Ludzie honoru („A Few Good Men”, 1992)

Ludzie honoru („A Few Good Men”, 1992)

13 kwietnia 2018 Legal Drama 0
ludzie honoru poster
Rob Reiner & Aaron Sorkin & Robert Richardson
Tom Cruise & Demi Moore & Jack Nicholson & Kevin Bacon
Szybkie rozmowy & Dylematy moralne

Skrypt to majstersztyk. Sprawdza się jako kino rozrywkowe z ambicjami.

Dwóch żołnierzy w armii zostaje oskarżonych o morderstwo kolegi. Przydzielony zostaje im inteligentny, wygadany adwokat bez żadnego doświadczenia w prowadzeniu procesów w sądzie – dowiaduje się jednak, że cała sprawa może być czymś więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje, dlatego postanawia walczyć.

Dosyć szybko podczas oglądania zauważamy dwie rzeczy – po pierwsze, Aaron Sorkin od swoich pierwszy prac miał bardzo wyraźny styl, a po drugie: „Ludzie honoru” to kompletna fikcja, jeśli chodzi o przedstawienie pracy sądu. Obie te rzeczy niejako wynikają z siebie nawzajem – pan Sorkin w swoich skryptach zawsze buduje bogaty pejzaż zbudowany ze słów, składający się z postaci, konfliktów i relacji między nimi. Wszystko tutaj osiągnięte zostaje słowem, nawet cisza – już 26 lat temu pan Sorkin rozumiał siłę kontrastu, który zachodzi, gdy jego wygadani bohaterowie przez 3 sekundy nie wiedzą, co powiedzieć. Każda inna produkcja również ma takie momenty, ale w jego scenariuszach wybrzmiewa to zupełnie inaczej. To jednak rzadkość, bo najczęściej obserwujemy, jak bohaterowie mówią do siebie i mówią do innych, zazwyczaj do więcej niż jednej osoby naraz. Wymiany zdań są wielopoziomowe, złożone, służące więcej niż jednemu celowi. Rzadko są to dialogi prosto zmierzające do celu, są barwne, obudowane, mogą nawet być miniaturowymi opowieściami wygłaszanymi na kilka głosów. Obok wymiany informacji zachodzi tam też kreacja atmosfery lub postaci. Poza sądem wygląda to całkiem dobrze, ale kiedy bohaterowie rozmawiają w ten sposób przed wysokim sądem, to po prostu pozostaje albo to zaakceptować, albo nie. Innego wyjścia nie ma. Świadek wygłaszający kilkuminutowy, płomienny monolog do obrońcy? Takie rzeczy tylko w „Ludziach honoru„, co ma swój urok i niekoniecznie mówi być nazywane wadą. A nawet jeśli, to skrypt wciąż pozostaje istnym majstersztykiem – bohater główny jest bardzo Sorkinowski (sprytny, zapominalski, dynamiczny), a punkt kulminacyjny (finałowa rozprawa) można rozpisać, studiować i uczyć się z niego na żywca. Proste zabiegi sprawiły, że ostatnie 15 minut trzyma w napięciu nawet 26 lat po premierze, a słynne „You can’t handle the truth!” wciąż wywołuje dreszcze.

Ludzie honoru” z całą pewnością służą dziś jako kino rozrywkowe, mieszające kino dialogu z dramatem sądowym. To znakomita opowieść o ludziach walczących z przeciwnościami losu o wartości takie jak ratowanie życia i dochodzenie do prawdy – ale „Ludzie honoru” nie są tylko tym. W tle od czasu do czasu przewija się wątek tego, co wojsko musi robić, by zapewnić bezpieczeństwo, do czego są w stanie się posunąć i co są w stanie zrobić. Piętnowany jest styl życia w wojsku, brutalność i posłuszeństwo. Wielki finał z kolei kuje w oczy zwykłych obywateli, którzy wymagają bezpieczeństwa, ale nie chcą zgodzić się na środki potrzebne, by ich potrzebę spełnić. Ambitny i złożony temat, który wiele razy podczas seansu uderzył w czuły punkt, ale jako całość wyraźnie był okrojony, wycofany i tak po prostu nie był wyczerpująco wykorzystany. Jako widz czułem się zaintrygowany, miałem pytania, ale na tym się skończyło. Nie doszło do dyskusji z filmem – wysłuchałem jedynie, co twórcy mieli do powiedzenia. W sprytny sposób obudowali to znakomitą fabułą, prawda, jednak to wszystko. Nie wiem, czyja to wina – może sam Sorkin tak to zorganizował, może Reiner albo producenci przycięli materiał źródłowy (początkowo była to sztuka teatralna). Kto wie, jak było naprawdę? Do samego Reinera nie mam uwag, poprowadził swój film w czysty i neutralny sposób, a fantastyczna obsada z pewnością nie ma się czego wstydzić. Brakowało mi tylko wyraźnego zaznaczenia momentu, w którym lokacja służbowa (np. sąd) stawał się miejscem, gdzie można prowadzić prywatne dyskusje. Kilkukrotnie czułem, jakby bohaterowie krzyczeli na siebie tuż obok przysięgłych, bo nie pokazano, jak opuścili salę.

Trivia

I tak też skończyła się najlepsza passa w karierze reżyserskiej Roba Reinera. Pięć klasyków z rzędu („Stand By Me„, „Narzeczona dla księcia„, „Kiedy Harry poznał Sally„, „Misery” i „Ludzie honoru„), niewielu twórców może pochwalić się takim wynikiem. Szczególnie biorąc pod uwagę, że Reiner przecież wybił się na telewizji i graniu przez osiem lat w legendarnym sitcomie „All in the Family” – a jak wiemy, gwiazdy telewizji i dużego ekranu mieszają się z ogromnym trudem. Z kolei dwa lata po omawianym tu tytule pan Reiner podpisał swoim nazwiskiem jedno z największych porażek w historii („Małolat„). Taka sytuacja…