Lady Bird (2017)

Lady Bird (2017)

2 marca 2018 Obyczajowy 0
lady bird screenshot
lady bird poster
Greta Gerwig
Saoirse Ronan & John Karna
Sacramento & Sztuka & Przechodzenie obok pięknych domów i wyobrażanie sobie, że spędzimy w nim resztę swego życia

Lady Bird to piękne imię, a „Lady Bird” to piękny skrót z życia osoby dorastającej.

Miejsce #5 w rankingu najlepszych filmów 2017 roku.

GARRETY, wygrana: ‚drinking game‚ roku (wypij drinka ilekroć podczas seansu po spojrzeniu na Saoirse Ronan pomyślisz „Jezu, jaka ona jest piękna„)

GARRETY, nominacje: aktorka roku (Saoirse Ronan jako Christine ‚Lady Bird’ McPherson); montaż (Nick Houy)

REZY, nominacja: najbardziej zmarnowany potencjał roku (za niewielką rolę Johna Karna)

Niesamowite jest, że ten film niczego nie tłumaczy. Po seansie spokojnie można powiedzieć, że nic w tym filmie się nie działo i był ogólnie o niczym. Dzieje się tak, ponieważ każda scena jest jedynie widzowi prezentowana. Gdy Lady Bird lgnie do chłopaka z gitarą – stara się do niego zagadać, jakoś tak zorganizować obrót spraw, by na niego „przypadkiem” wpaść – przez cały ten czas reżyser nie stara się zachęcić widzów, aby ci widzieli w tych wydarzeniach coś więcej ponadto, czym one były z zewnątrz. Nawet nie jest nam sugerowane, co w tych chwilach dzieje się „pod spodem” wydarzeń. Tak naprawdę oglądaliśmy bohaterkę, gdy ta spełnia swoje marzenie o dołączeniu do artystycznego świata, konfrontuje się z nim, przeżywa zauroczenie, poświęca wiele, by w nim zostać, ale w końcu uświadamia sobie, że świat marzeń nie pokrywa się z tym, co jest przed nią we własnej osobie. To tylko zaledwie kilka scen, niewielki fragment filmu. Między innymi w ten sposób pani reżyser sprawia, że jej historia jest bardziej naturalna, jakby widziana z boku – zupełnie tak, jakbyśmy byli przyjaciółmi bohaterki. Widzieli ją codziennie na korytarzu w szkole, może po południu na mieście i od czasu do czasu na jakieś imprezie – i tylko te fragmenty mielibyśmy do dyspozycji, by coś o niej więcej powiedzieć. To historia bez filmowości, ale jednak bardzo filmowa – bo chociaż brakuje tu uwzględnienia widza w opowiadaniu historii i przedstawiania mu pewnych rzeczy tylko dla niego, to wciąż jest to fabuła opowiedziana obrazem i dzięki temu wciąż można ją zrozumieć pomimo tego, co wcześniej napisałem.

Jestem gotów nawet napisać, że był to świadomy zabieg, a nie zbieg okoliczności lub efekt eksperymentów. Pamiętam, jak Stuckmann w swojej recenzji „Lady Bird” opowiadał o dialogach i ich magii – jakby były one pozbawione wstępu. Brzmiały, jakbyśmy weszli zawsze w środek czyjeś rozmowy i mimo to nie mieli problemów ze zrozumieniem momentu. Ja do tego dodam, że cały film jest taki. To skrót z życia nastolatka – zapewne dosyć typowy, pobieżny i bez kopa, który mogliśmy oglądać w innych produkcjach (moment, w którym bohaterka kończy szkołę, nie ma nawet startu do tej samej chwili w „Kochanych kłopotach„, gdzie czekaliśmy na to wydarzenie cztery sezony), a mimo to wcale nie jest to produkcja zła. Jest magiczna. Lady Bird myśli nad planami na przyszłość, zapisuje się na zajęcia pozalekcyjne, fantazjuje, szuka chłopaka… Naprawdę łatwo jest obejrzeć cały film i powiedzieć, że nic tu się nie dzieje, że to „film o niczym„. Jest tu obecny ciąg przyczynowo-skutkowy i kolejne sceny są logiczną kontynuacją wcześniejszych, ale tak naprawdę nie ma tu historii. Nie jest to też zbiór epizodów. To skrót z życia nastolatki, jej dorastania. A my możemy tylko to obserwować.

Gdzie jest więc wielkość tego filmu? Cóż – nie mogę chyba napisać, by była ona obecna dla każdego wśród widzów. To opowieść o wielu tematach, bardzo osobista (chociaż nie jest autobiograficzna) i możliwe, że zbyt mocno opiera się na tym, jak wiele podczas oglądania dacie z siebie. Nie chodzi jednak o „zobaczenie siebie w Lady Bird” lub przeżycie tego, co przeżyła ona. Tu chodzi o wartości. To opowieść o dużej liczbie rzeczy naraz jednocześnie – poszukiwaniu siebie, akceptacji siebie, wybaczaniu i zrozumieniu sobie, marzeniu i codziennej walce o drobne rzeczy. Może to ostatnie jest tu najważniejsze – bohaterowie „Lady Bird” mają niesprawiedliwie trudne życie bez żadnej nagrody na końcu, bez wielkich wydarzeń, bez historii, która trafi na pierwsze strony gazet, ale żyją i starają się trzymać głowę prosto. Można tak o „Lady Bird” pisać i pisać, bo też jest tu motyw piosenek i jak ważne one są w życiu człowieka, ale konkluzja z mojej strony jest taka – nie mogę wam obiecać, że to będzie film dla was. Jeśli jednak chociaż niektóre z wymienionych zagadnień w jakiś sposób z wami rezonują… Wtedy warto wybrać się do kina i sprawdzić, w jakim stopniu wasza relacja z debiutem reżyserskim Grety Gerwig się rozwinie. Na poziomie historii i bohaterów nie mamy tu nic rewolucyjnego, ale jeśli chodzi o film czy narrację, to mamy tu coś naprawdę wyjątkowego. Rzadko zdarza się produkcja, w której „teraz” jest tak wyjątkowe, magiczne i pełne, ale „Lady Bird” jest jedną z nich. „Lady Bird” rozumie dorastanie, rozumie krzyczenie na rodziców, rozumie pustkę po zdobyciu czegoś, co tylko wydawało nam się istotne…

Może więc o to właśnie chodzi? „Lady Bird” jest dobre, bo… Rozumie?

Pytanie tylko, czy widzowie to zrozumieją.

O tej piosence pomyślałem, gdy „Lady Bird” dobiegało końca.

 

Cytat

– I want you to be the very best version of yourself that you can be.
– What if this is the best version?