Krótko o filmach z 2016 roku

Krótko o filmach z 2016 roku

31 grudnia 2016 Uncategorized 2

Moje archiwalne opinie o filmach z 2016 roku. Nie są zbyt krótkie, ale jednocześnie też nie są wystarczające, by robić z nich oddzielne wpisy na nowym blogu. Dlatego zrobię to grupowo. 

★★★★★

Lee Chandler pracuje jako dozorca. Prowadzi monotonne życie, z którego wyrywa go jeden telefon – bohater natychmiast opuszcza miasto, by wrócić do brata. Ten jednak umiera, zanim zdążyli się spotkać. Teraz pozostaje dokończyć wszystkie sprawy i dopełnić ostatnią wolę zmarłego. Na papierze brzmi to dla mnie nieciekawie, podczas seansu jednak – było w tym wszystkim COŚ. Coś, czego jeszcze nie umiałem zidentyfikować… do czasu.

Wtedy nazwałem to roboczo „ciężarem”. Jest w tej opowieści coś ciężkiego i ukrytego świadomie. Czułem to podskórnie, a przez to czekałem, w jaką stronę całość się rozwinie, i o czym to jest tak naprawdę opowieść. Po seansie mogę powiedzieć, że jest to przeciwieństwo „Patersona„, zarówno formalne, jak i w nastroju. „Menchester…” to taki chujowy „Paterson„. Gdzie u Jarmusha było zwykłe życie pozbawione wydarzeń, o których będziemy pamiętać za rok, a cały seans jest niezwykle pozytywny i optymistyczny, tak poznawaniu losu Chandlera towarzyszył mi nieustający dołek. Tutaj są zdarzenia, które zostawiają blizny na całe życie, a ogólna wymowa jest taka, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Są rzeczy, które nigdy nie zostaną naprawione, a ból nigdy nie zniknie. Pozostaje tylko akceptacja i dalsze życie, ale one tak naprawdę niczego nie zmieniają. Każda następna chwila będzie prowadzona ze świadomością tego, ile nosimy na swoich barkach, i to będzie trwać aż do śmierci. A potem nic już nie będzie.

Jeśli wynika z tego seansu coś pozytywnego to tylko zapewnienie widza, iż taka postawa wciąż jest istotna. Z tego też może wyniknąć coś dobrego.

Adam Driver gra Patersona, kierowcę (ang. driver) autobusu, w mieście Paterson. Każdy dzień jego filmowego życia znaczy codzienność – ulubione płatki na śniadanie, rutynowa praca, obiad w domu, spacer z psem, podczas którego zaglądamy do baru na piwo. Z ulgą oznajmiam jednak, że jest to wciągający i ciekawy film – głównie dlatego, że reżyser nie zostawia tutaj miejsca na zbędne elementy. Każdy pojedynczy element na ekranie jest przemyślany, istotny i zwraca naszą uwagę. Zwykły spacer oglądamy więc z uwagą, bo wiemy, że on do czegoś prowadzi. Nie doświadczamy tutaj tzn. „zabijania czasu„. Plejada detali jest tak bogata i różnorodna, że dla każdego pierwszy seans będzie trochę innym doświadczeniem – i dlatego warto oglądać „Patersona” w towarzystwie. Nie tylko po to, by wymienić się przemyśleniami oraz interpretacjami, ale także po to, by zwrócić czyjąś uwagę na jakiś detal, który tej osobie umknął. Na przykład, że aktor, którego Paterson spotkał na spacerze w niedzielę – on musiał wyjść z tego samego powodu co nasz bohater, prawda? W poniedziałek z kolei żona Patersona opowiada swój sen, w którym były bliźniaczki. W środę Paterson po pracy spotyka młodą dziewczynkę, poetkę – piszącą w podobnym stylu co nasz kierowca… Która okaże się mieć siostrę. Bliźniaczkę. Co to znaczy? CZY to coś znaczy? Gdy wspomniałem o tym znajomemu, ten uświadomił mi, że motyw bliźniaków wraca wielokrotnie przez cały film, w tle. I ma to związek z inspiracją prozą poety Williama Carlosa Williamsa. Im więcej myślisz o „Patersonie„, tym więcej dostrzegasz w konstrukcji filmu, jak precyzyjnie jest on zaplanowany. Podczas pierwszego seansu zwróciłem już uwagę na to, że wydarzenia co najmniej trzech dni są zapowiedziane poprzedniego dnia („Paterson, a ty masz komórkę?„). Seans zostawia z pytaniami, intryguje, rozgrzewa i inspiruje. Udaje mu się oddać czar rzeczywistości – w trakcie oglądania wyczekiwałem powrotu do tych codziennych smaczków, jak choćby podsłuchiwanie rozmów pasażerów w autobusie. Znalazłem w tym przyjemność. A na koniec – „Paterson” ma normalną historię, która budowana jest przez cały czas trwania. Znalazłem tu ten sam haust oddechu co w filmie „Wonder Boys„. U Jarmuscha jest o wiele więcej – tylko jeszcze tego nie rozumiem w pełni.

Na Ziemi pojawiają się takie duże czarne jajka z kosmosu, z kosmitami wewnątrz. Niemiec wychodzi przed chatę, widzi jedno takie jajco i mówi: „Wunderbar!„. Polak widzi czarne jajo i mówi: „O kurwa„. Amerykanin mówi w takiej sytuacji: „Musimy to wysadzić w powietrze, żeby mieć pewność, że jesteśmy bezpieczni„. Najpierw jednak wołają po naukowców, by ci spróbowali nawiązać kontakt i dowiedzieć się, jaki jest cel wizyty obcych. Więcej nie warto zdradzać, co się wyprawia w tym filmie, po prostu jest ciekawie. Przede wszystkim: reżyseria jest wspaniała. Ujęło mnie podkreślenie masywności zdarzeń w filmie oraz celebracja każdej chwili. Rozprzestrzenienie się wieści o kontakcie. Zamarcie codziennego życia z dnia na dzień. Ujrzenie w całej okazałości statku obcych (i doliny, gdzie zaparkowali!). Wejście do ich statku. I pierwszy kontakt… pierwsze ujrzenie obcych… Cholera, opłaciło się czekać. Potem niestety tempo filmu wyraźnie przyspiesza i za dużo jest tutaj militarnych wstawek („MUSIMY ZNAĆ ODPOWIEDZI! MOI PRZEŁOŻENI ZACZYNAJĄ BYĆ NERWOWI! CO JA MAM IM POWIEDZIEĆ?!„), jednak film… broni się. I to jak cholera. Wzięto tutaj na warsztat kilka autentycznych naukowych zagadnień, zagarnęli w obroty ludzi, którzy znają się na temacie, opakowano to w narracją z najwyższej półki… i opowiedziano o ważnych tematach, bez popadania w banał. Sami twórcy chcieli poruszyć temat języka i tego, jak ważny on jest dla ludzkości. Ja sam preferuję jednak widzieć tu opowieść o człowieku uczącym się, że to, co dobre, jest dużo ważniejsze od tego, co dobre nie jest. Lubię po prostu kino, które ma coś do powiedzenia. I mówi to w godny uznania sposób.

Btw: jeśli chcecie coś podobnego, ale genialnego w inny sposób – obejrzyjcie „To Serve Man„, epizod „Strefy Mroku” z 1962 roku.

Damien Chazelle znowu to zrobił. Nie tylko tworzy wciągające kino oparte na zrozumieniu języka obrazu, on też myśli poza nawiasami i robi rzeczy, jakich jeszcze nie oglądaliśmy. A jednocześnie nie jesteśmy tego świadomi – bo „Kra Kra Kraj” to prosta opowieść o grajku jazzowym i aktorce amatorce, którzy chcą odnieść sukces w Los Angeles. Tak jakby nie wystarczył nam teledysk do „Tell Me Baby” Chili Peppers – pomyślałem.

A potem reżyser zaczął mnie zaskakiwać, od samego początku aż do wielkiego finału. To uczciwy, udany tytuł na każdym poziomie. Zacznę od tego, że treściowo jest to znakomita opowieść o tym, by nie czekać na los i nie liczyć na łut szczęścia – w pewnym momencie trzeba po prostu podjąć wybór: albo przestajemy marzyć, albo bierzemy sprawę we własne ręce. Jak tylko umiemy, we własnym zakresie. Tyle właśnie możemy, a opowiedziane jest to w taki sposób, że możemy w to dać wiarę. Możemy uwierzyć. Możemy nabrać energii i tańczyć i śpiewać w sali kinowej albo gdzie i z kim przyjdzie nam to oglądać. A treści towarzyszy nawet lepsza forma, która skrywa w sobie niespodzianek garść – zwróćcie uwagę na momenty, które w każdym innym filmie byłyby nudne. Bo są trudne w opowiadaniu.

Ot, choćby Emma Stone wybierająca się na przesłuchanie – kawa wylewa się na jej bluzkę. Dramat? Gość, którą to zrobił, przeprasza? Ona w płacz? Szukanie bluzki zastępczej? A gdzie tam, wszystko to wycięto w cholerę. Emma zostaje oblana i już oglądamy następną scenę, gdzie uczestniczy w przesłuchaniu, w brzydkiej kurtce, a gdy mówią jej „Dziękujemy” i opuszcza pokój, na korytarzu widzimy tłum oczekujących kandydatek, wszystkie ubrane w taką samą bluzkę, którą Emma też powinna zapewne na sobie mieć, by w ogóle ją potraktowali poważnie na przesłuchaniu. Niestety, doszło do incydentu z kawą. Najnudniejszej rzeczy pod słońcem X Muzy, ale w produkcji Chazelle’a przytaczam ją jako przykład błyskotliwości, i mam pragnienie, by robić to z pasją w palcach. Takich momentów „montażu w scenariuszu” jest tu wiele, a momenty można wychwytywać i wytykać palcami. Choćby fakt, że przez pierwsze kilka scen relacja naszych głównych bohaterów sprowadza się wyłącznie do języka ich ciał! (zresztą, dialogi ponownie są śladowe). Albo te wszystkie małe rzeczy, które dzieją się w tle, jak zamknięty budynek kina, w którym bohaterowie oglądali „Buntownika bez powodu„. W „La La Land” włożono dużo wysiłku, i takie kino właśnie wielbię. Jest kreatywność i otwarty umysł w tym obrazie. Szczególnie w zakończeniu. Najlepszy finał 2016 roku, nie mam wątpliwości.

Ryzykowna produkcja o nastolatkach, w której na pierwszy plan postawiono bohaterkę, której nie da się lubić. Poznajcie Nadine: jest samolubna, histeryczna, obarcza innych swoimi problemami i tworzy je z niczego, a także potępia innych za to, co sama robi. Sam nie lubię takich tytułów, a ten oglądałem bez żadnych problemów. Więcej – dałem jej wysoką ocenę i stawiam wśród najlepszych tytułów ubiegłego roku. Są ku temu dwa główne powody – po pierwsze, widz może najpierw poznać główną bohaterkę. Ogląda fragmenty dzieciństwa, ogląda dramatyczne dorastanie i rozumie, że naturalną koleją rzeczy w takim przypadku jest wyrośnięcie na osobę trudną w pożyciu. Dopiero z czasem zaczynamy dostrzegać, że z nią jest o wiele gorzej.

A cała opowieść jest dobrze rozłożoną w czasie tych dwóch godzin fabułą poświęconą zdawaniu sobie sprawy z tego, że… to Ty jesteś problemem. A gdy jest się nastolatkiem, to temat trudny do przełknięcia. Oskarżanie wszystkim i bycie obrażonym na cały świat nie jest wystarczające. Drugim ważnym punktem jest spora przeciwwaga w postaci wielu pozytywnych postaci i energii, jaką sobą tworzą. Matka bohaterki jest urocza w swoim roztrzepaniu. Najlepsza przyjaciółka idąca do łóżka z bratem bohaterki nie jest przygodą na jedną noc, ale ich wątek rozwija się w kierunku „Będziemy ze sobą na zawsze„. A nauczyciel Nadine… nie wiem nawet, czego uczy, ale jest najlepszą postacią. Zabawną, mądrą, i często nie musi nawet nic mówić. Cierpliwie czeka na swoją kolej, a gdy to nastąpi, to wiecie, że to będzie najlepsza rzecz, jaką usłyszeliście w swoim życiu. Woody Harrelson nie był tak zabawny od końca lat 80’tych.

Polubiłem ten film. Wie, o czym opowiada, jest energiczny i trafia w punkt.
Szczególnie doceniam długie sceny – momenty w których „The Edge of Seventeen” zaskakuje najbardziej. Gdy jakaś drobnostka rozwija się w coś wartego zapamiętania. I zamiast się skończyć, ona trwa i trwa. John Hughes byłby zadowolony. Może za 20 lat ten tytuł zostanie uznany za klasyka? Kto wie?

Krótki metraż poświęcony ptaszkowi, który jest zachęcany przez matkę do opuszczenia gniazda i rozpoczęcia zdobywania pokarmu samodzielnie. Początek jeszcze nie zapowiadał niczego dobrego – jednak z czasem, chociaż jest go niewiele, zaczęło być coraz lepiej. Całość jest pozbawiona dialogów, postaci na ekranie porozumiewają się tylko mową ciał i robieniem „ćwir, ćwir„; historia rozwija się w mądrą przypowieść o poznawaniu życia i radzeniem sobie z niespodziewanymi zwrotami w mądry sposób.

Dzieci będą mogły oglądać „Piper” i uczyć się sztuki adaptacji – co najważniejsze, w pozytywny sposób! Strasznie mi się spodobał ten short. Jestem fanem. Najlepsze co Pixar zrobił od czasu „Day & Night” w 2010 roku.

Piękny film o relacji człowieka z rybą. Islandia i świat młodych ludzi, wyjęty chyba z lat 80. lub 90. Historia jest tutaj śladowa, a seans nastawiony jest przede wszystkim na poznawanie życie przez postaci na ekranie.

Najistotniejszy jest aspekt seksualny i odkrywanie powoli tej nowej strony życia – zdawanie sobie sprawy z tego, że dotknięcie czyjejś twarzy wywołuje nieznane i niespotykane reakcje w nas samych. Strasznie podoba mi się niedzisiejszość relacji między potencjalnymi zakochanymi. Gdy oglądam współczesne produkcje o tym zagadnieniu, to bardzo dużo jest wtedy gadania maskującego/wyrażającego zdenerwowanie. W „Sercu z kamienia” Thor i reszta umieją po prostu być w swoim towarzystwie. Powoli próbować. Rozumieją się nawzajem. Jest tu obecny język ciała, słowa są śladowe. Drugim elementem, który polubiłem, był obraz świata dorosłych, którzy to są faktycznymi dziećmi w tej opowieści i tylko przeszkadzają w poznawaniu, odkrywaniu, dorastaniu. Podchodzą do życia o wiele mniej poważnie niż Christian i jego rówieśnicy.

Na minus oczywiście cała europejskość – zabijanie zwierząt, masturbacja i samobójstwa. Pierwsze kilkanaście minut wydaje się, jakby twórcy chcieli ustawić kolejkę z samych takich rzeczy. Na szczęście wyłania się z tego autonomiczny film. Piękny film o akceptacji i odkrywaniu. Skojarzył mi się przede wszystkim (z jakiegoś powodu) z Oscarowym „W lepszym świecie” (2010), ale tu chyba działa też każde Norweskie kino, z filmami tego mniej znanego Triera na czele.

I to jest doskonały film, trzeba przyznać. Już sam tytuł zasługuje na uznanie, za swoją wieloznaczność. Z jednej strony odnosi się on standardowo do głównego motywu obrazu, czyli bohatera imieniem Kevin, w którego ciele mieszczą się kolejne 23 osobowości. Dowodzi nimi Berry, który jednak stracił tę kontrolę na rzecz Dennisa i Patricii, którzy doprowadzają do porwania trzech dziewczyn. Idziemy dalej: film dzieli się na jeszcze dwa kolejne wątki: jeden dotyczy pani psycholog, która sprawuje opiekę nad Berrym i bada zjawisko rozszczepionej osobowości. Drugi opowiada dzieciństwo porwanej dziewczyny (czy aby na pewno?). Od początku jako widzowie dostajemy przeróżne sygnały, że wszystko do czegoś zmierza (przybycia Bestii, cokolwiek to znaczy) i nasza wiara jest na tym zawieszona. Wtedy wszystko się wyjaśni – cel porwania, kierunek retrospekcji, wspomniana Bestia, ale też coś jeszcze: wtedy też dowiemy się nie tylko, CO oglądaliśmy, ale też jakiego rodzaju jest to film. I tutaj mamy źródło większości negatywnych opinii o tym filmie – widzowie nie umieli się przestawić i oceniają tak naprawdę inny film. Ten, który powstał wyłącznie w ich głowie. A zmiana tonacji w ostatnich minutach jest znaczna. Twist fabularny na końcu, chociaż faktycznie go wyczekujemy i kombinujemy, to wciąż nas zaskakuje. I jestem w szoku, że świat naprawdę o tym milczy, bo ten finał – zobaczenie go na własne oczy! – to najlepsze kinowe doświadczenie 2016 roku. Jak często jestem wyrozumiały w kwestii zdradzania spoilerów (Harry Potter umiera w „Przebudzeniu mocy„, whatever) tak tutaj naprawdę należą się kary cielesne. I wracając do początku, tytułowy „podział” znajduje wyraz też w środkach stylistycznych. Obraz cały czas jest zablokowany na środkowej części kadru – na podłodze może leżeć ciało, ale my go nie widzimy. Mamy jedynie świadomość podczas kolejnych scen, że ono tam jest, bo widzieliśmy upadek. Podobna zasada dotyczy kadrowania rozmów i innych interakcji między postaciami – są oni pokazywani oddzielnie, jakby przebywali w innych pokojach. Trudno określić dystans między nimi, ale też miałem kłopoty z wyobrażeniem sobie ich obok siebie. Poprzez sam obraz tworzona jest niewidzialna bariera między bohaterami. W ten sposób pokreślony jest główny motyw – zawsze widzimy tylko fragment całości. Shyamalan zawsze był dobry w te sztuczki, miał tylko problem z byciem zbyt oczywistym w stosowaniu ich.

Prequel do jednego z najgorszych filmów 2014 roku (którego nie oglądałem, kto wie, może wszyscy się mylą?). Studio zatrudniło do reżyserii Mike’a Flanagana, który ma głowę pełną pomysłów i ponownie mnie zaskoczył tym, że właściwie nie ma tu żadnej niespodzianki. Flanagan zrobił dobry film, operując jednak bardzo ściśle wokół znanych schematów, nadając im tylko świeżości i pazura. Mamy tu historię o medium będącej oszustką, wyciąga kasę od naiwniaków „przekazując im” wiadomości od zmarłego męża itd. Mamy tu też tytułową grę planszową, która dla odmiany zaczyna faktycznie działać – bo okazuje się, że dom postawiono na cmentarzu. Mamy tajemniczą historię posiadłości. Nic złego w tym nie ma, jeśli tylko zrobiono to dobrze. I tak właśnie się stało! „Ouija 2” trzyma w napięciu od początku do końca, oglądałem całość z fascynacją – a geniusz Flanagana objawia się tutaj w tym, że nie mówi widzowi, kiedy ten ma się bać. On woli wysyłać mieszane sygnały i na pierwszym miejscu umiejscowić małą dziewczynkę, dla której odkrywanie „tamtej strony” jest zabawą i atrakcją, po czym stopniowo coraz bardziej zostaje opętana i straszna…

Powtórzę się – uwielbiam to, co Mike Flanagan robi z kinem, a szczególnie z horrorem. On jest wolny od założeń gatunkowych i ma szaloną wyobraźnię. Każdy jego obraz jest wyjątkowy, inny i zaskakujący. Zawsze jest pomysł, powód, oraz filmowość. Tutaj mamy rodzinę, która utraciła dziecko i decydują się na adopcję. Nowy członek rodziny zmienia ich życie tym, co robi, gdy śni w najlepsze. Więcej nie chcę zdradzać, bo sam twórca nie informuje widza, co go czeka na dłuższą metę. Zaczynamy od kina obyczajowego, dramatu. Wszystko jest nam jedynie sugerowane – utrata dziecka, jak to się stało, a niektóre detale są nam ujawniane dopiero w drugiej połowie filmu. Poznajemy tych ludzi i dramat, przez jaki przechodzą. Słyszymy jak to, co czują, może mieć odzwierciedlenie w przyszłych wydarzeniach, ale Flanagan nie stosuje tej sztuczki w tym samym celu co inni autorzy horrorów. Oni robią to, by nabierać widza – próbować wmówić mu, że nadnaturalne wydarzenia to majaki senne. Flanagan z kolei korzysta z tego zabiegu, by pokazać związek między tymi wydarzeniami i bohaterami. W późniejszej części opowieści robi to samo co w „Quija: Narodziny zła„, czyli nie informuje widza, jak ma reagować na to, co zobaczy. W kadrze zaczynają dziać się różne rzeczy, pojawiają się zaskakujące elementy, ale wszystko odbywa się w ciszy albo „przy okazji„. Kilkukrotnie musiałem film przewijać, aby upewnić się, że faktycznie coś zobaczyłem w tle. I powtarzam: nie chodzi od razu o to, aby się bać. Na początku jest fascynacja, mieszania się dwóch światów i doświadczania tego wszystkiego. Strach jest cenę za to.

Film jawi się jako opowieść o dzieciach będących obiektem badań militarnych, ale tak naprawdę jest to tylko przykrywką dla post-apokaliptycznej historii o zombie… będącej jedynie przybraniem czegoś jeszcze. „Wszechstronna dziewczyna” ma swój styl oraz masę pomysłów na siebie – za każdym razem, gdy myślałem: „To wszystko, film się wyczerpał” pojawiało się coś świeżego. Nowego i ciekawego. To obraz ciężki, wręcz wyczerpujący i… niełatwy. Film tak daleki od typowej historii, którą zwykle widzicie na ekranie, jak to tylko możliwe. Stawia widza, w sytuacji, której większość naprawdę nigdy nie będzie chcieć być stawiana.

Mike Mills po 6 latach wraca za kamerę, aby zaprezentować światu swój prezent do wszystkich kobiet, które kiedyś kochał, które mu kiedyś pomogły, które wciąż pamięta, chociaż wszystko wydarzyło się wiele dekad temu. Opowieść jest linearna, ale też bardzo otwarta, widać po niej znamiona twórcy „Debiutantów„, ale przy tym to wciąż własna, samodzielna rzecz. Mamy tu doświadczanie dzieciństwa i dorastania młodego chłopca, jego relację z matką i otoczeniem, obraz tamtych czasów – nowej muzyki, nowych tematów, świat w nowych kolorach.

Przykład kina, które bez kombinowania potrafi angażować widza. Dziewczyna zostaje porwana, przetrzymywana i na końcu po prostu zamordowana. Brakuje wymyślnej intrygi, tortur lub porywaczy-wariatów, którzy jedzą sztućce na śniadanie. Zamiast tego samo okrucieństwo bez zniekształceń. Ludzie czynią krzywdę drugiemu człowiekowi. Są tu wątki poboczne budujące tło i sylwetki bohaterów, używane są też techniki rodem z kina bardziej artystycznego („It Follows„!), ale najważniejszym czynnikiem jest tu terror bez upiększeń i dodatków. Samo bycie zamkniętym jest tu przedstawione w potężny, wyrazisty sposób. Przemoc jest tu celem samym w sobie, a nie przystankiem do czegoś.

Matt jest rozbitkiem, który właśnie próbuję się powiesić. Na brzeg w tej chwili wypłynęły wspomniane zwłoki. Okazują się one posiadać tzn. „napęd grochówkowy„, dzięki któremu Matt używa ich jak motorówki, by dotrzeć do cywilizacji. Teraz tylko trzeba przebić się przez las i jesteśmy w domu. Tylko czym jest dom? Czym jest człowiek i życie? I dlaczego o to pytam? Bo najwyraźniej sam film jest zaintrygowany tymi tematami. I rozmyśla nad nimi na swój oryginalny sposób, biorąc zwłoki i sprawiając, że stają się one czymś więcej niż zbiorem związków chemicznych. Wbrew pozorom, nasz czterooki denat nie jest w centrum zainteresowania. Autorów bardziej intryguje Matt i jego osobiste życie, problemy i słabości, które coraz bardziej wychodzą na wierzch, im więcej czasu spędza ze swoim nieświeżym kolegą. Czy zapach i brak kontroli nad zwieraczem jest przeszkodą? W żadnym wypadku! Czy pierdzenie uniemożliwia zaistnienia lirycznym sekwencjom? Nie. „Swiss Army Men” jest momentami pięknym kinem. I mówi więcej, niż można się spodziewać. Tu jeden seans może nie wystarczyć.

Nie jestem fanem tego uniwersum, lubię „Gniew Khana” oraz niektóre odcinki TOS… A teraz także najnowszą część restartowanej serii. To nawet może być najlepsze, co dotyczy ST! Przyznaję przy tym jednak, że mało tutaj hard science fiction, to bardziej przygoda z silnym naciskiem na akcję. Od samego początku jest jasne, że najważniejsze są tutaj postaci i relacje między nimi. Enterprise zostaje zaatakowane, statek rozwala się na obcej planecie, a rozproszona załoga musi zrozumieć kto i dlaczego chce ich zgładzić. Każdy z głównych bohaterów jest wyrazisty. W zasadzie dopiero tutaj czuję, że tacy Bones czy Scotty mają jakąś osobowość. Wcześniej tylko Spock i Kirk wyróżniali się w jakikolwiek sposób. Mamy sporo scen, w których ci ludzie po prostu spędzają razem czas. Piją drinka lub jadą windą. Gdy Enterprise zostaje zniszczone, wszystko obserwujemy z perspektywy kapitana, który jako ostatni ładuje się do kapsuły ratunkowej. Jesteśmy zamknięci razem z nim i widzimy katastrofę, a obok niej – odbicie w szkle naszego głównego bohatera. Potężny moment! Tak samo, jak pierwsze odwiedziny Yorktown, miasta w kosmosie. Zapewne pierwsze grafiki koncepcyjne były nudne, ale reżyser to zobaczył i powiedział: „Wiecie, że ten film toczy się w kosmosie, nie?” i dopiero wtedy zrozumieli, że może im odwalić. Ten widok, razem z muzyką Giacchino, to kolejny wielki moment filmu. Akcja jest znakomita, bohaterowie współpracują ze sobą na medal, a finał zostawia widza z uczuciem ekscytacji – kończąc na akcencie zewu przygody. Co tam będzie? Co szykuje przyszłość? Przekonajmy się!

Sześcioodcinkowy serial, który z początku wydaje się żartem dla żartu. Potem jednak wątki powracają, bohaterowie wracają, i koniec końców wszystko łączy się w przemyślaną całość, gdzie każda pierdoła okazuje się na swoim miejscu. „Fleabag” wymaga tylko cierpliwości. Wykorzystuje żart, aby zaprosić odbiorcę do swojego świata – świata kobiety i jej niestabilnego związku, własnego biznesu, która może zakończyć się fiaskiem, oraz kłopotów rodzinnych. Nasza bohaterka ma kłopoty, ale gdy ktoś oferuje jej pomoc – odmawia. Rzuca się w ramiona gościa poznanego rano w autobusie, na spotkanie z siostrą ubiera bluzkę, którą jej ukradła lata wcześniej, a ze swoim chłopakiem zrywa, ilekroć potrzebne jest generalne sprzątanie. Ma ponadto niewiarygodne poczucie humoru i żartuje ze wszystkiego – nie tylko jako postać, ale aktorka, która wciela się w nią, jest również autorką scenariuszy wszystkich epizodów. Wykazała się wtedy niewiarygodnym wyczuciem humoru filmowego, wizualnego, godnego lepszych filmów Edwarda Wrighta. „Fleabag” to „Manchester By the Sea” z damskim Louisem C. K. o mniejszym biuście w roli głównej. Od luźnych żartów, które nie angażują, aż po finał, który odsłania wszystkie karty.

Pragnę móc wyjąć filiżankę ze zmywarki i podać w niej kawę swojej żonie„.

Trwający ponad siedem godzin dokument, który na potrzeby tego, by ktokolwiek to obejrzał, podzielono na pięć epizodów trwających półtorej godziny każdy. Jak wskazuje tytuł – jest to produkcja poświęcona takiemu gościowi, co biegał, a jak biegał, to ludzie krzyczeli za nim „Run, *jego imię*, run!„. Zgadza się, O.J. Simpson. Futbolista, pierwszy czarny wśród białych i morderca, którego uznano za niewinnego pomimo dowodów. Dlaczego? Sprawa, jak widać po metrażu, jest bardzo skomplikowana, a twórcy podeszli do zagadnienia skrupulatnie, kreśląc niemal w czasie rzeczywistym sprawę sądową, jakieś świat współczesny jeszcze nie widział. Przed Simpsonem nie było czegoś takiego, dlatego było sporo do wyjaśniania. Począwszy od tego, jak to się stało, że O. J. był taki słynny i co takiego zrobił, że przebił się do ekstraklasy. Następnie nakreślono tło, czyli społeczeństwo lat 70 i 80. Dyskryminacja rasowa, napięcie i konflikty między ludźmi o innych kolorach skóry. Gdy wojna wybucha, wtedy dochodzi do zbrodni i sprawa idzie do sądu. Wtedy też, krok po kroku, dostajemy odpowiedź, jak to się stało, że tysiące ludzi stało przed sądem (a kolejne miliony były rozsiane po całych Stanach) i groziło spełnieniem przeróżnych gróźb, jeśli tylko O.J. nie zostanie uniewinniony. Nie chcę wszystkiego zdradzać, więc tylko napiszę, że jest to znakomity dokument o tym, co się dzieje, gdy nie widzimy człowieka, a tylko rasę. I co się dzieje, gdy zaczynamy grać tzn. „race card„.

Nadal mnóstwo dobrej zabawy i imponujące pokłady kreatywności. Wciąż nie jestem fanem filozofii, która stoi za twórcami (nic nie ma sensu). Czyli z grubsza bez zmian. Kiedyś zobaczę trzeci sezon zapewne.

★★★★

Trzyaktowa opowieść o człowieku, z czego każdy akt rozgrywa się w innym czasie. Najpierw oglądamy, gdy bohater jest dzieciakiem gnębionym przez rówieśników i matkę narkomankę. Środkowy akt poświęcony jest etapowi, gdy bohater jest nastolatkiem. W finale jest już dorosły. Dałem nawet radę się wkręcić w to wszystko, ogląda się całkiem przyjemnie – reżyseria jest dosyć dojrzała, a zdjęcia są energicznie filmowe – aż do sceny w okolicy środka produkcji. Wtedy to bohater uczestniczy w bójce na oczach całej szkoły, która tam zbiera się wokół i ogląda igrzyska. Kibicują, machają szalikami i śpiewają hymny. Bohater przegrywa, lekcje zaczynają się, więc w następnej scenie bohater wchodzi do klasy, bierze krzesło i uderza swojego oprawcę, kiedy ten po prostu siedział. Tłum wokół od razu chwyta naszego bohatera i interweniuje.

Wtedy już miałem absolutną pewność, że twórcy „Moonlight” nie myśleli na bieżąco nad historią. Ona była już gotowa od początku, zanim jeszcze zaczęli nad nią pracować. To są klisze i schematy, które oglądaliśmy już wielokrotnie, a podczas seansu nie zostaniemy zaskoczeni żadną kreatywnością. I to nie dotyczy tylko takiego prymitywnego zagrania, jakim jest banalne rozwiązanie sprawy krzesłem. Te dwie sceny jako takie nie mogły rozgrywać się w tym samym filmie. Albo w pierwszej scenie tłum próbuje interweniować i mu się to udaje, albo nie (jest odstraszany), albo w drugiej scenie nic nie robi. Innego wyjścia nie ma. Twórcy nie myśleli o tym. Zobaczyli obie te sceny w innych tytułach, połączyli je i przeszli dalej na pełnym automacie.

Jedynym jakimś oryginalnym momentem jest zakończenie, które gdzieś pod bezpiecznym i nijakim płaszczem skrywa ciekawe pomysły. Można się tego dopatrzyć. Coś z tego mogło być. Osobiście, wolę powtórzyć scenę rapu z „Short Term 12„. Trwała minutę, ale było w niej o wiele więcej szczerości i świeżości.

Najlepszy zombie film ostatniego roku. Apokalipsa wybucha, gdy nasi bohaterowie znajdują się w trasie i od tego momentu nie ma czasu na postój. Jedziemy pociągiem do samego końca. Chyba że trafimy na przeszkody. Albo jakieś zombie dostanie się na pokład… Wtedy szybko ich liczba się zwiększy.

Train to Busan” podobało mi się. Jest patos oraz niemal każdy możliwy schemat – wszystko zaczyna się w końcu od ojca pracoholika, który zaniedbuje córkę, więc zgadza się na podróż. Na szczęście zombie się stało i możemy pracować nad relacjami rodzinnymi, prawda? Prawda. Twórcy nie użyli tych schematów jedynie jako wymówki i starali się zainteresować widza tym bałaganem. Chociaż spodziewamy się epidemii, to sama transformacja w zombie mnie zszokowała – jest naprawdę pomysłowa i nieludzka, dobrze uosabia temat „przejścia„. Można przejąć się losem bohaterów i żałować, gdy któryś nie da rady. Cholernie spodobało mi się też, że w tej edycji z trupami można walczyć na pięści. Da się z nimi siłować, bez konieczności trzymania dystansu i polegania wyłącznie na broni palnej. Jedyna prawdziwa wada tej produkcji to kiepskie przedstawienie bezradności. Gdy ktoś upada i w przerażeniu drętwieje, nie będąc w stanie ruszyć nawet powieką oka – ja widziałem nie przerażonych ludzi, ale samobójców, którzy pozwalają się zjeść. Szkoda.

Mel Gibson wraca do kręcenia filmów i postanawia połączyć „Szeregowca Ryan’a” z „Bud – pies na medal„. Tego nikt się nie spodziewał zapewne, ale to właśnie dostaliśmy. I jest fajne! Znaczy, pierwsza i ostatnia część jest fajna.

Najpierw oglądamy, jak główny bohater dorasta na pacyfistę i bogobojnego chłopa, wtedy też zaciąga się do wojska nie po to, by dotykać karabinu, ale by pomagać postrzelonym. Podobał mi się ten romantyczny obraz epoki, gdy mówienie kobiecie komplementów wywoływało u niej motyle w brzuchu. Trzecia część rozgrywająca się na polu walki już jest krwawa i intensywna. Przyjemnie się ogląda, chociaż jest tam trochę za dużo łagodności (ustawiamy się do ataku? W pierwszym rzędzie stawiamy naszego głównego bohatera, bo ujęcie na plakacie będzie podejrzane!). Całe starcie szybko zamienia się w chaos i strzelanie przed siebie, i to jeszcze z biodra. Rozrzut nie istnieje, wszystkie strzały trafiają bezbłędnie w głowę, Azjaci wybiegają idealnie pod lufę, i to hurtowo – ale to nic.

O wiele bardziej mam ochotę narzekać na środkową część, w której wojskowi słyszą, jak nasz główny bohater chce do wojska, ale nie chce zabijać. Dupa odpada im ze śmiechu, ale potem… zaczynają męczyć tę kwestię, i mielić ją, i są dramaty jak cholera, idziemy nawet do Sądu Najwyższego… a wtedy ja jako widz zacząłem traktować tę produkcję zbyt poważnie, niż powinienem. I zacząłem dostrzegać, jak biednie tutaj zarysowano tło (synowa z teściem rzucają się sobie w ramiona, pomimo braku wcześniej wspólnych scen), jak niedorzecznie traktowany jest tu główny bohater (niby chcą go wywalić z wojska, a i tak traktują łagodniej niż pozostałych żołnierzy – wręcz z przywilejami do niego podchodzą). I najgorsze jest to, że wszystkie te sceny można było zamknąć w jednej scenie, tak jak to było w scenie z filmu „Bud – pies na medal„. Tam mówią, że regulamin nie zabrania psom grać w kosza, więc dopuszczają go do gry. Tutaj mogli od razu powiedzieć: „Sierżancie, konstytucja daje mi prawo iść na pole walki bez karabinu” i cześć. Cała nudna sekwencja filmu wycięta w pień, a treść zachowana.

Przeszkadzało mi jeszcze parę elementów. Brakuje choćby kontekstu tego, co się dzieje. O co biega w drugiej wojnie? Nieważne. Gdzie toczy się akcja? O co walczymy? Z kim? Nieważne. Na samym końcu powiedzą, że chodzi o Japończyków – tuż przed wejściem na pole bitwy. A ja spodziewałem się Europy… Trudno.

Na końcu nawet mamy scenę z harakiri w starym stylu, czego też twórcy nie tłumaczą odbiorcy. Ot, ceremonia odbywa się jak w filmie Kobayashiego, by zdezorientować widza. Kopanie granatów w powietrzu jak Tsubasa (co robi w pewnym momencie główny bohater) skomentuję w taki sposób: cieszę się, że nie zobaczyłem tej produkcji w kinie. Bo byłoby mi głupio tak śmiać się i psuć innym seans. Obejrzałem w domu i śmiałem się do siebie. To był dobry dzień. Cheers.

Zaskakujący dokument HBO, o którym warto wiedzieć jak najmniej przed seansem. Jednak pomijając ten aspekt, jako widz zostałem z reakcją umiarkowaną: „Ok. Coś takiego co zaprezentowano filmie, ma miejsce w rzeczywistości. Ciekawe. Ok” i nic więcej. To wszystko.

Połaskotany” trwa półtorej godziny i poświęcony jest śledztwu dziennikarskiemu. Są tutaj pogróżki w stylu „przestańcie, co robicie„, ktoś inny powie „nie zgadzam się na nagrywanie, musicie opuścić to miejsce„. I całość opowiada w zasadzie o tym, jak łatwo kupić człowieka za kilka tysięcy dolarów. Nie w sensie jako niewolnika, ale dosłownie: stać się właścicielem tej osoby, i mieć nad nią kompletną władzę.

Początek wydaje się niepoważny, trzeba przebrnąć przez jakieś 20-30 minut, ale to wszystko jest istotne. Dla wielu innych takie też się zdawało i dlatego skończyli jak skończyli. Ku przestrodze, ale to wszystko.

Bajka dla dzieci o dziecku, którego matka czuje się coraz gorzej i gorzej. Wiemy, co wisi w powietrzu od samego początku, więc nie będę pisał więcej. Istotniejszy jest fakt, że drzewo wychodzi z gleby i zaczyna straszyć naszego młodocianego protagonistę… opowiedzeniem mu trzech historii. By wydobyć z niego informacje względem koszmaru, który ten miewa. Dziwnie to poskładane do kupy jest. Wiedziałem też od początku, gdzie to zmierza, więc czekałem tylko na znane mi zakończenie, by po drodze być zajmowanym… kilkoma przyzwoitymi atrakcjami. Bajki potwora są zajmujące i kreatywne, z nieoczywistym morałem. Aktorzy spełniają swoją funkcję, a efekty komputerowe stoją na wysokim poziomie. Opowieść zostawiła mnie obojętnym, jednak będę czekał na trzecią część: „Monster Dalls„.

PS. „Sierociniec” (2007) od tego samego reżysera to znakomity horror. Polecam!

Paul Verhoeven tym razem bez Arnolda i armii robali, ale wciąż ze swoim niecodziennym poczuciem humoru. Ot, dla przykładu, w pierwszej scenie słyszymy najpierw dźwięki stosunku seksualnego… a potem widzimy kota. Futrzak nic nie robi, jest znudzony, jedynie obserwuje. I dopiero po tej serii ujęć następuje przejście… na ujęcie gwałtu. Tytułowa bohaterka właśnie przestała być napastowana seksualnie. Włamywacz wychodzi, a nasza bohaterka… pali ubrania, bierze kąpiel i idzie do pracy, gdzie robi coś przy grach komputerowych (konkretnie – „Styx: Master of Shadow„!). Jedynie krótka scena u doktora, gdzie bada się na AIDS, utwierdza widza w przekonaniu, że ten gwałt miał miejsce i kobieta traktuje to na poważnie.

Mimo to: czemu nie idzie na policję? Czemu o wypadku na drodze nie dzwoni po pomoc, tylko po przyjaciół? Czemu klientka w kawiarni oblewa ją celowo? Pytania narastają, ale w taki sposób, że równie dobrze mogłem podejrzewać, iż w ręce wpadła mi zła kopia z wadliwym montażem. A ten w „Elle” jest naprawdę paskudny – sceny kończą się za szybko, nie dając wybrzmieć teoretycznie istotnym momentom. Ot, przechodzimy dalej, jak szybko to było możliwe… A tutaj znowu zastosowano tę samą technikę. Efekt jest dezorientujący, a przekaz niejasny. Jeśli ktoś chce zacząć myśleć nad celowością tych wszystkich zabiegów fabularnych i formalnych, będzie mieć mętlik w głowie od zapamiętywania przeróżnych szczegółów, z czego większość… Może i prowadzi gdzieś, nie mam pewności. Motyw tworzenia gier prowadzi donikąd. To chyba musiała być wymuszona reklama włożoną do filmu.

Nie chcę oczywiście za bardzo prezentować tu swoich wniosków (tak z grubsza to film o władzy nad innymi), ale jak na to patrzę jako całość, to wydaje mi się, że niepotrzebnie tak to skomplikowano wobec końcowego rezultatu. Na dodatek, w mojej ocenie humor zaszkodził całości, bo nawet wyrobiony widz taki jak ja mógł w końcówce po prostu zacząć się śmiać z tych wszystkich ludzi.

Komedia roku z Niemiec, tak przynajmniej odbierałem ten film z relacji znajomych oraz… cóż, wszystkich, którzy oglądali. Na Nowych Horyzontach ludzie mieli śmiać się przez cały seans i w ogóle nie czuli upływającego czasu („Toni…” trwa 160 minut!). Cóż, w końcu sam obejrzałem i okazuje się, że to jest film, w którym jest śmierć psa, scena ultra smutnego stosunku seksualnego, na który patrzeć się nie da, a cała historia kręci się wokół życia młodej kobiety, pracoholiczki, która nie widzi sensu w tym, co robi. Nie śmiałem się tak naprawdę ani razu przez cały film. Widziałem, że kilka razy próbowali, ale każda taka próba jest maglowana do takiego stopnia, że byłem nią zmęczony i miałem dosyć. Chciałem końca sceny, chciałem końca filmu. Byłem na niego obojętny i oglądałem biernie, byle tylko dobrnąć do końca. Ten tytuł faktycznie potrzebuje montażysty, bo sporo tu jest do wycięcia. Dla przykładu – Toni zakuwa swoją córkę w kajdanki. Śmieją się trochę (bo w tym filmie to jest śmieszne), ona mówi: „dobra, zdejmij” / on: „nie mam klucza” / szuka klucza / nie ma klucza / dramat / jadą gdzieś na spotkanie biznesowe, córka przeprasza / po drodze wstępują do Rumuna, który gwoździem otwiera kajdanki – koniec motywu z kajdankami. Gdyby to wyciąć to nawet byście o tym nie wiedzieli. Całość oczywiście jest banalna, morał to coś o zatrzymaniu się i cieszeniu chwilą, leżeniu na trawie, rozumiecie. Dzięki aktorom to jednak trzyma poziom.

Pamiętacie „Gdzie jest Nemo„? Była tam postać Dory, która miała przypadłość utraty pamięci krótkotrwałej. Ponad dekadę później dostaje solowy film. Dowiadujemy się w nim czegoś, co już wiemy – że zapomniała, gdzie są jej rodzice. I chce je odszukać. I… znajduje ich. A potem robimy coś jeszcze, bo to z rodzicami to nie był zbytnio punkt kulminacyjny filmu. A potem „The End„. Więc tak, to jest film całkowicie zbędny. Świat nie rusza się do przodu, bohaterowie niczego się nie uczą na koniec, są tacy sami. Jak na to, to „Gdzie jest Dory” jest… całkiem przyjemny w oglądaniu. Animacja jest niewiarygodnie miękka dla oka, akcja trzyma równe tempo, całość jest pomysłowa… znowu – jak na tytuł, w którym zabrakło najważniejszego pomysłu („Po co my to robimy?„), wyszło całkiem nieźle. Można obejrzeć i zapomnieć.

Spin-off do „Nowej nadziei„, całkiem popularnym filmie z 1977 roku. Lepiej późno niż za późno. „Łotr 1” opowiada historię rebeliantów, którzy wykradli plany Gwiazdy Śmierci, dzięki którym „New Hope” mogło się wydarzyć. Fabuła filmu wygląda następująco, otóż: wykradli je. The end. Jak widać ten spin-off też wymaga spi-offu, by dodać tło dla postaci i światów tu ukazanych. Wbrew pozorom źle nie jest (w końcu takie „Impreium…” też składało się z trzech scen i nikt nie ma z tym problemu). Miało to wszystko własny charakter, całość wykonano solidnie, jest też miejsce dla jednego pięknego momentu (zarówno wizualnie, jak i muzycznie – Giacchino znowu nie patrzy na innych i wkłada w swoją pracę więcej uczucia niż reszta twórców na planie razem wzięta).

Prosta bajeczka, w której młody bohater musi coś pokonać i uratować kogoś. Nie mam więcej do powiedzenia ponadto, jak piękna animacja jest w tej produkcji. Trudno uwierzyć, że jest poklatkowa.

Początek jest najlepszy, gdy kilka samodzielnych historii przecina się, by z czasem połączyć siły i płynąć wspólnym torem. Niewielu udaje się taka sztuka, a tutaj mogliśmy właśnie to obserwować – brakuje chaosu, wszystko jest przyjemne, i zostajemy w każdym wątku tyle, ile potrzebujemy, by nie traktować tego jako przystanku między istotnymi scenami, ale właśnie by potraktować je na równi z resztą filmu. Fabuła? Typowa. Jest zły, trzeba mu przyłożyć lewym sierpowym, the end. Tak, to kolejny film, który nie ma żadnego powodu, by istnieć. Bohaterowie na koniec są w tym samym miejscu i tak dalej. Jedno co się zmieniło to wprowadzenie nowych postaci i teraz nie muszą tego robić w kolejnej części. Coś jeszcze? Nie. Ogląda się przyjemnie. Brakuje tylko przestrzeni, bo wiele scen nadal toczy się na jakiejś niewielkiej, niepoważnej przestrzeni, gdy treść (np. przemowa Villiana) domagała się rozległych, podniosłych lokacji. A zamiast tego gadamy gdzieś w ogródku za domem, gdzie nawet dla kamery nie było miejsca, i pokazywała ona jedynie zbliżenia… Kurczę, dzięki. Na koniec dostaliśmy niezłą akcję i nawet mogliśmy ją wygodnie oglądać. Miło. Szkoda, że producenci tak naciskali na podkreślanie, jakie to oni mają gwiazdy w obsadzie. „O, babka z „Newsroomu„, zrób najazd kamery na nią. I jeszcze raz. Trzymaj tak, mówię!

Młody człowiek zostaje adoptowany przez starsze małżeństwo żyjące gdzieś na nowozelandzkiej wsi. Z czasem adaptuje się do okoliczności i czuje się jak w domu. To przyjemne kino i fani reżysera (Taiki Watiti) mogą oglądać spokojnie. Dostaną sympatyczne i zuchwałe poczucie humoru oraz dużo miłej do oka scenografii, lesistych plenerów oraz pieszczącej uszy muzyki. Początek zapowiada kino znacznie lepsze, jednak po paru niezłych zwrotach akcji okazuje się, że mamy do czynienia z zabawą kinem i to wszystko. Tym razem jest to wariacja na temat „Bonnie i Clyde„. Cholernie ciekawa, mądra i udana, ale to nie jest coś, co lubię oglądać. Wciąż warto!

Program telewizyjny poświęcony ekonomii, którego prowadzący nosi śmieszny kapelusz, robi show, tańczy. Dodatkowo są różne atrakcje wizualne w stylu takiego „Idź na całość„. Cel programu? Informować, edukować, o giełdzie w USA. Ludzie cenią sobie jego wiedzę i podążają za nią. Do czasu, aż firma, którą prowadzący polecił, straciła 800 milionów w ciągu jednej nocy. Ludzie za jego radą stracili sporo pieniędzy. Jeden z nich stracił o wiele więcej – teraz już mu nie zależy. Wchodzi do studia z bombą, przykłada klamkę do głowy prowadzącego i grozi zamachem, jeśli nie uzyska odpowiedzi na pytanie – jak do cholery firma może stracić 800 milionów i nikt nie zadaje pytań? Zaskoczony jestem „Zakładnikiem z Wall Street„. Oczywiście, trzeba zaakceptować najpierw, że to będzie film oparty o ekonomię popkulturową, popularną – w tym świecie śledztwo dziennikarskie może trwać bardzo krótko. Sporo tutaj skrótów, ale sama esencja i zasady wielkiego biznesu są tu przedstawione zrozumiale, jednocześnie dając posmak złożoności samego problemu. Cała reszta już nie wymaga mojego kredytu zaufania. Solidny thriller!

Kino ukrytego dialogu, w którym kobieta po wielu latach odwiedza swoją pierwszą miłość. Pierwotnie była to sztuka teatralna, przy adaptowaniu na duży ekran dodano filmowi przestrzeni, i wyszedł intrygujący film, o którym nie warto dużo zwiedzać. Jest wyciszony i niełatwy, stawia widza w trudnych sytuacjach. „Una” jest też przy tym obrazem o niewykorzystanym potencjale – wywołuje tyle pytań i możliwości, bez nadążania za podkładaniem fundamentów pod nie. Zastanawiając się coraz głębiej nad tym filmem, widzimy, że wyszliśmy „poza mapę” przygotowaną przez twórców. Szkoda. Wciąż warto!

Współczesny „Rififi” – egzekucja precyzyjnie nakreślonego planu w spokojnej, cierpliwej i bezbłędnej atmosferze. Wydaje się, jakby nic się nie działo, ale wyraźnie widać jak bez słów to wszystko dochodzi do skutku. Zamach zostaje przeprowadzony – przez młodych ludzi, w celu pokazania czegoś (nie jest jasne czego, albo i w ogóle to nie jest powiedziane), bez ofiar w ludziach. A potem następuje druga część filmu, ta jednocześnie nieskończenie mniej ciekawa (bo akcja staje w miejscu i nic się nie dzieje przez długi czas), ale też i najbardziej wartościowa. Finał oferuje nowe spojrzenie na kwestię zamachów terrorystycznych i walk z nimi. Stawia widza w niełatwym położeniu, w którym nie ma prostych stanowisk, a jednak… trzeba jakieś zająć. Prawda?

Film złożony z dosłownie JEDNEJ sceny strzelaniny. Podczas wojny IRA kilku ludzi spotyka się – jedni chcą kupić broń, drudzy ją sprzedać. Coś idzie nie tak i wszystko trafia szlag – rozwalony budynek w remoncie staje się areną bitwy, wszyscy leżą na plecach ukryci za byle zasłoną. Amunicji brakuje z każdym wystrzałem, trudno nawet powiedzieć kto jest po czyjej stronie, a ilość postrzeleń tylko rośnie. Coraz więcej ludzi ma draśnięte kolano lub ramię, a czas ucieka. Powód i cała zasadność tej historii jest cokolwiek bezsensowna, ale trudno jest mi tego filmu nie docenić. Szczególnie za to, że w pewnym momencie zorientowałem się o tym, iż każda z blisko 15. postaci odgrywa tu pewną rolę. W tym czasie inne filmy mają problemy, aby zrobić scenę, gdzie pięć postaci jednocześnie ma coś do zrobienia. Z pewnością będę wspominać „Free Fire” pozytywnie.

★★★

Film o Beksińskich. Myślałem, że chodzi o Baczyńskich. Wiecie, Kamil Baczyński, „strzelanie diamentami”, tego typu rzeczy. Na kilka godzin przed seansem mi uświadomiono, że to jest o ludziach, o których nigdy w życiu nie słyszałem. Poszedłem na film, który trwa 130 minut, i nadal nie wiem o nich nic. Wiem, że ojciec był malarzem, matka była kobietą, były dwie babki, a syn miał problem z głową. Tylko nie było obok niego nikogo, kto umiałby z nim porozmawiać jak człowiek, i ostatecznie nie wynika z filmu, czy syn był dupkiem, który miał cały świat w dupie, czy faktycznie miał poważny problem, a jego otoczenie było ograniczone i nie było w stanie mu pomóc (scena rozmowy z matką – to ledwo dało radę wysiedzieć, straszna hańba na obliczu ludzkości. Każdy, kto ma jakie pojęcie o psychologii, złapie się za głowę, że tak można było mówić do drugiego człowieka!). Tak czy inaczej, do tego momentu, a była to połowa filmu, zastanawiałem się usilnie, po co ja to oglądam. Miałem nadzieję, że to będzie budowało do czegoś, ale nie. Zamiast tego mamy to, co ja tu napisałem. To wszystko. Czyli absolutnie nic. Każda scena zmierza donikąd. Do tego stopnia, że nawet nie wiem, dlaczego i po co ten film powstał. Co takiego było w tych ludziach, by nakręcić o nich film? Całość bezwzględnie opiera się na założeniu, że odbiorca wie wszystko i filmu nie potrzebuje. A ostatniej sceny nie dacie rady zrozumieć, jeśli będziecie w mojej sytuacji osoby całkowicie nowej. Podobały mi się trzy momenty – lądowanie samolotu, śmierć w kuchni i śmierć finałowa. Aktorzy zagrali na poziomie. Ogólna stylistyka dystansu była dobrą decyzją i została dobrze wykonana. Reszta wywoływała tylko moją obojętność. Zbiór scen, które można było wyciąć, i nigdy bym tego nie zauważył. Brakuje bohaterów, historię mogę streścić w czterech słowach, i za mało tu konkretów by to mogło być doświadczeniem. Równie dobrze mógłbym wam pokazać, jak mój dziadek siedzi w kuchni i pije herbatę przez dwie godziny. Dla mnie sama ta kuchnia by mówiła bardzo wiele rzeczy, ale wy o tym nie wiecie. Bo skąd? Na pewno nie z filmu.

Opowieść o wybuchu na stacji wiertniczej. Pamięć o ofiarach i ukazanie piekła, przez jakie przeszli. O tym, że to zdarzenie miało znaczenie szersze niż śmierć 11 osób, dowiadujemy się jednak dopiero na napisach końcowych (jakiś wyciek ropy, coś o największej katastrofie ekologicznej w historii USA?). Ponadto całość jest zrobiona bardzo oskarżycielsko. W trakcie narracji od razu słyszymy, kto podjął złe decyzje, i do czego one doprowadziły. Idziemy wyraźnym szlakiem, słyszymy nazwiska, widzimy też wizerunek korporacji, która nie ma o niczym pojęcia i cieszy ryja, gdy poklepuje samą siebie po plecach mówieniem o tym, ile to są warci (186 mld). To szybko zaczęło być niesmaczne, jakby był to obraz propagandy. Z tego, co wiem, wszystko jest prawdą w tym filmie, ale dało radę to opowiedzieć lepiej. „Titanic” jakoś specjalnie nie lśni na ten temat, ale nawet tam była pewna subtelność w opowiadaniu o zbyt małej ilości szalup. Ogólnie rzecz biorąc: James Cameron zrobiłby „Deepwater…” lepiej. W obecnej formie jest to typowy film z USA. Aktorów kręcimy wyłącznie na zbliżeniach, a bohaterowie mogą przeżyć deszcz szkła. Doceniam wyprawę na faktyczną stację wiertniczą, ale część katastroficzna wyraźnie była kręcona na greenscreenie, nie uświadczymy tutaj demolki specjalnie zbudowanych konstrukcji, aktorzy nie bardzo też wiedzieli, przed jakim zagrożeniem na tym zielonym tle się zasłaniać… Wyszło i tak zaskakująco dobrze. Wybuchy są porządne! Napięcie jest budowane całkiem dobrze, a moment, gdy wszystko trafia szlag, został wykonany idealnie. Wahlberg poradził sobie z rolą prowadzącą w takiej opowieści i jest tutaj nobliwym bohaterem bez przegięcia. Szkoda tylko, że to taki mały film. Mamy wstęp, moment zwrotny, Mark Wahlberg pójdzie do jednego pokoju, do drugiego, skacze do wody i już są napisy końcowe. Dlaczego tak niewiele tutaj się dzieje? 107 minut jakby nie było zostało popełnione. A ja czułem się, jakbym spędził w kinie najwyżej godzinę.

Prezentacja ostatnich chwil życia Króla Słońce… Bez jednoczesnego robienia z tym czegokolwiek. Nawet nie wiem, czemu akurat oglądałem śmierć Ludwika. Kto to był? „Dopisz sobie, widzu, co chcesz, i przypisz mi zasługę za to„, zdaje się mówić reżyser. Ten zresztą odwalił iście koszmarną robotę. Nie dość, że całość jest usilnie monotonna, to jeszcze tonacja to jedna wielka zagadka. Szczerze nie mam pojęcia, czy niektóre momenty miały być zabawne, czy głupie, czy zabawne, bo głupie, czy głupie, bo zabawne. Gdy na początku Ludwik wkłada kapelusz, gdy ludzie go odwiedzali, i go zdejmuje po chwili, gdy już sobie poszli – czy miało to pokazać, że ludzie go kochali? A może, że była dyktatura? Czy tylko chciano pokazać stan choroby bohatera? A cholera wie, bo całemu obrazowi brakuje klarowności. Zapewne oglądanie jak ktoś umiera przez dwie godziny, miało mnie nakłonić do refleksji nad życiem. Nakłoniło mnie tylko do tego, że trzeba szanować odbiorcę, gdy tworzy się sztukę, a Serra (reżyser „Śmierci…„) jest pierwszym do uczenia się tego.

Niepotrzebna kontynuacja po prawie 10 latach. Wzięto znanego bohatera, połączono go byle jak z tematem inwigilacji i internetu zbierającego dane o użytkownikach, z którym nic godnego uwagi nie zrobiono i sprowadzono wszystko do poziomu terrorystów z „Home Alone 3„. Poważnie. Rząd polujący na Jasona zachowuje się tak samo, jak przestępcy polujący na dziecko w filmie „Alex sam w domu„. Niemniej, Damon wie, co robi. Greengrass też. Parę scen akcji ma przebłyski. A Vikander wygląda jak facet i wciąż jest ładna. Robi głównie za GPS, a jako postać zmierza tam, gdzie cały film, czyli donikąd.

Europa, zaraz po pierwszej Wojnie Światowej. Rodzina niemiecka opłakuje zmarłego – tytułowego Frantza – na polu walki syna. Pewnego dnia znajdują na jego grobie kwiaty nieznanego pochodzenia – okazuje się, że postawił je Francuz, który znał Franza na wojnie. Pomimo początkowej wrogości rodzina przyjmuje Frantza jak przyjaciela i dziękuje mu za kwiaty. To jednak dopiero początek – dosyć banalnej historii jednak. Szczególnie kuły mnie to wobec faktu, że mamy do czynienia z doświadczonym reżyserem, a jego film pełny jest zagrań, które pasują wyłącznie do studenta, który nawet nie jest zaangażowany w dany projekt. Jak pokazać smutek postaci? Niech podejmie próbę samobójczą! Jakie postać może mieć motywacje? Miłość! I już nie musimy się zbyt wysilać, aby zrobić film. Oferuje on interesujący set-up oraz parę wartych uwagi momentów, ale to w zasadzie tyle. Film, który powstał i już go nie ma.

Drugi film w reżyserskim dorobku Arkadiusza Jakubika. Tym razem opowiada o polskiej rodzinie, w której ojciec policjant zaczyna pić coraz więcej, a jego syn (również policjant) ma coraz mniejszą ochotę na to patrzeć. Jest to solidna produkcja, chociaż całkowicie opuszcza pamięć po paru dniach od seansu, aż do ostatniej części. Ostatnie 35 minut to czysty schemat. Wyżywanie się na osobach, które cię kochają. Żona wraca bez powodu do agresywnego męża. Samochód nie startuje. Ech…

Dokument o imigrantach pozbawiony kontekstu do tego stopnia, że za parę lat nie będzie sensu go oglądać. Nawet dziś trzeba przeczytać opis, by było wiadomo, o co chodzi, bo twórcy przez pół filmu trzymają widza w ciemności. A potem dostajemy tylko skrawki informacji. Akcja rozgrywa się w obozie na granicy południowej z Hiszpanią, gdzie ludzie z Afryki czatują, bo chcą do Europy, ale jest mur i z reguły nikt ich nie wpuszcza, więc… żyją tam sobie. I żyją. I żyją. I nic się nie dzieje. Zagrają w piłkę, nagrają o tym film, czasem spróbują przedostać się przez mur. Przed czym uciekają? Nie wiadomo. Czemu ich nie wpuszczają? Nie wiadomo. Czemu chcą się tam dostać? Nie wiadomo. Parę razy powiedzieli tylko, że tam jest niebo, ale co to znaczy? Czy będą tam pracować, czy przyjechali tylko po socjal? Nie wiadomo. A może są Islamistami, którzy będą podawać się za piętnastolatków? Nie wiadomo. Kwestie religijne i tematy związane z napływem imigrantów do Europy nie są w ogóle podejmowane. Fajnie sobie przypomnieć, że uchodźcami są również tacy ludzie, nie powiem. Poza tym jest to film, który leci sobie w tle.

Cóż, ten film był przeklęty od początku. Mamy tutaj niby pomysł taki, że wysyłamy złych w bój, bo chuj z nimi, są źli, jak umrą, to też będzie fajnie. A jak im się uda wykonać zadanie to tylko lepiej. Najwyżej sami ich zabijemy. Problem w tym, że… oni wcale nie są źli. Jasne, pokazano nam, jak Diablo podpala cały majdan w sekundę, ale nie czujemy tego w jego postaci, i nigdy potem nie doświadczamy śladu złej energii w tej postaci. Ani w żadnej innej. One wszystkie są złote chłopaki. Drugi minus – to przyczyna konfliktu. Otóż rząd jak zwykle robi tylko to, co umie, czyli tworzy problemy, a potem je naprawia. Wymyślili sobie w tym Waszyngtonie, że skoro są superchłopy (Clark Kent i inni), to musimy mieć plan zapasowy na wypadek, gdyby któryś superchłop nie był po „naszej” stronie. Robią więc tytułowy Legion i pierwsze co się dzieje, to jeden z członków staje się pierwszym przeciwnikiem. Morał z tej historii jest taki, że Departament Obrony musi usiąść na dupie, bo ma za dużo zabawek. Aha, przemysł filmowy nadal nie ma pojęcia o tym, jak superbohaterowie powinni spuszczać sobie łomot. Świeżaki stają naprzeciw Łotrów chodzących po tej Ziemi od tysięcy lat i robią z nimi porządek w minut dwie. Nie mówiąc o tym, że sceny akcji sprowadzają się do napierdalania. Wykorzystywanie specjalnych umiejętności bohaterów? Otoczenia? Współpraca? Po co? W pewnym momencie nawet biją się na pięści jak prostaki, śmiech na sali. Ponadto problemy produkcyjne widać tu wyraźnie, bo zbyt wielu ludzi było w to zaangażowanych i każdy był pewny swego. Zaczęło się od niewinnego „Rozwińcie postać Deadshota, bo Bill Smith jest z nami”, co zrobili. Kosztem innych elementów filmu. Nawet wobec tego jest coś w „Legionie…”. Widać potencjał tego, co mamy na stole. Mam świadomość, że z tego mogło wyjść coś naprawdę udanego! Widać pomysły, talent i uczucie w tym wszystkim! Floyd widzący na samym końcu swoją córkę! Harley pragnąca ekspresu do kawy. Diablo odmawiający zabijania! Jest w tym potencjał i głębia. Ogólnie to nie zasnąłem podczas seansu i nadal jestem optymistycznie nastawiony do kontynuacji SS.

Adaptacja wspaniałego komiksu o ostatecznej konfrontacji Batmana i Jokera. Ostatni przystanek i szansa na to, by zrozumieć tę drugą osobę, zanim sprawy zajdą za daleko i w końcu jeden z nich zabije tego drugiego. Jak tytuł się prezentuje? Możecie go obejrzeć na zachętę, by sięgnąć za pierwowzór, który jest lepszy i ma wspaniałą stronę wizualną. Film wygląda miejscami jakby to była gra flashowa. Dodano też pierwsze 28 minut, które wielu ludzi wkurzyło, bo ten dodatkowy segment, którego nie było w komiksie, nie dodaje nic istotnego do opowieści. A miejscami może nawet zdezorientować odbiorcę, który dopiero tutaj poznaje wspaniały finał. Osobiście: nie jestem zły. Te pierwsze 28 minut traktuję jako osobną produkcję, która nawet jest niezła. Dobrze wyjaśniono motywacje Batgirl i jej postać. Można było to zrobić lepiej, ale nie było tragicznie. Potem jednak zaczyna się adaptacja „The Killing Joke” i od razu czuć tę zmianę. Dialogi mają w sobie więcej finezji, wizualnie jest ciekawiej, a monologi ze stron powieści graficznej w wykonaniu Hamilla i Conroya są tak doskonałe, jak tylko mogły być. Udana adaptacja. Trzeba przyznać rację Dougowi Walkerowi, który zaproponował, by zamiast dopisywania czegoś nowego przed „Killing Joke„, po prostu puścić jeden z odcinków „Batman: The Animated Series„. Albo i dwa. Najlepiej takie, które pokazują relację Jokera i Mrocznego Rycerza. To byłby idealny wstęp do adaptacji tego krótkiego komiksu, który trzeba było mocno rozbudować, by film na jego podstawie trwał chociaż godzinę. Obecnie trwa 76 minut.

★★

Samochód rozwala się na drzewie. Kobieta zamawia ziemniaki w knajpie, bo jest wegetarianką, znajduje w nich kawałek kiełbasy (…?) i jej rodzice robią raban obsłudze lokalu. Bohaterka idzie na studia i ma współlokatora geja. Na studiach jest kocenie jak w wojsku. Bohaterka uczy się sikać na stojąco na dachu. Jakaś kobieta maluje się cała na niebiesko i bierze prysznic… A jak tak po godzinie dokonuję odkrycia: w tym filmie nic się nie dzieje. Nic tu nie ma związku z czymkolwiek. Co ja oglądam? Byłem okrutnie zmęczony i znużony, nie miałem siły, aby coś z tym robić. Po seansie całości chaos zaczął mi się trochę rozjaśniać i jestem w stanie zrozumieć, jaki był tok rozumowania reżyserki, ale nie chce mi się nawet myśleć nad tym, czy wszystko tam pasuje do siebie, czy też 3/4 filmu jest zbędne. Twórcy mnie zniechęcili do siebie.

Film zrobiony dla jaj. Fabuła jest oczywista: jakaś chemia powoduje, że zombie powstają i teraz żywi muszą przetrwać. Różnica jest taka, że wszystko zaczyna się z powodu klimatu – austriackie góry za parę lat mogą nie mieć śniegu, więc go chcą produkować. Środek do śniegu okazuje się zamieniać ludzi w zombie, więc grupa młodych ludzi jeżdżących na desce po śniegu musi teraz zrobić wszystko by przebić się z knajpy na szczycie aż na sam dół. To produkcja skierowana do oczywistej grupy widzów i jako taka jest idealna – sporo tu humoru, wszystko jest tanie i niepoważne. Jeden z bohaterów, gdy orientuje się w sytuacji, zamiast dzwonić na policję, to dzwoni do kumpla, bo on jest maniakiem kina o zombie. I się razem cieszą przez telefon. A czy kumpel wezwie pomoc? A gdzie tam. Zamiast tego powie, jak pokonać zombie. „Wiele zależy od tego, w jakim filmie o zombie teraz jesteśmy” to autentyczny cytat z „Ataku tyrolskich zombie„. Poza tym sporo zabijania nieumarłych podczas wykonywania trików snowboardowych i zabawy, z tym że akcja rozgrywa się tu w Europie. A więc mamy zombie mówiący „idi nahui„, przerażonego Austriaka, który na widok chodzącego trupa krzyczy „SHEISSE„, a starsza barmanka wyciąga spod lady hełm SS, karabin maszynowy i pruje do żądnych mózgów gości. Zabawa na całego, jeśli „łapiesz” takie kino. Idealne do jedzenia barszczu przy wigilijnym stole.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że zacząłem czuć potrzebę zrobienia takiego kina na polskim polu. Żeby była zaraza, też wskazujący na jakiś problem (np. społeczny), żeby wypuścić trochę powietrza ze społeczeństwa, gdy to się będzie mordować na ekranie. Wiecie, w stylu: trwa dzień niepodległości, po stolicy idzie jak zawsze 30 marszy: KOD, PiS, PO, lewica, prawica, Samoobrona, Liga Polskich Rodzin, SLD, Solidarność, Zomo, ale że wszyscy są Polakami, a Polacy są biedni więc i jedzą tańsze jedzenie robione po kosztach, i wszyscy się rozchorowali i zamieniają się w zombie, z wyjątkiem grupy ludzi, która to wszystko wybija w pień. A najlepiej, jakby przetrwało tylko dwóch: Boguś Linda i Adaś Miaułczyński. To by się mogło udać w mojej ocenie. Mamy mnóstwo aktorów i aktorek, których widok bycia pożeranymi na ekranie wywoła naszą ekscytację. Nie mamy budżetu, by zrobić z tego „Dzień żywych trupów„, więc tym lepiej.

Hiszpański thriller minimalistyczny. Aktorka wsiada do limuzyny i jedzie na ważne wydarzenie. Szofer jednak blokuje drzwi i jedzie gdzie indziej. Kierowca okazuje się terrorystą, aktorka ofiarą. Zawiązanie akcji jest obiecujące, technicznie zrealizowano to naprawdę dobrze (miejsce akcji to niemal w całości wnętrze pojazdu, a cały ciężar dramaturgiczny spoczywa na głównej bohaterce, ponieważ tylko ją widzimy). Obietnica twórców sypie się jednak dosyć szybko, ponieważ terrorysta nawiązuje kontakt ze swoją ofiarą. Rozmawiają. Ona mu pyskuje. On się jej tłumaczy. Niemal natychmiast straciłem zainteresowanie. Najlepsza w tym filmie jest strona dźwiękowa. Antagonistę głównie słyszymy i jednakowo to, co mówi, a także różne filtry, które nakłada na swój głos – wszystko to tworzy szczerze niepokojący klimat. Gdybym miał siedzieć w domu po ciemku i słuchać podobnych rzeczy to włos by mi się jeżył z wrażenia, przyznaję. Problem w tym, że oprócz dźwięku otrzymujemy też całą resztę filmu, która zabija potencjał warstwy audio. Te niemrawe kopniaki mordercy, ten makijaż ran na ciele aktorki, jej zachowanie i relacja z oprawcą… Nie umiałem tego traktować na serio. Dlatego zachęcam do oglądania w słuchawkach, z wyłączonym monitorem, będąc samemu w domu i po nauce hiszpańskiego. Ładny język. Obraz przydaje się dopiero na końcu, w finalnym ujęciu, które wyraża bardzo dużo, dając nie tylko klamrę fabule, ale wręcz uzasadniając powód, by ją opowiedzieć i wysłuchać. Ogólnie więc – „Szklana trumna” jest na minus, ale były argumenty za tym, by poświęcić jej czas. Nie wątpię, że znajdzie swoich fanów.

Twardy policjant działa, by rozpracować poważną grupę przestępczą, gdy sami obywatele, policja i przestępcy rzucają mu kłody pod nogi. Gdy „Pitbull 2” trzyma się tego zarysu fabuły, to jest nawet solidnie. Sceny związane z fabułą oglądało mi się z przyjemnością. Jest nawet trochę ekscytacji z sukcesów głównego bohatera. Problem w tym, że mamy tu też jakiegoś dresa pozbawionego charyzmy, który rzuca sucharami (scena na miejscu przestępstwa, czyli siłowni: „Co tu robisz?; – Nogi„). Mamy Maję Ostaszewską próbującą dać dupy. Mamy Agnieszkę Dygant robiącą w powietrzu minetę. Mamy zastęp aktorów, którzy nie mają siły przebicia, by wiarygodnie wypowiadać ponad połowę kwestii, dzięki temu wiele sekwencji wychodzi blado. I oczywiście: jest tu masa tekstów, które bawią. Parę robi to intencjonalnie, ale one nawet nie zbliżają się do tych, które niby były poważne, a w rzeczywistości śmiałem się z nich, nawet gdy następnego dnia się obudziłem i sobie przypomniałem o niektórych.

Amy Adams pracuje jako właściciel galerii sztuki w mieście El Pueblo de Nuestra Señora la Reina de los Ángeles del Río Porciúncula. Nie widzi sensu w obiektach, które sprzedaje. Nie widzi sensu w mężu, który ją zdradza. Dostaje paczkę, w której jest książka napisana przez jej ex-męża i z kolei ja nie widzę sensu w czytaniu jej, skoro zaczyna się jak jednowymiarowa zrzynka z dowolnego kina akcji ostatnich 30 lat, gdzie zamiast Arnolda jako bohatera mieliśmy przeciętnego Nowaka postawionego w sytuacji zagrożenia. Ot, choćby „Breakdown” z 1997 roku zrobił to bardzo dobrze. W „Zwierzętach nocy” zrobiono to tak, że zasypiałem podczas seansu. Dlaczego? Można to rozbić na wiele elementów. Brakuje tu choćby elementu zachęcającego do wyczekiwania na odpowiedź. Bo pytania są postawione, tylko nie wydają się one istotne. Najgorsze jest jednak to, że… ten film jest płaski, i nie zmienia się. Zaczyna się jako opowieść o kobicie, która nie wie, co robić, i kończy się jako taki. A jednak trzeba przy nim spędzić dwie godziny, by mieć to za sobą. Ech. A przecież Ford pokazuje klasę jako reżyser, aktorzy się sprawdzają, Korzeniowski idzie po złoto…

Jak mogła wyglądać praca nad tym filmem? Przy kieliszku się spotkali na Sylwestra i nagle Emmerich słyszy: „Ej, Roland, wiesz, co jest za godzinę?; Co?; 2016 rok; I co z tego?; Minie 20 lat, od kiedy zrobiłeś pierwszy Dzień Niepodległości; No, to były czasy; Ale by było, jakbyś nakręcił drugą część na 20-lecie, nie?; No.; Ale nie dasz już rady; JA NIE DAM RADY?„. I zrobił, na wczoraj. Coś jak studenci uczący się do egzaminów w dzień przed pytaniem. Coś tam sklecą, ale nic interesującego nie stworzą. „Independence Day 2” brakuje poważnie pomysłu na cokolwiek, większość to schematy idące na automacie w kierunku stylistyki kina klasy B. Mamy tu aktorów, którzy nie mają zielonego pojęcia, co potem będzie dodane w postprodukcji wokół ich. Brakuje im dynamiki, podczas ujęć, gdy lecą to widać, że siedzą na dupie i nic wokół nich się nie przemieściło. Podróż z planety na planety to raczej podróż do filmu wyprodukowanego przez studio Asylum. Dodano do tego wszystkiego bardzo ładne pejzaże, które jednak nie są dobrym zamiennikiem pod sensowne sceny akcji. Starcia w kosmosie są płynne, kolorowe i dopieszczone, ale za chuja nie zgadnie się, kto do kogo strzela. Ten film byłby bardzo fajny, jakby zamiast szybkiego montażu i Emmerichowych zagrań fabularnych, pozwolić na jakieś dłuższe sekwencje oglądania tych komputerowych plenerów. Bohaterowie uciekają przed zagrożeniem i robią to bez słów, tylko oglądają jak wokół nich te Londyny i inne się rozwalają. Wtedy można by to wszystko docenić. Obecnie jest to nudny seans, bo wybrano skupianie się na nieinteresujących bohaterach, podczas gdy to efekty komputerowe były jedynymi elementami w filmie, po których widać było jakąkolwiek pasję.

Chłopak i dziewczyna wyruszają w rejs, aby uczestniczyć w pewnej grze. Ta okazuje się jednak śmiertelna – każdy pasażer na pokładzie musi w niej uczestniczyć. Przy życiu może pozostać tylko jedna dusza. „Fest Makabra” reklamuje ten tytuł jako nową „Piłę” i to jest strasznie szkodliwe. Musiałem mocno się zmusić, aby ocenić ten film za to, czym jest, zamiast porównywać nieustająco do serii o wyczynach Jigsawa, ale ostatecznie wychodzi na to samo. Bohaterowie gry na statku wcale nie uczestniczą w żadnej grze. Nie ma tu napięcia, wyzwania, nerwowości, zagrożenia lub limitu czasu. Zamiast tego jest… siedzenie w jednym miejscu. Nie ma współtowarzyszenia lub rywalizacji, aby przetrwać. Nie ma nawet dyskusji, po prostu zaczynają chodzić po statku i straszyć siebie nawzajem, gdy pojawią się zza rogu. Nie ma opracowywania planu lub zrozumienia czegokolwiek z tego, co się dzieje. Gdy bohaterowie dowiadują się, w jakiej sytuacji się znaleźli… To zaczynają być zazdrośni, zaczynają się podrywać nawzajem i kopać jeden drugiego po kroczu. Pułapki ucinające głowy są fajne, ale ważniejsze jest, aby poderwać dziewczynę. Jako widz nie byłem zaangażowany, bo postaci nie były zaangażowane w to, że mogą zaraz stracić życie. Nie interesował mnie ich los, bo sam film był obojętny na to, kim oni są i czy jest powód, dla którego znaleźli się na tym statku. Tutaj jest straszne porównywanie właśnie do „Piły„, bo tam pamiętasz każdego z bohaterów, w każdym filmie. Wiesz, dlaczego znalazł się w danej sytuacji. Co do scen śmierci – jak one wyglądają? Cóż, babka może wejść do pokoju a tam nie będzie podłogi i lecimy na dół na kolce. Koniec. Albo facet idzie przez korytarz, zaczepia o drut kolczasty, szarpie się i tym samym plącze się coraz bardziej, zaciska się to wokół niego i koniec. Czarno-białe, bez szans, nadziei czy kontekstu. Już lepiej by zrobili, jakby siedzieli bez ruchu. Paradoksalnie niektóre wymienione błędy naprawia zakończenie, które niestety samo w sobie jest tak absurdalne, jak jedzenie słonia łyżką.

Ambitna porażka polskiego twórcy, który wyraźnie ma pasję do kina i podczas pracy nad swoim tytułem robił wiele rzeczy, które widział na ekranie wcześniej, które go fascynowały. Podczas oglądania można sobie wyobrazić, że na papierze to wyglądało obiecująco. Można nawet założyć, że gdyby ktoś inny odpowiadał za realizację, albo poszczególne pomysły były otoczone innymi scenami – wtedy „Gejsza” miałaby sens. Obecnie jednak przy każdej scenie jest coś nie tak, na zupełnie inny sposób. Czasem jakiś dialog nie ma sensu. Często przeszkadzają aktorzy grający beznamiętnie bez wyjątku, przez cały czas. Momentami miałem wrażenie, że nie oglądam filmu, tylko teledysk silący się na bycie filmem. W innej scenie kobieta mówi do faceta dwa razy to samo, on jej odpowiada dwa razy w ten sam sposób, i mamy cięcie – czyli co, poddała się? To jej wystarczyło? Kończymy? Na papierze to było ok, ale podczas oglądania zastanawiałem się tylko nad tym, czego zabrakło w tej scenie. Jakimś świecie wewnętrznym filmu. Największy błąd „Gejszy‚ jest jednak taki, że to film nadający się jedynie do biernego oglądania przy obiedzie w typowej polskiej rodzinie. Ktoś w pewnym momencie zapyta: „co to jest?„. „Nie wiem” i następuje zmiana kanału, i wszyscy od razu zapominają, co było wcześniej. Gdyby ktoś mnie zapytał, co właściwie oglądam, też bym nie wiedział co odpowiedzieć, ani o co chodzi. Przytoczę jeszcze tylko jedną scenę, w której chłop chce zabić Dziędziela. Ten w reakcji na ten fakt zdejmuje kapelusz i mówi beznamiętnym, nieobecnym tonem: „Wiesz, chciałbym, wiedzieć jak wyglądam„. Niedoszły zabójca zaczyna płakać ze śmiechu i opuszcza kadr. Niczego nie zmyślam, to się naprawdę wydarzyło!

Dialogi strasznie źle mi brzmiały w uszach. Pomijając oczywiste krzaki w rodzaju „Całe życie wszystkie jest „nie, nie, nie”, wszystko jest „nie takie”, a może chociaż raz „tak”, co?” to problemy z „Kamperem” były zasadniczo dwa: usilna stylizacja i łopatologia. Wszystkie te języki (zakochanych, korpo, graczy) usilnie starano się ubarwić, by mówiły „przypadkiem” o tym, co reżyser chce nam zakomunikować. Dziwne, że wciąż mam wszystkie zęby w ryju, bo z taką subtelnością we mnie ciska tymi informacjami. Korona nieudolności to scena grania w „FIFĘ„, gdzie każde zdanie, które widz usłyszy, zasługuje na oddzielną naganę. Wszystko to ma jeden cel: uświadomić widzowi, że bohater jest dużym dzieckiem. Co widz wie od dosłownie pierwszej wymiany zdań na ekranie (a jeśli to nie wystarczy, to zaraz macie scenę w łóżku, kiedy to bohater udaje, że napieranie palcami na pierś żony to kierowanie motorem. Wydaje odgłos „brum brum” i w ogóle. A potem obraża się, gdy żona mówi mu, że jest głupi, za odwalenie takiego numeru – w tym momencie każdy na świecie wiedział już, że bohater to duże dziecko. Reszta filmu jest zbędna!). To zresztą powinien być tytuł filmu: „Duże dziecko„. Albo „Bachor„. Bohater nie jest kamperem. Kamper wykorzystuje zasady gry, by uzyskać jak najwięcej jak najmniejszym kosztem, nie patrząc na reguły fair play. Tego główny bohater „Kampera” nie robi. Na dodatek, taki tytuł zawiera sprzeczny sygnał. Ktoś, kto gra w gry spodziewa się, że wątek tworzenia gier będzie ważny, a widzimy to dopiero w 35 minucie, a odgrywa rolę trzecioplanową. Zwykły Polak z kolei będzie oczekiwać kina drogi w kamperze i wyjdzie zawiedziony. Najgorsze były wszystkie „cwane” wymiany zdań, w których jedna strona mówi coś niejasnego, a druga, zamiast odpowiedzieć coś ludzkiego w stylu: „Co ty kurwa pierdolisz?” wymyśla rozbudowane, nienaturalne riposty. Przykład: „Wiecie, jakie jest moje największe marzenie?” na co ktoś odpowiada coś w stylu „Wyruchać się w dupę przy użyciu świecy o zapachu wanilii?„. Pierwsza osoba mówi więc: „Nie, kurwa” i dopiero po takim wstępie przechodzi do rzeczy. Coś czuję, że jakbym ja napisał taki dialog, to ktoś ze szkoły filmowej by mnie zatłukł gołymi pięściami, bo bym go bezpośrednio obraził czymś takim. „Kamper” w ogóle jest obrazą. Ten film powinien trwać pięć minut i być wstępem do właściwego filmu – jakiegoś „Bilardzisty” czy innego „Na nabrzeżach„. Tutaj nie ma drogi, tu nie ma historii, rozwoju. Tutaj jest tylko pierwsze pięć minut, które mówią wszystko, co widz musi wiedzieć. Półtorej godziny mija i wie dokładnie tyle samo.