Małe liski („The Little Foxes”, 1941)

Małe liski („The Little Foxes”, 1941)

7 lipca 2018 Opinie o filmach 0
male liski
William Wyler
Bette Davis
Bogaci ludzie chcą być bogatsi & Bo bez tego… cóż….

Pajace chcą zrobić coś złego. Na jednej nucie, z reżyserią na wysokim poziomie.

Kilku poważnych inwestorów chce przekonać człowieka do zainwestowania pieniędzy, z czego tamci będą czerpać zyski. Do zabawy przyłącza się żona oszukiwanego jelenia. On jednak jest oporny, trzeba więc stosować bardziej zaawansowane środki perswazji…

Całość jest doskonale wyreżyserowana, aktorzy poprowadzeni są bezbłędnie. W każdej chwili wiedzieli jak się zachować, co robić – a sporo jest tu scen grupowych ze wszystkimi w kadrze, kiedy dwie lub więcej osób przez dłuższą chwilę są „z boku„, przyglądając się dialogowi między innymi postaciami. Z drugiej strony całość jest do przesady teatralna i momentami po prostu umowna. W jednym momencie cały sens danej sceny opiera się na tym, że jedna postać krzyczy do drugiej o pomoc – ale druga osoba nie chce tego zrobić. Pierwsza więc mdleje, wtedy druga krzyczy o pomoc – nagle się okazuje, że w domu było z 10 innych postaci. Przybiegają, pomagają i pytają, co się stało – kiedy każda trzeźwa osoba wśród widzów myśli „przecież musieliście słyszeć wszystko od samego początku, po co pytacie?„. W każdym normalnym filmie miałoby to podwójne dno (służba celowo ignorowała, co słyszała do tego momentu, co prowadzi do jakiegoś zwrotu akcji), w „Małych liskach” z kolei traktują to poważnie, jakby Tommy Wiseau to produkował.

Całość jest jednotorowa, na jednej nucie – pajace chcą zrobić jedną złą rzecz i 3/4 filmu nadal próbują, w ramach tej samej rozmowy zdaje się. Mam wrażenie, że cały dramatyzm miał pochodzić z wewnętrznego konfliktu głównej bohaterki, która miała mieć opory przed posuwaniem się tak daleko, jak do tego doszło na ekranie. Aktorka wcielająca się w nią chyba tak myślała, reżyser możliwe też, ale w scenariuszu nie było wystarczającego kontekstu, który by sprawił, że te intencje byłyby wyraźne i wpływały dodatnio do ciężaru dramatycznego. W obecnym kształcie czułem się, jakbym dopowiadał za twórców, co chcą przekazać.

Między aktorami faktycznie rośnie napięcie, ale na koniec cała ta historia była mi obojętna. Coś jak dwie godziny starania się, żeby ktoś wywalił się na skórce od banana. W końcu się przewraca i tylko pozostaje pytanie: co z tego?

Chcecie więcej?

List” jest niemal identyczny w konstrukcji, do tego ma Bette Davis w głównej roli i Wylera za kamerą. Jest tylko ciekawsze.