Mary Tyler Moore Show (1970-77)

Mary Tyler Moore Show (1970-77)

26 lipca 2018 Opinie o filmach 0
Mary Tyler Moore
Twórcy

Przed Mary kobiety były gosposiami. Dzięki niej mogły też mieć karierę i poszukiwać, nawet po 30.

Mary Tyler Moore gra Mary Richardson, która przyjechała do nowego miasta i zaczęła nowe życie. Nowe mieszkanie, nowe sąsiadki, nowa praca. Mary ląduje na stanowisku sekretarki/producentki wykonawczej w lokalnej stacji telewizyjnej, a konkretnie bierze udział w produkcji wiadomości wieczornych. To daje nam okazję, aby poznać ten fach w wydaniu sprzed blisko 50 lat – wtedy wiadomości to był jeden człowiek przed kamerą czytający z kartki trzymanej w ręku, a treść na kartce pisał mu inny człowiek na zwykłej maszynie do pisania. Okazjonalnie możemy zobaczyć, jak nowe produkcje w telewizji powstają – trzeba wpaść na pomysł, ustalić budżet i dopiero potem pomysł jest akceptowany i rusza produkcja. Czasami dyskutowane są szczegóły, zmienia się podejście do tematu. Widzowie dzwonią do telewizji, aby wyrazić opinię, nawet nie po to, by znaleźć się na antenie – dzwonią w zasadzie prywatnie, by zabrać głos. Kilkukrotnie podnoszona jest też szlachetna strona relacjonowania wiadomości.

Jednak nie to jest sednem produkcji, szczególnie w pierwszych odcinkach. Wtedy praca jest tylko pracą, te najważniejsze rzeczy jednak mają miejsce w jej czasie wolnym – to tutaj nie tylko możemy obserwować modę lat 70. w USA (zarówno w strojach Mary, jak i wystroju wnętrz), ale też oglądać to, co najlepsze w całej produkcji: podejmowane tematy. Nie zawsze są one wykorzystane godnie, nie zawsze są podstawą wybitnej komedii i nie zawsze tworzą wyborne epizody, ale nie ma to znaczenia. To dzięki tematom serial nawiązywał tak mocne relacje z widzem, opowiadając o jego problemach i życiu. Ta więź żyje w „Mary Tyler Moore Show” wyraźnie nawet dzisiaj, blisko pół wieku po emisji pierwszego odcinka. Czego tu nie ma? Presja, aby mieć męża, nakładany przez matki, sąsiadki i innych ludzi. Po skończeniu 30 lat ludzie traktują cię jak staruszkę. Umawianie się z niskimi facetami, przez co bohaterka czuje się winna, że jest taka wysoka. Relacje z matką, która potrafi wpleść jad w każde zdanie. Umawianie się na randki i trafianie na niewłaściwych mężczyzn. Często jest dylemat, czy można nawet iść na towarzyski obiad z kimś, kto jest zajęty albo w separacji. Najbardziej wybija się jednak odcinek świąteczny, który pięknie podkreśla wszystkie motywy – bohaterka pracuje w święta, nie ma do kogo wrócić do domu i jeszcze inni korzystają na tym, zamieniając się na dyżury w pracy, bo co jej to za różnicę zrobi? I to tylko pierwszy sezon, potem podejmowane są wątki bycia zakochanym bez wzajemności w przyjacielu, którego znasz od dawna, poznawania różnicy między kochaniem kogoś za to, kim jest i za to, jak wygląda, albo opowiada o możliwości relacji między długoletnimi przyjaciółmi.

Przy tym wszystkim jednak nieodłącznie towarzyszyło mi wrażenie niewykorzystania potencjału do końca, unikania pójścia na całość. Przyczyna zawsze jest inna i trudno tak naprawdę wskazać jeden główny powód – to były uwarunkowania gatunkowe, to mogły być naciski producentów, to mogła być cenzura albo brak pomysłów scenarzystów. Szczególnie to ostatnie boli, kiedy oglądałem niezły odcinek, który stawał w miejscu, bo nikt na planie nie wiedział, co dalej zrobić. Jest odcinek, w którym Mary przez przypadek odwala taki numer, że powinna zostać zwolniona. Boi się, ale szef, z racji tego, jak bardzo ją lubi, decyduje się ją tylko zawiesić. Mary wtedy stwierdza – „Nie możesz mnie tak traktować! Żadne półśrodki albo mnie zwalniasz, albo nic mi nie robisz„. To ją zwalnia. I Mary jest w szoku przez następne 10 minut, by w ostatniej scenie zacząć błagać o przyjęcie z powrotem do pracy. I Lou ją przyjmuje, koniec odcinka. Albo ten, w którym Mary nie chciała ujawnić źródła swoich informacji i groziło jej pójście do więzienia. Mamy więc niby ważny temat, który jest całkiem dobrze wykorzystany – bohaterowie naprawdę mówią o etyce dziennikarskiej, boją się i rozważają, co jest właściwe. Mary idzie nawet do więzienia! Co wtedy? W ostatniej scenie Mary nadal jest za kratkami, ale słyszy, że adwokat ją wyciągnie, nie ma problemu, bo rząd nie może tak jej trzymać. I happy end.

Twórcom udaje się cały czas pamiętać, że opowiadają o zwykłych ludziach. Mary nie jest bohaterką, nie ma przygód – jest przeciętną osobą mającą codzienne problemy, do których miesza się w zasadzie przez przypadek, nie z własnej woli. Wciąż jednak jest wystarczająco aktywna, samodzielna, stawiająca czoła konfliktom, aby jako postać mieć prawo do własnego serialu. Bez wątpienia jest postacią przodującą w tej produkcji, po prostu nie szuka w życiu wyzwania. To ono znajduje ją – tak jak każdego z nas.

Urocze w „Mary Tyler Moore Show” jest to, jak bardzo ten serial jest przyziemny i nieskomplikowany, ponieważ nie na tu wielu elementów utożsamianych z serialami komediowymi. Każdy odcinek dla przykładu ma zbieg okoliczności albo niezręczny moment, ale twórcy nigdy nie próbują budować całego odcinka na tym elemencie. Mary tak jak każdy z nas dąży do wyjaśnienia sytuacji i mówi prawdę, koryguje innych – dzięki temu historia trzyma tempo i jest bardziej zróżnicowania. Nieporozumienie to tylko pojedynczy żart – pośmialiśmy się i idziemy dalej z kolejnym.

Tonacja serialu jest bardziej poprawna (nie w znaczeniu „poprawna politycznie„), co nie rzuciło mi się w oczy przez całkiem długi czas. Musiałem się zastanowić po obejrzeniu bardziej kontrowersyjnego odcinka, czy inny finał, mniej „poprawny” w wymowie, w ogóle by pasował do tej produkcji – i odpowiedź jest taka, że nie. A przynajmniej nie na tamtym etapie serialu. Poprawność pasuje do Mary Tyler Moore – w tej produkcji jak bohaterka będzie okradziona, to nadal pod koniec epizodu jej rzeczy będą odzyskane; osoba będąca w związku nigdy nawet nie zaryzykuje zdrady, a główna bohaterka, chociaż poznaje nowego mężczyznę co parę odcinków, zawsze pragnie całego zestawu. Seks nie jest tu wyrażony wprost, istnieje tylko w domyśle jako część znalezienia tego jedynego i spędzenia z nim reszty swego życia. Miłość zostanie matką, seks itd. – wszystko to jest tu na jednym poziomie, jakby było tym samym, jakby jedno nie mogło istnieć bez drugiego. Kilka lat bez nocy, w której ktoś złożył hołd jej kobiecości, nigdy nie będzie mieć wpływu na Mary. Bez wibratorów, bez masturbacji, jedynie okazjonalny pocałunek, który nie znajdzie spełnienia – to wszystko, co tu zobaczymy, ale to po prostu jest na ekranie. Nie jest to nawet cechą serialu, fakt bycia cnotką nie jest istotny, nigdy nie jest na świeczniku, nigdy nie jest podstawą pod temat odcinka. Zupełnie tak, jakby twórcy o tym nie myśleli i taki efekt otrzymali przez przypadek. Mary nie jest pochwałą trzymania dziewictwa, nie jest też potępieniem seksu przed ślubem – Mary po prostu nie podnosi tego tematu, nie jest nim zainteresowana, nie ma zdania. Dopiero trzeba porównać ten tytuł do takiego „Love” (2016), żeby dostrzec taki wymiar tej opowieści.

Seans więc zdecydowanie polecam – jest wystarczająco ponadczasowy i wciąż czuć impakt, jaki wywarł na publiczność. Dawał odwagę swoim widzom i to czuć przy oglądaniu, tak samo, jak czuć, że serial oraz ekipa na ekranie byli tego, jak najbardziej świadomi.

Finał

Mary Tyler Moore Show” miało chyba pierwszy poważny finał w historii telewizji. I to chyba pierwszy znany mi przypadek, kiedy finał jest dobry tylko dlatego, że jest finałem. Nie ma tu nic tak naprawdę szczególnego – z grubsza nie ma tu niczego budowanego przez kilka odcinków, w ostatnim odcinku bohaterowie dowiadują się, że więcej odcinków już nie będzie. To wszystko, ale „Mary Tyler Moore Show” mimo wszystko zrobiła to jako pierwsza. Bohaterowie żegnają się ze sobą nawzajem, z widzami, dostajemy nawet powrót kilku postaci po tym, jak nie widzieliśmy ich przez kilka sezonów. Jest też finalne obejrzenie się za siebie na lokację, w której kręciliśmy tyle sezonów – tylko po to, by ze wzruszeniem zgasić za sobą światło. W taki sposób postawiono fundament pod każdy przyszły finał serialu telewizyjnego, jaki miał nastąpić, jednak przy tym wszystkim będę się trzymał jednego – ostatni odcinek wywiera wrażenie tylko dlatego, że jest ostatnim odcinkiem. To wszystko, bo tylko tym jest finał „Mary Tyler Moore Show„.

Spin-offy

Jak na to patrzę to myślę, że cudownie było być telemaniakiem w latach 70. w USA. „Mary Tyler Moore Show” trwało 7 sezonów, z których Rhoda, Lou Grant i Phyllis dostałt własne seriale, Betty White oraz Ted Knight dostali własne show, a kilka dekad później Mary i Rhonda nagrały specjalny odcinek dla fanów po latach. Tymczasem dzisiaj ludzie z HBO mają w garści świat Westeros, a gdy przychodzi do tematu tworzenia spin-offów to słyszymy: „Noooo… Może jeden… Zobaczymy, zobaczymy…„. I to niby teraz trwa Złoty Okres seriali…

Chcecie więcej?

Mary Tyler wcześniej pojawiła się w „The Dick Van Dike Show„, który był jeszcze bardzo klasyczny, ale nadal warto się nad nim pochylić (polecam szczególnie epizod „The Curious Thing About Women„). Potem w roku 1980 pani Moore zagrała w „Zwyczajnych ludziach” Roberta Redforda, o którym to tytule pisałem TUTAJ http://garretreza.pl/zwyczajni-ludzie/, przyznając mu pięć gwiazdek.

Ted Buxter

Kilka słów o tej postaci, która zapewne byłaby najlepsza, gdyby nie jeden drobny problem, ale od początku: Ted to prezenter telewizyjny, pracuje razem z Mary. W sitcomach często są takie postaci na drugim planie, które są tylko dodatkiem. Nigdy nie są w centrum wydarzeń, nie mają swoich odcinków, są tylko w tle, reagują na wydarzenia i mówią dwa słowa od siebie. „The Office” ma pełno takich bohaterów i Ted jest lepszy od nich wszystkich razem wziętych. W pierwszym sezonie jeszcze tego nie widać, bo pojawia się zbyt rzadko, ale w późniejszych sezonach widzowie mogli obejrzeć więcej odcinków rozgrywających się w miejscu pracy Mary, a na tym skorzystał Ted, zawsze próbujący wtrącić dwa grosze, to on też często ma ostatnie słowo i bawi niebywale. Jest eleganckim głupkiem, niedojrzałym i niemającym pojęcia o swoich wadach. Uważa się za najlepszego na świecie, chociaż ledwo mówi w swoim języku. To postać mająca własny styl do tego stopnia, że nie ma sensu nawet cytować jego żartów, bo one działają tylko wtedy, gdy on je dostarcza. Aktor grający tę postać nazywa się Ted Knight i wyraźnie widać, że ten człowiek miał niesamowite wyczucie komediowe i nie popełniał błędów. Gdy tylko Ted dostał więcej miejsca ,to ja nie miałem go dosyć, chciałem go oglądać. Jedna z najlepszych postaci w świecie telewizji!

Problem w tym, że najwyraźniej tylko MASH umiało dobrze wprowadzać postaci z drugiego planu i dawać im własne odcinki. Takie „The Office” trzymało Kevina pod ścianą przez dziewięć sezonów i może coś w tym jednak jest, bo Ted kilka razy dostał swoje odcinki. Nie jestem ich fanem, chociaż na IMDb mają wysokie oceny.

Co z nimi nie tak? Otóż Ted będący w centrum pokazuje się szerzej jako człowiek. Gdy jest w tle i tylko dorzuca dwa grosze, to można się z niego śmiać, ale gdy staje się postacią wiodącą w danym epizodzie, to jako osoba jest po prostu okropny. Wykorzystuje innych, kłamie, nie ma wstydu i oporów przed niczym. To taki typ, którego nie chciałbym widzieć przy władzy – i jedyną rzeczą, która go powstrzymuje przed tym, jest brak bezczelności. Przynajmniej wystarczającej. Ted w tle jest przezabawny. Gdy jest w centrum, to widzę w nim zapowiedź przyszłego pana Umbridge i to mi się nie podoba. Chcę się z niego śmiać, gdy gada głupoty – nie chcę się denerwować, gdy wkurza innych. Dlatego trudno mi powiedzieć, aby Ted był najlepszą postacią serialu. Niech Lou taką będzie. Też zyskuje z kolejnymi sezonami.

Ted Buxter był grany przez Teda Knighta i ten przypomina nieco Leslie Nielsena. Zaczął karierę aktorską późno, przez długi czas miał przejść do historii jako niewymieniony w napisach policjant z „Psychozy„, ale po przefarbowaniu włosów na siwe odnalazł się w komedii.

Najlepsze odcinki: „Support Your Local Mother”, „Toulouse-Lautrec Is One of My Favorite Artists” i „Christmas and the Hard-Luck Kid II”

Najlepsze odcinki: „The Birds… and… um… Bess”, „I Am Curious Cooper” i „He’s No Heavy… He’s My Brother”

Najlepszy odcinek: „What Do You Do When the Boss Says ‚I Love You'”

Najlepszy odcinek: „Better Late… That’s a Pun… Than Never”

Najlepsze odcinki: „Will Mary Richards Go to Jail?” i „Not Just Another Pretty Face”

Najlepsze odcinki: „”Edie Gets Married”, „Mary Moves Out” i”Murray in Love”

Najlepszy odcinek: „The Last Show”