Ludzkie dzieci („Children of Men”, 2006)

Ludzkie dzieci („Children of Men”, 2006)

10 maja 2020 Opinie o filmach 0
ludzkie dzieci 2006
Ludzkie dzieci 2006 poster
Clive Owen & Michael Caine & Peter Mullan & Danny Huston

Zachwycający obraz. Scenografia, reżyseria, zdjęcia, historia, detale – wszystko!

5/5

WYRÓŻNIENIE: Najlepszy film roku 2006
http://garretreza.pl/podsumowanie-2010/

Rok 2027. Dzieci już się nie rodzą. Nie wiemy dlaczego – kobiety po prostu przestały zachodzić w ciążę. Tym samym zbliża się koniec ludzkości, kiedy wszyscy umrą i nie będzie nikogo, kto ich zastąpi. Świat stoi na krawędzi zagłady. Nie wiemy dlaczego – Wielka Brytania jest ostatnim krajem, gdzie rząd ma jakąkolwiek władzę. A ma ją całkowitą. Imigranci pakowani są do klatek, panuje rząd twardej ręki, inwigilacja i propaganda to chleb powszedni. Wszyscy się boją i tłoczą, chcą uciec tam, gdzie jeszcze jest cywilizacja, ale czy starczy dla nich miejsca? Głównym bohaterem jest Theo – człowiek, który stracił nadzieję i czeka tylko na koniec świata, ale odezwie się do niego stara znajoma. Zleci mu ona misję, która z czasem okaże się naprawdę ważna.

Niżej piszę, ze poznawanie fabuły jest na drugim miejscu, ale tak jest ogólnie w kinie Alfonso Cuarona. Historia nie była tak ważna ani w trzecim Harrym Potterze, Grawitacji, Romie czy I twoją matkę też – o wiele ważniejsze jest wszystko, co ma miejsce wokół fabuły. To powiedziawszy, pod tym kątem Ludzkie dzieci nadal są najlepsze z właśnie wymienionych tytułów – mamy do czynienia właściwie z horrorem futurystycznym, gdzie od obawy o dosłownie wszystkie dzieli nas jedynie nasza obojętność. I może nawet to ona jest najstraszniejsza w tym wszystkim. Świat się wali, a my mamy to już głęboko gdzieś – a jedyną alternatywą może być tylko puste i bezcelowe zaangażowanie się w wydarzenia wokół, co tak naprawdę przecież niczego nie zmieni. Mijamy cierpiących ludzi na ulicy, błagających w języku, którego nie rozumiemy – i to już szczyt naszych możliwości. Boimy się rządu, przyszłości, innych ludzi i nic z tym już nie poradzimy, na zrobienie czegokolwiek jest już zwyczajnie za późno. I z czasem jest tylko gorzej – bohater wraz z rozwojem akcji traci coraz więcej i więcej, a zyskuje tylko poczucie słuszności walki z brudem, który go otacza, że nigdy nie warto tracić nadziei.

Cała reszta jednak stoi na o wiele wyższym poziomie. I to naprawdę wysokim. Czternaście lat po premierze i nadal trudno uwierzyć, że to, co otrzymujemy, faktycznie udało się zrealizować. I gdy tak myślę, od czego w ogóle zacząć, ku własnemu zdziwieniu zaczynam od… scenografii. Od czegoś, o czym nie myślę nawet w przypadku 99,9% obejrzanych przeze mnie filmów – prawdę mówiąc, nie licząc kina historycznego czy fantasy, na myśl przychodzi mi jedynie Debiutanci (ale to jeden z trzech moich ulubionych filmów, tam wszystko mnie się podobało). Tutaj jednak mamy co prawda opowieść rozgrywającą się w czasach delikatnie odległych, ale to wcale nie elementy nowoczesne przyciągają uwagę (jak wskaźniki na przedniej szybie auta, niczym jakiś samochodowe Google Glass), ale właśnie codzienność i część obyczajowa. Nie zniszczone budynki, ale ślady przeszłości, które można tam zobaczyć. Wnętrza domów, które faktycznie mówią – tutaj żyją ludzie, tutaj starają się stworzyć swój dom, tutaj wracają, tutaj czują się bezpiecznie. Albo w drugą stronę: to wszystko, co mają. Dom Jaspera to małe arcydzieło.

Podczas oglądania Ludzkich dzieci można się poczuć, jak w 1993 roku, gdy ludzkość zobaczyła pierwszy raz dinozaury na dużym ekranie i nie mogła uwierzyć, że to zasługa efektów komputerowych. Dzisiaj ten efekt nadal trzyma się naprawdę dobrze, ale nawet nie jest blisko temu, co widać u Cuarona – tutaj nawet nie podejrzewam, że w danych momentach użyto CGI. Wszystko wygląda tak, jak powinno. Jestem świadomy usunięcia np. kamer z dachu samochodu albo dodania telebimów na ulicy w tle, ale w tym samym momencie pół godziny szukam informacji o kontuzji, jakiej Charlie Hunnam musiał doznać po przypierdoleniu w stóg siana* (spoiler: prawdopodobnie dodali ten stóg w postprodukcji). Zdjęcia z kolei wyglądają jak perspektywa osoby ciekawej, niemal turysty w świecie filmu, który chodzi swoimi drogami i zbacza z celu, żeby się rozejrzeć i przyjrzeć czemuś, co jest obok. To mnie zachwyca o wiele bardziej od słynnych długich ujęć (które też uznaję za dzieło sztuki), ta ludzkość w pracy operatora. I jeszcze niesamowita reżyseria, dzięki której tę wielopłaszczyznowość filmu faktycznie udało się zgrać w całość. Tutaj każdy element zasługuje na jakąś chwałę.

I wysoki poziom tego wszystkiego – zdjęć, scenografii, efektów specjalnych – koresponduje z wartością filmu. To nie sztuka dla sztuki, to środek potrzebny, aby uwierzyć w ten tytuł.

Istnieje jeszcze cały dodatkowy poziom, ukryty na samym wierzchu – w doborze piosenek, za którymi kryje się ich własna historia i znaczenie. W obrazach, które przewijają się w tle – czy są to obrazy uliczne, czy faktyczne wydarzenia inspirowane prawdziwymi sytuacjami albo malarstwem z okresu renesansu. Za tym wszystkim kryje się jakaś opowieść. Nagłówki gazet faktycznie można przeczytać, wszystkie deklaracje wygłoszone w obcych językach i nieprzetłumaczone w napisach są warte poznania. Przez cały seans przewijają się detale, których raczej nie zauważymy za pierwszym razem – że Theo nigdy nie kończy papierosa albo że zwierzęta do niego lgną. Prawie każde ujęcie zawiera w sobie jakieś zwierzę – psa, kurę, owcę, jelonka – i gdy to zaobserwujemy, to możemy sobie pomyśleć, że zwierzęta zastąpiły w tym świecie dzieci. Możemy też zinterpretować to zupełnie inaczej – ale chodzi o to, że z każdym seansem ten świat, ten film rośnie w naszych oczach, jest coraz bardziej rozbudowany i szczegółowy. Nawet historia realizacji tej produkcji jest wartościowa sama w sobie – zapewne wielu z was będzie interesować, jak powstała choćby scena w samochodzie, ale są inne szczegóły: jak to, że w książce brak dzieci jest uzasadniony brakiem spermy albo że reżyser nie czytał powieści, aby nie psuć własnej wizji, albo że Tomasza faktycznie gra polski aktor… Cuaron powiedział, że interesuje go zrobienie filmu, który w momencie zakończenia dopiero się zaczyna. Osiągnął to poprzez film, w którym poznawanie fabuły jest na drugim miejscu.

*w ogóle cała ta scena zachwyca, ale w dezorientujący sposób – mogli po prostu odjechać i też byłoby dobrze, ale nie, scenarzysta wymyślił sobie, że pojazd nie będzie chciał zaskoczyć. Więc się toczą z górki, ludzie z tyłu biegną, a ja nawet nie myślę o tym, czy to dramatyczne, czy nie (pewnie zwykły widz robi w spodnie z nerwów w tym momencie). Myślę o tym, że włożyli tyle pracy w scenę, którą równie dobrze mogli wyciąć. Samochód mógł po ludzku odpalić, wszyscy uciekają, a ludzie z tyłu odkrywają, że ich samochody są niezdatne do użytku i koniec – ale nie, zrobili tę scenę inaczej. I już pominę ilość ustawień kamery, faktyczny wysiłek skoncentrowany wokół ruchomych pojazdów na wzgórzu, Charlie Hunnam biegający jak jakiś cyborg i ryzykujący złamaniem karku – ale to wszystko jeszcze wykonali o wschodzie słońca! Mogli jeszcze poczekać, aż śnieg spadnie. Albo w ogóle odwrócić sytuację i pchać to auto pod górę jak Herzog. Czemu nie?