Big Lebowski (1998)

Big Lebowski (1998)

26 kwietnia 2018 Komedia 0
lebowski
Bracia Coen
Jeff Bridges
Dywany, dywany, dywany… Wagina.

Antywojenny manifest Coenów, a przy okazji znakomita parodia gatunku kryminałów noir.

Główny bohater filmu na imię ma Jeff Lebowski, ale woli, aby go nazywać The Dude. Mieszka w Los Angeles, lubi grać w kręgle i jest pacyfistą. Jednego dnia wraca do domu, a tam czekają na niego zbiry – jeden podtapia bohatera w sedesie, drugi sika na dywan. Obaj orientują się w końcu, że mają złego Lebowskiego – jest jeszcze inny, milioner, i to on był im winny pieniądze. Zbiry wychodzą i zostawiają naszego bohatera, mokrego i wkurzonego. Następnego dnia jednak The Dude zostaje przekonany przez swojego przyjaciela, Waltera (weterana z Wietnamu) żeby spróbować przekonać milionera Lebowskiego, aby ten oddał mu pieniądze za dywan.

Pierwsze pytanie, jakie bracia Coen stawiają widzowi w tym filmie, brzmi: czy powinniśmy coś robić, jeśli obcy ludzie przez pomyłkę nasikają nam na dywan? Przypadek jest tu bardzo konkretny – to nie był nasz problem, oni nie przyszli do nas, ale spotkali nas przez pomyłkę. I nie chodzi o nic w rodzaju bezpośredniej konfrontacji z nimi i rozwiązanie naszego problemu z nimi (nasikali na nasz dywan!), ale poprzez mieszanie się w szerszą sprawę, której nie rozumiemy i nie znamy. Nie próbujemy znaleźć ludzi, którzy nasikali na nasz dywan, szukamy tylko odpowiedzialnego za to, aby pokrył on nasze straty. A więc: czy powinniśmy coś z tym zrobić, czy po prostu dać dywan do prania i żyć dalej?

Może zbyt głęboko się w to wczytuję, przyznaję, ale w moim odczuciu „Big Lebowski” jest manifestem antywojennym oraz komentarzem odnośnie do międzynarodowych relacji Stanów Zjednoczonych. Na samym początku wyraźnie jest zaznaczony moment historyczny, w którego czasie rozgrywa się akcja filmu (Saddam Husajn i jego cyrk), a jednym z głównych motywów jest pamięć po Wietnamie („Smokey, this is not ‚Nam. This is bowling. There are rules.”). Cały główny konflikt kręci się wokół starć między pacyfistami i ludźmi angażującymi się w sprawy, które nie są ich – pierwsi wychodzą na tym całkiem dobrze, a drudzy dostają po tyłku, w mniej lub bardziej spodziewany sposób. Główny bohater jest właśnie pacyfistą, który w mniej lub bardziej świadomy sposób zaczyna się angażować. A jest osobą leniwą, myślącą jedynie o sporcie, nagich kobietach i drinku. Co takiej osobie przyjdzie z angażowania się w szersze sprawy? I jak wiele osób wśród widowni pełnej zwykłych, prostych ludzi może się z nim utożsamić?

Dla mnie cały sens zamyka się więc w otwierającej scenie, reszta jest jedynie konsekwencją i wizualizacją wyboru, którego The Dude dokonuje na początku. Absurdalną, przerysowaną i zabawną, żeby chcieć wracać do tego filmu i przypominać sobie jego przesłanie. Urok filmu na tym się nie kończy, jest tu przecież jeszcze parodia gatunku detektywistycznego noir (w roli detektywa oczywiście The Dude) oraz luźna konstrukcja całości otwarta na interpretacje. Czy są jeszcze inni ludzie mówiący takie rzeczy jak ja? Zapewne, ale ja na takich nie trafiłem. Inni podchodzą w inny sposób i odbierają całość w innym świetle. Jest w tym coś pięknego. Można również odbierać „Lebowskiego” jako fajną komedię albo nawet źle wykonany utwór – proszę bardzo! Film tym samym zatacza koło i sam sobą manifestuje brak zainteresowania. „Myśl sobie co chcesz” – zdają się mówić twórcy. The Dude może być menelem albo drugim Jezusem, a „Big Lebowski” może być najsłabszym filmem Coenów albo drugim „Obywatelem Kanem„. Wszystko zależy od tego co zrobicie, gdy obcy człowiek przez pomyłkę nasika wam na dywan.

Peace.

Ciekawostka

Istnieje „Big Lebowski 2”.