Jack krytykujący ją za to), rozwój postaci stoi pod dużym znakiem zapytanie (ponownie – szczególnie u Ally, która z szarej myszki w ciągu jednej sceny staje się kręcącą dupą na scenie piosenkarką pop, która poza sceną jest wciąż tą samą dziewczyną, którą polubiliśmy wcześniej), sukces i sława przychodzą z dnia na dzień bez szczególnego wysiłku, a całość wieńczy jedno z najgorszych możliwych zakończeń, jakie tylko można było wymyślić. Twórcy stawiają tam na łatwe rozwiązania i zwrot akcji, który oparli o jedną scenę, która zresztą była oparta o rozmowę. O nic więcej. Pojedynczy dialog i jedna z postaci stwierdza, że kompletnie zmieni swoje życie. Finał jest prawdziwie skandaliczny – reszta razi z uwagi na to, jak ładnie inne elementy filmu się udały, szczególnie pierwsze półtorej godziny, ale ostatnie sceny zasługują na potępienie w każdych warunkach.

Nie znaczy to, że w skrypcie nie było udanych rzeczy (pomiędzy słowami wspomina się o ciężkiej pracy Ally przez całe życie i o tym, jak rodzina ją wspierała, co zaprocentowało w momencie, kiedy ją poznaliśmy), ale to jednak film oparty przede wszystkim o reżyserię. O ton tej opowieści, o prowadzenie aktorów i chemię między nimi. Oglądanie Jacka i Ally na ekranie jest przyjemnością. Dwoje ludzi, którzy po prostu do siebie pasują i znaczą dla siebie bardzo dużo. Najbardziej polubiłem ten etap na początku, kiedy było między nimi jeszcze seksualne napięcie, ale bez zaspokojenia go. Miałem nawet podejrzenie, że pozostaną tylko przyjaciółmi do końca seansu, niemniej dosyć szybko idą do łóżka – ale potem film wciąż jest dobry. Cała opowieść jest bajką, ale taką, którą kino musi sobie przypomnieć, jak opowiedzieć. Nie myślę o niej w kategoriach naiwności czy przypadkowości. To po prostu historia osoby, która miała szczęście. Spotkała właściwego człowieka, jej życie zmieniło się z dnia na dzień, otrzymała szansę i ją wykorzystała. Jest tu miejsce na uwierzenie w tę opowieść. Można w końcu wyglądać jak Stefani Germanotta, ale jak ci mówią, że masz za duży nos, by osiągnąć sukces, to wtedy już nie wierzysz w siebie.

Poziom piosenek jest dosyć średni. Takie utwory jak Shallow, I’ll Never Love Again czy Always Remember Us This Way będzie można jeszcze pamiętać dzień po seansie, reszta to krótkie przerywniki bez żadnej treści dramaturgicznej, bez duszy czy wartości. Nic nie mówią o postaciach czy danym momencie fabularnym. Takie tam krótkie kawałki, żeby nie było, że film muzyczny ma tylko trzy piosenki. Rockowe jamowanie za to było naprawdę miłe w słuchaniu.

To typowa opowieść o tym, że sukces jest łatwy – utrzymanie go i pozostanie później dobrym człowiekiem jest wyzwaniem. Do tego otrzymujemy jakieś półtorej godziny oglądania, jak ludzie się uśmiechają, cieszą i płaczą z radości. Widownia reaguje oklaskami na samo twoje wejście na scenę, przed występem nie trzeba nawet rozgrzewać głosu czy robić prób. Wchodzisz i jesteś na szczycie świata. Zakończenie jest minusem, ale tak szczęśliwych filmów powstaje zbyt mało, żebym mógł to ocenić niżej.

PS. Nie wiem, co tutaj bardziej mnie zastanawia. Występ Dave’a Chappelle’a, Sam Elliott mówiący Bradleyowi Cooperowi: „Ukradłeś mój głos” czy też fakt, że Sam Elliott dostaje jakieś wyróżnienia za swoją rolę w tym filmie, chociaż jest może z minutę dłużej, niż w Lebowskim i jest przedmiotem fabularnym, a nie postacią, w której jest miejsce dla aktora.

PS 2. Naprawdę szanuję Coopera. Inni idą na debiut reżyserski, żeby coś osiągnąć, powiedzieć, udowodnić coś sobie, obsadzić się w niesamowitej roli albo mieć sceny seksu z cholera wie kim. A Cooper robi swój film tylko po to, żeby mieć pretekst walnąć kobietę ciastem w twarz. Mój bohater.

"Narodziny gwiazdy" (1937)

Miałem okazję zobaczyć pierwowzór na Mubi (dodali pod koniec grudnia) i powiem tak: to nie był dobry film. Bohaterka pochodzi ze wsi i chce osiągnąć sukces, rodzina trzyma ją za gardło i mówi: „Nigdy nic nie osiągniesz!”, na co bohaterka mówi: „Jestem… bohaterką… tego… filmu… na… pewno… mi… się uda…!”). Jedzie więc do dużego miasta i chce być aktorką, a tam wszyscy łapią ją za gardło i mówią, że jej się nie uda, po czym zaczynają ją traktować w wyjątkowy sposób, bo wiadomo – jest bohaterką tego filmu – więc pokazują jej ten świat, objaśniają jak trudno się w nim wybić, a na koniec nawet dorzucą słowo zachęty. W końcu „nigdy nie wiadomo, trzeba wierzyć, c’nie?”. Wszyscy się z nią cackają i prowadzą ostatecznie za rączkę, żeby osiągnęła sukces – w którym w ogóle nie czułem osobistego spełnienia bohaterki. Fabuła z kolei rozwija się w taką stronę, że wschodząca gwiazda przyćmiewa starą gwiazdę, tamta za to się obraża… I czemuś takiemu mamy poświęcić naszą uwagę. Ja tam jestem na nie. Najlepszy moment – finałowe złamanie czwartej ściany.