The Man From Nowhere („Ajeossi”, 2010)

The Man From Nowhere („Ajeossi”, 2010)

8 stycznia 2014 Akcja 0
man from nowhere
Ujrzałem diabła!

Mała dziewczynka męczy czarnowłosego właściciela lombardu, mimo że jej matka zabroniła jej się z nim kontaktować.

Jednak kto by się jej słuchał, przecież ćpa – a nawet i bez tego nie nadaje się na matkę. Między dziewczynką i mężczyzną wywiązuje się niejasna relacja, w której na pozór on tylko ją akceptuje, a ona przesiaduje u niego, bo tylko tam ją chcą. I nic więcej. Pewnej nocy matka dziewczynki zostaje przyciśnięta do muru przez bandytów w pewnej niejasnej sprawie. Zarówno jej córka, jak i właściciel lombardu zostaną w to wmieszani…

Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że przecież takie fabuły są w kinie akcji przynajmniej od lat 80.. A jednak cały czas czułem, że oglądam coś świeżego i nowego, choć w rzeczywistości jechało po każdej możliwej kliszy. Samotna zemsta przeciw tym złym, którzy są kilkupiętrową organizacją; pościg, by ratować najważniejszą osobę w życiu; tajemniczy milczący bohater; policja, która tylko przeszkadza… I nic z tego powodu nie mam zamiaru ujmować filmowi.

Chemia między bohaterami jest naprawdę dobrze wykonana, odpowiednio głęboka (chociaż przesadzają z budowaniem niechęci widza do postaci matki). Wstęp, który opisałem, wcale nie jest pretekstem do elementów sensacyjnych, a prawdziwym, solidnym powodem. To dla tych scen będę wracać przy powtórce. Cały ton opowieści do końca jest poprowadzony serio, pełno tu bólu i poczucia straty. Bohater fascynuje, gdy jest wielką niewiadomą, a jego determinacja i wewnętrzny ból prowadzi widza przez całą akcję – a gdy zostanie ujawnione, kim był w przeszłości, i czemu tak mało mówi, ja nie poczułem rozczarowania.

I te sceny akcji… nie ma ich dużo, co zaskakujące. I to niekoniecznie plus, ale gdy dojdzie do mszczenia się oraz strzelania – już o tym nie pamiętałem. Było brutalnie, ale – znowu zaskoczenie – nie epatowano tym jak w innych kryminałach z Korei. Tutaj nawet często zadawanie rany jest dokonywane poza kadrem. Finałowy pojedynek na noże albo sceny na parkingu zapamiętam na pewno, a są jeszcze inne tego warte. Dynamiczne, zręczne, oparte na wyszkoleniu. A na końcu zostaje oczywiście bohater, ledwo żyjący i ociekający krwią… to właśnie lubię.

Bin Won zaprezentował najsubtelniejsze popadanie w obłęd, jakie widziałem na ekranie. Wielka rola. Ten film powinien się nazywać „I Saw the Devil„. Tamten film był bardzo brutalny, ale dopiero tutaj go zobaczyłem. Chciałem nawet zrobić screena, ale daruję sobie taki spoiler. Zobaczcie diabła na własne oczy.