Making a Murderer

Making a Murderer

2 stycznia 2016 Dokumenty 0
making a murderer poster

Jest to jedna z tych produkcji, o których lepiej wiedzieć jak najmniej, ale jest kilka rzeczy, które mogę wam napisać, byście wiedzieli, w co się pakujecie.

Przygotujcie się na usłyszenie prawdziwej historii, przy której nawet „Sugar Man” musi ustąpić pierwszeństwa: w 1985 Steve Avory poszedł do więzienia za gwałt, którego nie popełnił, pomimo posiadania alibi od 22 osób potwierdzających, gdzie był w czasie gdy do przestępstwa doszło. Odsiedział 18 lat, w tym czasie nadal zapewniał o swojej niewinności. Wyszedł w końcu dzięki nowej metodzie polegającej na badaniu DNA, które wykazało, że dowody zebrane na miejscu przestępstwa nie pochodzą od pana Avory’ego. I stał się wolnym człowiekiem. Koniec? Guzik. Dopiero początek. To nawet nie jest połowa tego, co dzieje się w pierwszym epizodzie. Mamy rok 2003 – czyli już 14 lat temu. Pamiętajcie o tym.

Dosyć szybko zauważyłem jedną istotną sprawę: ta opowieść jest zimna. I to mi się spodobało. Widziałem i słyszałem rzeczy, od których krew powinna się gotować, ale zachowywałem spokój. Zasługa tutaj obiektywnego stylu narracji. Gdy poznawałem rodzinę głównego bohatera i słyszałem o tym, że są swego rodzaju wyrzutkami, których nikt w całym miasteczku nie lubi – nie czułem, że to manipulacja mająca na celu wzbudzeniu we mnie współczucia do nich. Nie, to były fakty. Nawet gdy słyszałem czyjeś opinie na jakiś temat, to mogłem to traktować jako fakt – w taki sposób ta osoba widzi dane zdarzenie itd. Nie znaczy to, że tak to się wydarzyło. Znaczy to jedynie, że ta osoba to właśnie powiedziała. Proste.

Ma to swoje odzwierciedlenie również w wydarzeniach na sali sądowej, w rozmowie z dziennikarzami, przesłuchiwaniem świadków w obliczu sądu, jak i w małym pokoju przez policję, przemawianiem do dwunastu gniewnych. Nie obchodzi mnie, czy macie w głowie wyobrażenie Kevina Costnera gadającego przez 36 minut, albo brutalne i cwane przesłuchiwania świadków przez Vica Mackeya, rzeczywistość okazuje się inna. Prawdziwa policja przesłuchuje o wiele ostrzej i jeśli nie zachowasz zimnej krwi, to złamią cię w trzecim zdaniu, wtedy powiesz nawet kłamstwo. Są aż tak szybcy i agresywni, i osiągają to jedynie za pomocą słów. Z kolei rozprawy są spokojne. Jedna osoba mówi, nie podnosi nawet głosu, zamiast tego grzecznie i powoli zadaje pytania. Nie ma tu wiele ruchu. Nie ma gry pod publikę jak w filmach sądowniczych. Nie ma ludzi, którzy się przekrzykują, płaczą, wchodzą sobie w słowo i co chwila powtarzają rzeczy w stylu: „Przecież dowody mówią co innego! Tam nie było żadnej krwi!„. Nie. Każdy ma możliwość się wypowiedzieć. I nikomu nie jest to odbierane.

Bo „Making a Murderer” tego nie potrzebowało. Historia była sama w sobie aż tak dobra. Oglądałem przez te 10 godzin, jak ludzie gadają monotonnym tonem, w telegraficznym skrócie na temat rozprawy, która ciągnęła się miesiącami, ale zostało to tak zmontowane i przejrzyście zaprezentowane, że nie mogłem oderwać wzroku od ekranu. Musiałem poznać tę opowieść do końca. I odmawiałem zajrzenia na Wikipedię czy coś w tym stylu. Chciałem to zobaczyć. Pozwoliłem się wciągnąć i czekać w napięciu na wyrok. To nie była tylko kwestia winny/niewinny. Tu chodziło o życie po tej decyzji. O kroki, które doprowadziły do niej. Po seansie mogłem powiedzieć tylko jedno: „Fuckin’ hell. What the fucking clasterfuck of a mess THIS IS„.

Reszty dowiecie się, gdy już obejrzycie.

SPOILERY

Skazali prawiczka za gwałt. Na resztę jego życia. System sądowy upadł i nie ma prawa odzyskać zaufania podatnika, obywatela, kogokolwiek. Opowiadasz, że ktoś związał i torturował innego człowieka. Nie masz na to żadnych dowodów, ale idziesz w zaparte, gadasz swoje, i nadal mogą ci uwierzyć. Historia ta znajduje swoją puentę chyba w 9 odcinku, gdy przez krótką chwilę pokazano brata Teresy proszącego sąd, by ten nie dawał drugiej szansy Brendanowi. Tutaj jest sedno całego „Making a Murderer” – ślepe zapatrzenie w sprawiedliwość aparatu państwowego. Nikt z nich nie spojrzał na dowody samemu. Nie wysilił się, by poznać je nawet. Mieli oskarżonego, nazywali go mordercą. Został skazany, mieli już absolutną pewność, i w tym momencie nic nie miało znaczenia. Na tym polegała zbrodnia tych ludzi, na unikaniu odpowiedzialności za własny osąd.