Lot („Flight”, 2012)

Lot („Flight”, 2012)

10 sierpnia 2019 Opinie o filmach 0
lot
Robert Zemeckis & John Gatins

Wybitna scena awarii samolotu, do tego anty-klasyczna opowieść o robieniu słusznej rzeczy. Mało jest takich historii.

5/5

Whip Whitaker bierze narkotyki, pije nałogowo alkohol oraz pilotuje samoloty pasażerskie. Podczas jednego z rejsów maszyna zawodzi, a Whip będąc pod wpływem kokainy poprawionej wódką, dał radę wylądować i uratować niemal wszystkich pasażerów i załogę. Na ponad 100 osób umarło sześć i chociaż nie była to wina pilota, to wciąż może on być pociągnięty do odpowiedzialności za te zgony. I dostać dożywocie. Whitaker w obawie przed takim rozwiązaniem robi wszystko, aby tego uniknąć.

Nie chcę was jednak zmylać – to nie jest taki film, w którym główny bohater pcha fabułę do przodu. On raczej reaguje, odpowiada i unika roli prawdziwie głównej, dowódcy i kontrolera, który będzie pchać fabułę do przodu. Współgra to z ogólną konstrukcją fabularną, ponieważ ta jest zaskakująco otwarta i pozwalająca widzowi na odebranie całości tak, jak on chce to odebrać. Oczywiście sporo ludzi chce nienawidzić, więc recenzje ogółem nie są najlepsze. Inni widzowie teoretyzują, że Whit w jednej scenie spotkał Boga. Ja z kolei zastanawiam się, jak bardzo Lot opowiada o narkotykach czy Bogu właśnie, a w jakim stopniu to tylko rzeczy mówione przez bohaterów, bez żadnej intencji ze strony twórców. Mamy w końcu historię inspirowaną prawdziwym incydentem z 2000 roku (wtedy jednak nie było happy endu), który był jeden na milion – i dokonał go człowiek będący pod wpływem przeróżnych substancji. Może więc być tak, że Lot wchodzi w ten sposób w dyskusję z powszechnie złym nastawieniem do używek, że szczerze widzi pozytywną stronę w kłamaniu o tym i wydaje się, jakby główny bohater dyskutował właśnie o tym z samym ze sobą. Bo po co w końcu powiedzieć prawdę? Co to dobrego przyniesie?

Innym aspektem filmu, który wydaje się siedzieć w głowach bohaterów, to właśnie rola Boga. W końcu wydaje się ironią, że tragedia jawi się jako sukces, a i tak bohater może za to dostać dożywocie. Niczym bibilijna przypowieść o tym, że „nie znasz dnia ani godziny”, że powinno się ponieść konsekwencje i dziękować najwyższemu, że nauczka obyła się niemal bez ofiar. Whit w końcu nie pierwszy raz siadł za sterami w złej kondycji. Za każdym razem igrał z losem, stawiając losy setek ludzi na szali, ponieważ „wierzył w siebie”.

Ostatecznie film jest o czymś innym, ale wciąż odnoszę wrażenie, że przez głowy postaci na ekranie przemykają powyższe tematy, w mniejszym lub większym stopniu. Koniec końców jednak jest to historia re-definiowanie samego siebie. Uwolnienie się przede wszystkim od tego, co inni o tobie mówią, co powiedzieć mogą i co pewnie myślą. Odrzucenie tego wszystkiego, jako czegoś nieistotnego. Koniec tej historii wydaje się niemal klasyczny w swej „słuszności” i „moralizatorstwie”, jednak przy bliższym przyjrzeniu się jest inaczej. [SPOILER] Szczęśliwe zakończenie ma brudne barwy i niewesołe twarze, bohater wygrywa, tracąc wszystko (wygrana zresztą jest dyskusyjna), a szlachetna decyzja Whita z końcówki nie była podyktowana pobudkami ogólnie przyjętymi za szlachetne przez społeczeństwo: kłamał do końca, na dodatek okazując wcześniej słabość. Dopiero kiedy stanął przed wyborem: przyznać się albo zwalić winę, wybrał publiczną spowiedź. Nikt w ten sposób nic nie wygrał, zło nie zostało pokonane w żadnym stopniu – właściwie nawet zło wygrało, bo pozbawiło naród bohatera i wiary w dobro, co często jest wartością dodatnią w takich historiach. A mimo to Whit Whitaker jest prawdziwym bohaterem: uratował ludzi, dokonał cudu, a potem jeszcze powiedział prawdę. Był przy tym zwyczajnym dupkiem, alkoholikiem, ojcem bez rodziny i manipulatorem, a ponadto po prostu słabym człowiekiem bez żadnej samokontroli. [/SPOILER] Czy Lot chciał o tym też coś powiedzieć?

Trudno jasno odpowiedzieć. Nie dlatego, że sam film jest chaotyczny lub niezdecydowany – raczej dlatego, że starano się poprzez narrację oddać stan bohatera. Podejmujemy decyzję i nie wiemy, co będzie dalej. Wiemy tylko, że inaczej nie możemy tego skończyć.

Cała historia ma bardzo powolną, szczegółową narrację. Nie ma pośpiechu, przy zmianie lokacji bohaterowie nie znajdują się od razu na miejscu, tylko najpierw tam dochodzą pieszo (np. długim korytarzem). Atmosfera rośnie, a każda scena wybrzmi tak, jak potrzebowała. I cały czas aż do końca widz trzymany jest obok wydarzeń – bo tak naprawdę cały kraj, wszystkie media, chcą wiedzieć: co tam się stało? Jak to wyglądało? Whip cały czas ich unika, zmienia miejsce pobytu. Właściwą sprawą zajmują się adwokaci i inni ludzie pracujący w jego imieniu. Jak wszystko aktualnie wygląda, Whitaker dowiaduje się z telewizji, z wiadomości na sekretarce, z rozmów ze wspomnianym adwokatem. Do widza dociera tylko uczucie presji i nieuchronności tego, co musi nastąpić. Z wierzchu są spokojne rozmowy, bardzo rzeczowe i cierpliwe, ale słychać jak wielkie są emocje, które pod nimi się kryją. Czuć, że każde zdanie było przemyślane. Miałem tę świadomość, że wszystko tu jest istotne, a jedno słowo może o wszystkim zaważyć. Bohaterowie zachowują się tak, jakby od tego zależało ich życie. I więcej.