Mission: Impossible (1996)

Mission: Impossible (1996)

19 września 2018 Opinie o filmach 0
Mission Impossible
Brian De Palma

Zdrada i śmierć, ale miejsce na zabawę też jest. Czuć rękę De Palmy i chcę wracać do tej produkcji.

Ethan Hunt jest tajnym agentem na misji. Jego ekipa ginie w akcji, a Ethan staje się jedynym podejrzanym o bycie winnym jako kret. Ethan ucieka od własnych przełożonych, aby znaleźć właściwego zdrajcę i oczyścić swoje imię.

Wracam do tej produkcji już drugi raz w tym roku (za pierwszym razem zbyt późno wziąłem się za spisywanie wrażeń i po czasie nie miałem wiele do napisania) i zrobiłem to ku mojemu zaskoczeniu z przyjemnością. Sukces tej części ma wiele źródeł – świetną muzykę oraz gęste korzystanie z dźwięku. Od samego początku słychać, że to film do oglądania w słuchawkach. Motyw muzyczny został wykorzystany rewelacyjnie, a scenariusz ugina się od różnych elementów (często są to zdania), które zdradzają przyszłe wydarzenia. Czy to chodzi o mocne podkreślanie akwarium w restauracji, czy też Jeana Reno chwalącego się, że da radę wlecieć helikopterem do portierni. Czuć tu też rękę De Palmy w dbaniu o szczegóły. Z punktu widzenia czysto filmowego jest to prawdziwa kopalnia, która co chwila zaskakuje jakąś nową techniką, zabiegiem czy ruchem kamery. Nawet udało się reżyserowi przemycić charakterystyczną dla niego nutkę erotyzmu – a przecież film ten nie ma nawet typowego romansu.

Przede wszystkim jednak film ten wie, w których momentach być poważnym, a kiedy pozwolić sobie na zabawę konwencją. To najważniejsza jego cecha. Kiedy ludzie umierają, zdradzają, czynią ból innym – wtedy jest to poważne kino, które niczemu nie zaprzecza i oddaje bohaterom to, co ludzkie. To autentyczne kino pełne prawdziwej walki o to, co ważne. Ich droga z kolei jest zrozumiała i pełna wyzwań.

Kiedy jednak mamy na ekranie coś innego, wtedy twórcy idą na całość w drugą stronę. Bohaterowie muszą się wykazać podczas wykonywania napadu? Niech zabiorą się za robotę, podczas której nie będą mogli się nawet podrapać, a scenografię wokół odpicujemy na kształt Odysei kosmicznej 2001! Niech tajny kod pochodzi z Biblii, guma do żucia będzie bronią do zabijania, niech finałowa konfrontacja skończy się definicją przesady, a główny bohater po wszystkim wróci do starej pracy, bo czemu, kurde, nie?

Dzięki temu to jest tak kultowy i zapadający w pamięci tytuł – po prostu jest co zapamiętywać. Mogłem nie oglądać go przez wiele lat, ale wciąż miałem w oczach śmierć na dachu windy, kroplę potu na okularach i wiele innych. Chcę do niego wracać – a to jeden z najlepszych komplementów, jakie można złożyć filmowi.