Matrix Rewolucje („The Matrix Revolutions”, 2003)

Matrix Rewolucje („The Matrix Revolutions”, 2003)

31 grudnia 2018 Opinie o filmach 0
matrix rewolucje
rodzeństwo Wachjowskich
Keanu Reeves & Laurence Fishburne & Carrie-Anne Moss

Duże roboty strzelają do dużych maszyn. Do oglądania jedynie z rozbiegu.

Trzecia część trylogii ma przede wszystkim problem z tempem. Nie może się po prostu zacząć. Jedna scena się kończy, a następna nie ma z poprzednią nic wspólnego. Dopowiadanie wątków z poprzedniego filmu, które można było wyciąć, kończenie urwanych scen… Tak naprawdę mija ponad pół godziny, zanim zacznie się pierwsza scena filmu.

Zion jest atakowany. Jedni bohaterowie starają się powstrzymać atak, podczas gdy drudzy spróbują wygrać wojnę. Ostatnia nadzieja ludzkości w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. I ta część filmu jest naprawdę miła w oglądaniu, ponieważ twórcy odpowiednio skupiają się na każdym z tych wątków. Poświęcają mu czas i zostają z bohaterami w tych – wydaje się – ostatnich chwilach.

To powiedziawszy, to wciąż jest trochę jak oglądanie Titanica, ale rozpoczynając od uderzenia w górę lodową. Zapewne to wciąż byłoby angażujące, ale nie na tyle, by na koniec wstrzymać oddech razem z bohaterami. To intensywna sekwencja na poziomie scenariusza, dramaturgicznym, bohaterów czy skali. Oglądamy olbrzymie starcie, wszyscy krzyczą i ryzykują życiem, bronie topnieją od spustu wciśniętego na stałe. Ci ludzie walczą o wszystko, tracą wszystko, oddają wszystko. To naprawdę może się podobać.

Wyraźnie nie był to tytuł nastawiony na bycie trylogią. Praktycznie nie ma budowania kolejnych części w spójny sposób. Jest tu choćby walka odbywająca się w świecie rzeczywistym – w teorii więc mamy po naszej stronie postać opuszczoną, osłabioną i zredukowaną. Cień tego, kim ta osoba jest w matriksie. Nic nie umie i na dodatek odżywia się jedynie papką zapewniającą przetrwanie, nie jedzeniem. Potencjalnie bardzo ważny moment, ale twórcy w ogóle zdają się nieświadomi tego, co mają w ręku. Otrzymaliśmy typową walkę wręcz istniejącą w oderwaniu od wszystkiego, co powyżej wymieniłem. Sama walka nie ma też większego sensu – nie rozwija postaci, nie ma wpływu na fabułę. Istnieje tylko po to, aby jedna z postaci została fizycznie zraniona, a to mogło się stać na wiele innych sposobów.

Dialogi są boleśnie męczące, ale mimo to nigdy nie miałem trudności ze zrozumieniem historii i jej symboliki. Są tutaj ciekawe pomysły i interesujące sceny, ale nie mogę tego tytułu polecić jako samodzielnej pozycji. W mojej opinii jest wart seansu tylko z rozbiegu, kiedy poznaliśmy wcześniejsze części serii i chcemy sprawę dokończyć. Mam wrażenie, że tematycznie powiedziano wszystko już w drugiej części, trzecia służy tylko jako potwierdzenie tamtych słów.