Motyl i skafander („Le scaphandre et le papillon”, 2007)

Motyl i skafander („Le scaphandre et le papillon”, 2007)

29 maja 2020 Opinie o filmach 0
Motyl i skafander
Julian Schnabel

Zawsze będziemy mieć swoją wyobraźnię. Pozwólmy więc sobie na pretensjonalność.

5/5

WYRÓŻNIENIE: Najlepszy film roku (Miejsce #8)
http://garretreza.pl/podsumowanie-2010/

Są takie filmy, które są wizytówką swoich czasów. Mam po prostu takie wrażenie, że dziś Motyl i skafander zostałby odebrany jako pretensjonalny, a w 2007 roku został ogłoszony arcydziełem. Przez dwie godziny oglądamy, jak pisarz po udarze traci władzę nad ciałem, ale nie swoim umysłem! Pokonuje trudności i znajduje w takim życiu szczęście dzięki temu, czego nie utracił: swojej wyobraźni. Wszystko po to, aby nauczyć nas, jak cenne jest życie. Dzisiaj to wszystko byłoby raczej odrzucone przez widownię – i nie dlatego, że byłoby źle wykonane czy coś, po prostu odrzucane są takie tematy.

Jean-Dominique Bauby istniał naprawdę, był dziennikarzem i napisał książkę, poruszając jedynie powieką. Nie od razu jednak – najpierw chce umrzeć. Krzyczy, ale nie może sprawić, by ktoś go usłyszał. Jest wypełniony gniewem i przeklina los na widok atrakcyjnych pielęgniarek czy fizjoterapeutek, w których kierunku nawet ręki wyciągnąć nie może. Zastosowany język filmowy sprawia, że również jesteśmy zamknięci, aby z czasem nas „uwolnić”, gdy sam bohater decyduje uwolnić samego siebie. Możemy zajrzeć do jego wyobraźni, możemy stanąć obok i zobaczyć nawet twarz naszego bohatera. Jesteśmy zamknięci razem z nim w jego ciele, nawet nie możemy spojrzeć w stronę tego, co nas w danej scenie interesuje – bo rozgrywa się to zbyt daleko albo ma miejsce za nami – ale nie znaczy to, że musimy tak zostać. Każde słowo w wykonaniu Jean-Dominique’a ma ogromny ciężar, który czujemy, a dzięki temu możemy uwierzyć w jego dokonanie, jakim było napisanie książki.

Ciekawy jestem, czy zamierzenie piękno tego filmu nie jest możliwe do uchwycenia w stop-klatkach. Próbowałem, ale zawsze moment w bezruchu nie był tak urzekający, gdy był w ruchu. Jakby mówili nam, że nadal warto patrzeć. A jest w tym pewien komizm, ponieważ jako kinomani i tak dużo siedzimy i patrzymy – aż tu nagle oglądamy film pochwalający zmysł wzroku. Na pewnym poziomie jest to film o miłości do filmu, chociaż w nim samym bohater tylko mecze ogląda. Znamienne też jest, że Bauby przed wypadkiem pragnął napisać nową wersję uznanej książki opowiadającej o nadczłowieku – kimś, kto wytrzymał i pokonał przeszkody będące nieosiągalne dla zwykłego człowieka. I czytelnicy to akceptowali, bo tak wtedy wyglądały powieści przygodowe, taki to był gatunek. Podobnie parę lat wcześniej Ridley Scott Gladiatorem starał się wrócić do masywnego kina ze złotej ery Hollywood. Styl tej produkcji był celowy, to część konwencji. „Motyl i skafander” działa w podobny sposób – oglądamy film, który miał nam pomóc i przekonać, żebyśmy się nigdy nie poddawali, ponieważ… Zawsze będziemy mieć swoją wyobraźnię.

Pozwólmy więc sobie na pretensjonalność. I bezbronność. I… przeczytajmy Hrabiego Monte Christo. Chyba warto.

PS. Na produkcję miała wpływ była żona Bauby’ego, dlatego oglądamy przekłamaną wersję, w której na ekranie ona zostaje z nim do końca, chociaż tak naprawdę to kochanka była wtedy przy nim.