Making a Murderer

Making a Murderer

2 stycznia 2016 Dokumenty 0
making a murderer poster

Jest to jedna z tych produkcji, o których lepiej wiedzieć jak najmniej, ale jest kilka rzeczy, które mogę wam napisać, byście wiedzieli, w co się pakujecie.

Sezon I (2015) ★★★★★

Przygotujcie się na usłyszenie prawdziwej historii, przy której nawet „Sugar Man” musi ustąpić pierwszeństwa: w 1985 Steve Avory poszedł do więzienia za gwałt, którego nie popełnił, pomimo posiadania alibi od 22 osób potwierdzających, gdzie był w czasie gdy do przestępstwa doszło. Odsiedział 18 lat, w tym czasie nadal zapewniał o swojej niewinności. Wyszedł w końcu dzięki nowej metodzie polegającej na badaniu DNA, które wykazało, że dowody zebrane na miejscu przestępstwa nie pochodzą od pana Avory’ego. I stał się wolnym człowiekiem. Koniec? Guzik. Dopiero początek. To nawet nie jest połowa tego, co dzieje się w pierwszym epizodzie. Mamy rok 2003 – czyli już 14 lat temu. Pamiętajcie o tym.

Dosyć szybko zauważyłem jedną istotną sprawę: ta opowieść jest zimna. I to mi się spodobało. Widziałem i słyszałem rzeczy, od których krew powinna się gotować, ale zachowywałem spokój. Zasługa tutaj obiektywnego stylu narracji. Gdy poznawałem rodzinę głównego bohatera i słyszałem o tym, że są swego rodzaju wyrzutkami, których nikt w całym miasteczku nie lubi – nie czułem, że to manipulacja mająca na celu wzbudzeniu we mnie współczucia do nich. Nie, to były fakty. Nawet gdy słyszałem czyjeś opinie na jakiś temat, to mogłem to traktować jako fakt – w taki sposób ta osoba widzi dane zdarzenie itd. Nie znaczy to, że tak to się wydarzyło. Znaczy to jedynie, że ta osoba to właśnie powiedziała. Proste.

Ma to swoje odzwierciedlenie również w wydarzeniach na sali sądowej, w rozmowie z dziennikarzami, przesłuchiwaniem świadków w obliczu sądu, jak i w małym pokoju przez policję, przemawianiem do dwunastu gniewnych. Nie obchodzi mnie, czy macie w głowie wyobrażenie Kevina Costnera gadającego przez 36 minut, albo brutalne i cwane przesłuchiwania świadków przez Vica Mackeya, rzeczywistość okazuje się inna. Prawdziwa policja przesłuchuje o wiele ostrzej i jeśli nie zachowasz zimnej krwi, to złamią cię w trzecim zdaniu, wtedy powiesz nawet kłamstwo. Są aż tak szybcy i agresywni, i osiągają to jedynie za pomocą słów. Z kolei rozprawy są spokojne. Jedna osoba mówi, nie podnosi nawet głosu, zamiast tego grzecznie i powoli zadaje pytania. Nie ma tu wiele ruchu. Nie ma gry pod publikę jak w filmach sądowniczych. Nie ma ludzi, którzy się przekrzykują, płaczą, wchodzą sobie w słowo i co chwila powtarzają rzeczy w stylu: „Przecież dowody mówią co innego! Tam nie było żadnej krwi!„. Nie. Każdy ma możliwość się wypowiedzieć. I nikomu nie jest to odbierane.

Bo „Making a Murderer” tego nie potrzebowało. Historia była sama w sobie aż tak dobra. Oglądałem przez te 10 godzin, jak ludzie gadają monotonnym tonem, w telegraficznym skrócie na temat rozprawy, która ciągnęła się miesiącami, ale zostało to tak zmontowane i przejrzyście zaprezentowane, że nie mogłem oderwać wzroku od ekranu. Musiałem poznać tę opowieść do końca. I odmawiałem zajrzenia na Wikipedię czy coś w tym stylu. Chciałem to zobaczyć. Pozwoliłem się wciągnąć i czekać w napięciu na wyrok. To nie była tylko kwestia winny/niewinny. Tu chodziło o życie po tej decyzji. O kroki, które doprowadziły do niej. Po seansie mogłem powiedzieć tylko jedno: „Fuckin’ hell. What the fucking clasterfuck of a mess THIS IS„.

Reszty dowiecie się, gdy już obejrzycie.

SPOILERY

Skazali prawiczka za gwałt. Na resztę jego życia. System sądowy upadł i nie ma prawa odzyskać zaufania podatnika, obywatela, kogokolwiek. Opowiadasz, że ktoś związał i torturował innego człowieka. Nie masz na to żadnych dowodów, ale idziesz w zaparte, gadasz swoje, i nadal mogą ci uwierzyć. Historia ta znajduje swoją puentę chyba w 9 odcinku, gdy przez krótką chwilę pokazano brata Teresy proszącego sąd, by ten nie dawał drugiej szansy Brendanowi. Tutaj jest sedno całego „Making a Murderer” – ślepe zapatrzenie w sprawiedliwość aparatu państwowego. Nikt z nich nie spojrzał na dowody samemu. Nie wysilił się, by poznać je nawet. Mieli oskarżonego, nazywali go mordercą. Został skazany, mieli już absolutną pewność, i w tym momencie nic nie miało znaczenia. Na tym polegała zbrodnia tych ludzi, na unikaniu odpowiedzialności za własny osąd.

Sezon II (2018) ★★★★★

Nieoglądalny, frustrujący i męczący.

Ta seria diametralnie różni się od pierwszej. Tamtą oglądałem w napięciu, z szeroko otwartymi oczami, seans kończyłem grubo po północy. Druga seria z kolei wywołuje znużenie, ciągnie się i nie daje żadnej satysfakcji. A to oznacza, że jest taka, jaka powinna być.

Drugi sezon Making a Murderer zaczyna się – i to w każdym znaczeniu tego słowa – tam, gdzie skończył się pierwszy. Wywołał on poruszenie w Stanach Zjednoczonych, programy publicystyczne omawiały jego treść, widownia się podzieliła. O tym właśnie słyszymy w pierwszym odcinku – zarzutach wobec pierwszej serii, odpowiedzi na to oraz nowym kierunku, w którego stronę podążać będzie druga. Nowy bohater, nowe podejście, następna runda się zaczyna!

Sezon ten obejmuje okres od grudnia 2015 roku do lipca 2018 i składa się z trzech części:

1. Pogromcy mitów

Bierzemy dowody, które świadczyły na rzecz winy Steve’a Avory’ego – i pokazujemy, że wcale nie. Krew w samochodzie, która była w jednym miejscu, a nie było jej w innych logicznych – więc wyraźnie była podłożona. Prokurator zatajał informacje przed obroną oraz sędziami. Świadkowie, którym udowodniono kłamanie pod przysięgą. Niezdolność do odtworzenia zbrodni tak, jak oskarżenie twierdziło, że do niej doszło. Dodatkowo próbujemy też ustalić, co stało się naprawdę oraz kto jest mordercą.

2. Udowadnianie, że spowiedź Brendana była nielegalna

Przeciąganie sprawy przez kolejne instancje, odwoływanie się, składanie wniosków – wszystko po to, by pokazać, iż zeznanie było nieszczere. Tutaj widać pewną dwuznaczność – bo faktycznie słuchając Brendana, można pomyśleć, że mówi on szczerze, ale też można dojść do wniosku, że jest zmuszany, karmiony sugestiami i manipulowany przez policjantów.

3. Telenowela

Steven poznaje miłość swojego życia poprzez listy, które były mu pisane do więzienia. Jego rodzice, którzy obawiają się nie dożyć momentu, kiedy ich niewinny syn wyjdzie z więzienia. Czekanie pół roku na decyzję sądu po apelacji, po ogłoszeniu niewinności, od której prokurator ma ileś tam czasu, by się odwołać, więc Brendan jest wolny, ale jeszcze siedzi i wciąż może być przywrócony do stanu pozbawienia wolności.

Najbardziej w tym wszystkim zaskoczyło mnie wieść o tym, że niesłusznie skazany przed wypuszczeniem na wolność musi jeszcze przejść przez okres upewniamy się, że wciąż wierzysz w słuszność systemu.

Cała reszta seansu jest jednak zwyczajnie nudna. Ciągnie się w nieskończoność, stoi w miejscu i w kółko magluje te same rzeczy, które już wcześniej wiedzieliśmy i widzieliśmy. Dwa-trzy odcinki i miałem ochotę tylko przeczytać notkę na Wikipedii, jak to się skończyło. I żeby nie zdradzać za dużo – będzie trzeci sezon. Ostatni odcinek nic nie daje – trwa prawie półtorej godziny i nic tam nie zostaje osiągnięte. Wysiłek masy ludzi trafia na ścianę, cały ten sezon to definicja straty czasu. Ponad 11 godzin jak krew w piach.

Tym samym jest to najlepsze wprowadzenie widza w stan, w którym żyli zaangażowani w całą sprawę przez ostatnie trzy lata – i wcześniej! Całe to znużenie, apatia, bezsilność, zmęczenie – dotykają one widza tylko dlatego, że bohaterowie dokumentu też tak się czuli. A twórcom udało się to przekazać odbiorcy bez mówienia wprost. Ten tytuł nie mógł wyglądać inaczej.

Znaczy, mógł – ale wybrano kierunek bezosobowy. Tak, wydaje się, że jest to tytuł stronniczy i walczący o unieważnienie oskarżonych, ale tylko dlatego, że na ekranie są przeważnie ludzie walczący o to i pokazujący błędy tych, którzy walczą o skazanie oskarżonych. Ci drudzy z kolei odmówili udziału w dokumencie. Efekt nie mógł być inny. Nie na tu też nikogo zadającego pytanie – oglądamy wyłącznie ludzi mówiących do kamery. Od siebie, zdaje się, samodzielnie. Nie ma tutaj innego kierunku niż dokumentacja całej historii. Zarejestrowanie jej, uporządkowanie, danie głosu i zdanie relacji.

Jest we mnie mała cząstka duszy domagająca się pewnej reżyserii. Gdyby za tym stał Ken Burns, byłaby to historia o czymś więcej – i widzę tutaj potencjał na to! Ostatecznie mamy tu przecież dwie grupy i obie walczą o to samo: sprawiedliwość dla zamordowanej kobiety. Jedna grupa jednak walczy o podtrzymanie wyroku sądowego, a druga o dojście do prawdy i ustalenie prawdziwej wersji wydarzeń. Jedna grupa czuje się atakowana przez drugą i tak to się toczy, a krzywda trwa.

Dokument jest opowiedziany z punktu widzenia Steve’a jako bohatera. Był skazany niesłusznie na 18 lat, wyszedł z więzienia i domagał się odszkodowania, więc go wrobili w morderstwo i pokazali siłę, żeby już tym razem siedział cicho do końca. To jest tragedia i niesamowita historia, ale obok jest zamordowana kobieta, jej zabójca jest nieustalony i nikt go nie szuka przez siedem lat od zdarzenia. A kiedy tak się dzieje, to rodzina przyjmuje postawę obronną: Po co? Zostawcie nas w spokoju, nie rozdrapujcie ran, sąd wydał wyrok! Niech umiera bydlak za to, co zrobił!.

We właściwym dokumencie rodzina pojawia się sporadycznie, a ich strona niemal nie jest adresowana. Chyba odmówili udziału w realizacji Making a Murderer, ale wciąż było jakieś pole manewru – szczególnie, jeśli chcieli za wszelką cenę mieć w tym sezonie dziesięć godzinnych epizodów. Na poziomie walki z systemem nie będzie tu pewnie nigdy wielkiego progresu – ale na poziomie ludzkim? Tutaj jest na to szansa. Rozumiem, że twórcy chcieli pozostać bezstronnymi obserwatorami, ale też chciałbym zobaczyć wyciągnięcie ręki do rodziny zamordowanej kobiety i próbuję nawiązania kontaktu z nimi. Uświadomienie im, że jesteśmy wszyscy po tej samej stronie.

W przeciwnym wypadku pobyt niewinnych ludzi w więzieniu wciąż będzie w interesie publicznym.

A tymczasem – wszyscy fani pierwszego sezonu powinni zacisnąć pasa i przemęczyć te dziesięć godzin. Nie dlatego, że to dobry sezon, wręcz przeciwnie! Jest nieoglądalny, ale właśnie dlatego musicie to zrobić. Jako akt solidarności z ludźmi, którzy od lat próbują wycisnąć wodę z kamienia. Oni mogą się męczyć, to wy też. Wykałaczki pod powieki, pięść w górę i damy radę!