Krótko o wybranych tytułach z lat 1920-29

Krótko o wybranych tytułach z lat 1920-29

3 lipca 2018 Opinie o filmach 0

Parę słów o tytułach, na temat których miałem potrzebę napisać tylko jeden akapit.

★★★★★

Siostra pracująca w przytułku jest umierająca. W swoich ostatnich minutach życia domaga się, by posłać po pewnego mężczyznę, którym okazuje się bezdomny pijak siedzący obecnie na cmentarzu. Dlaczego? I jaki z tym wszystkim ma związek tytułowy furman? Odpowiedzi są po kolei ujawniane widzowi, a warto je poznać, bo to jedna z najlepszych historii, jakie zagościły na ekranach – i jestem w szoku, że to w pełni autorska produkcja! Jest tu zarówno horror, jak i melodramat, rozczulające i szczere momenty pozwalają nam zapomnieć o tym, by widzieć w nich naiwność i prostotę. Z czasem fabuła przeobraża się w autentyczną tragedię, gdzie główny bohater dostępuje kary totalnej, za których grzechy dopuścił się za życia. Na szczęście czasy produkcji były inne i wtedy twórcy umieli jeszcze opowiadać z nadzieją w głosie. Nawet jeśli ich historia głosu była pozbawiona. Piękna, malownicza produkcja, którą można się zachwycać albo bawić przy niej w CinemaSins. Jak to się stało, że chłop umiera od uderzenia butelką w głowę? Albo czemu bezdomny może chodzić w kurtce pełnej zarazków i żyć w najlepsze, ale gdy zakonnica trzyma ją w ręku przez pół godziny, to zaraża się i umiera na śmierć? I jak to jest, że opowiadamy historię o tym, jak ktoś inny opowiada historię o tym, że ktoś opowiada historię? Ja wybaczam. Powtórzyłem po wielu latach i podniosłem ocenę o dwa punkty w górę.

Przypadek, w którym genialny aktor i solidny scenariusz po prostu wystarczą. Mamy tutaj małego chłopca, któremu niepotrzebnie amputowano obie nogi poniżej kolan. Chirurg przyznaje się przy pacjencie do tego, myśląc, iż ten jest nieprzytomny. Jest jednak inaczej i mały krzyczy głośno, oskarżając doktora. W tej sytuacji medycy kłamią, twierdząc, że chłopak majaczy po zabiegu. Mamy więc zrozumiałą sytuację – nasz bohater został skrzywdzony na dwa różne sposoby. Możemy się w niego wczuć. Dlatego, gdy oglądamy dalsze losy kaleki – a wyrósł na potężnego gangstera z obsesją na odzyskaniu kończyn – robimy to z większą fascynacją. Jest przerażającym tyranem, ale też jest postacią tragiczną. Lon Chaney raz na zawsze udowadnia mi, że jest pierwszym wielkim aktorem w historii kinematografii. Nadaje życie i wiarygodność swojej postaci, osiąga każdy swój cel. A do tego nie zgodził się na żadne sztuczki z kamerą – skoro gra kalekę, to podjął decyzję o przywiązaniu sobie nóg do dupy, na kolana założył wiadra, i tak popieprzał po planie. Wchodził po schodach, grał na pianinie i tak dalej. Kamera brała go w całości. Nawet jeśli nie ma w was miłości do kina niemego, obejrzyjcie chociaż fragment „Kary„, by móc podziwiać oddanie Chaneya do swojego zawodu. To był Daniel Day-Lewis swoich czasów. Aha: zakończenie „Kary” również zasługuje na wyróżnienie. Zupełnie się nie spodziewałem takiego rozwiązania.


Siódme niebo („7th Heaven”, 1927) – 7/10. Klasyczny niemy melodramat o prostych ludziach robiących proste rzeczy – i mający szczęście, że mogą robić chociaż tyle. Ona mówi prawdę, za co zostaje ukarana i ląduje na ulicy, ledwo uchodząc z życiem. On pracuje w kanałach i chce wnieść się wyżej – aby sprzątać ulice. Spotykają się i razem wynoszą swoje życie na wyższy poziom. Wzruszająca opowieść! Plus ten tekst, tak prosty, a jednocześnie taki wyrazisty: „Jeśli nie jesteś zadowolona z tego, kim jesteś, to nie jesteś w sumie taka zła”.

Charlie Chaplin trzyma rękę na pulsie społeczeństwa, dając im to, czego potrzebują: ciepło i nadzieję. Jego bohater tak jak miliony innych w tamtych czasach próbuje szczęścia i wyrusza w góry, by znaleźć żyłę złota. Zamiast tego grzęźnie na wysokości w marnej chacie i musi jeść własny but, by nie zwariować z głodu. Potem ta historia obiera nagły zwrot i zaczyna kręcić się wokół prostego motywu romansu między miernotą i dziewczyną z wysokiej klasy, ale koniec końców Chaplin łączy to wszystko w całość więcej niż zgrabnie. Nie ujął mnie tym razem szczególnie swoimi gagami, chociaż niektóre są iście kultowe (jak choćby celebracja tego, że dziewczyna zgodziła się na randkę z nim – następujące wtedy zachowanie naszego Włóczęgi jest ponadczasowe i uniwersalne!). Doceniam za to strasznie serce tej produkcji i opowiedzenie historii, która sprawi przyjemność. Radzenie sobie z przeciwnościami losu, zrozumienie dla tego, co ludzie przeżywają na co dzień w tamtych czasach, i znalezienie w tym humoru. Nawet na krótką chwilę. Oraz danie nadziei, że się uda.

Charlie Chaplin wchodzi na rynek pełnych metraży, kręcąc film, który ledwie nawet trwa godzinę (spokojnie można też oglądać wersję trwającą 50 minut, bo to efekt puszczania filmu z prędkością współczesną – 24 FPS – zamiast ówczesnej – 17 FPS). Mamy tu opowieść o flagowym bohaterze Chaplina – włóczędze o złotym sercu, który znajduje dziecko na ulicy i je przygarnia, a następni opiekuje się nim przez wiele lat. Tę produkcję tworzą szczegóły – to, iż włóczęga nie przygarnia niemowlaka bezwarunkowo, tylko stara się go pozbyć. Z kolei sama chęć pozbycia się małego nie świadczy o nim źle! I tak dalej. Ten film to droga, na której znajduje się moment akceptacji, moment walki i moment nagrody za to wszystko. A ten nie przychodzi od razu. Trzeba na niego zasłużyć i to po wielu latach. Chaplin niby jest pamiętany za komedię i trochę jej w „Brzdącu” jest, ale jednak gdy dziś oglądam ten film, to ja tu widzę głównie melodramat. Scena, gdy urzędnik chce odebrać tytułową postać od włóczęgi to sztandarowy kinowy łamacz serc, ale podobne wzruszenie i ekspresja przewija się przez cały tytuł. Rzewne kino, zaprawdę. Warto było wrócić. Ciepłe i uczciwe doświadczenia.

Sergei M. Eisenstein przedstawia rewolucję październikową i zamach stanu, i robi to w swoim stylu. „Październik” jest masywny, olbrzymi i ekscytujący. Montaż dodaje mnóstwo emocji, oglądałem ze śpiewem na ustach.

Przykład produkcji, która podobnie jak wyżej omówiona „Kara” spoczywa na barkach i wyrazistości aktora wcielającego się w postać protagonisty. Mamy tu osobę fizycznie zdeformowaną, której oblicze zdaje się cały czas śmiać. Postronni odbierają to jako szyderstwo, traktują jak pogański wybryk natury albo śmieją się razem z nim, wpędzając go w coraz gorsze kłopoty – a z czasem nawet i tragedie. Ku mojemu zaskoczeniu, nie wystąpił tutaj Lon Chaney, ale i bez tego udało się sportretować tytułowego kalekę w wiarygodny sposób. Usta wykrzywiają się szeroko jak u Jokera, a oczy płaczą i błagają o śmierć. Wielka rola Conrada Veidta.

★★★★

Opowieść o kobiecie, która chce zacząć życie na nowo , ale jej w tym przeszkadzają. Była prostytutką, miała układy z niewłaściwymi ludźmi, teraz jest w drodze do nowego życia, ktoś ją rozpoznaje i nie pozwala zapomnieć, zostawić tamtego życia. Historia jest cokolwiek średnia, ale podejmuje ciekawe tematy – konfrontowana jest tu choćby mentalność chrześcijańskiego bohatera drugoplanowego, który nie umie przebaczyć, zapomnieć i dać drugiej szansy. Innym interesującym tematem jest poczucie winy oraz poddawanie się mu. To też tytuł, w którym Raoul Walsh nie tylko stanął za kamerą, ale również pisał skrypt i grał jedną z ról.

Film propagandowy ku pamięci rewolucji październikowej. Ludzie protestują przeciw właścicielom wielkich koncernów, bo nie chcą być wykorzystywani ponad siły, a oni wstrzymują im płacę. Co robić w takiej sytuacji, kiedy to dzieci i żony z głodu pomrą, zanim strajk się skończy? Konflikt chwyta, gdzie trzeba, i nie czuć tutaj „propagandy„. Raczej dramat tamtych czasów, kiedy prości ludzie nie wiedzieli co zrobić.

D.W.Griffith opowiada o monogamii. Jedna kobieta dla jednego mężczyzny. Opowieść trwa prawie 2,5 godziny i zaczyna być wciągająca dopiero na ostatnie pół godziny, podczas zapierającej dech w piersiach sekwencji na rzece, zrealizowanej w nieprawdopodobny sposób. Dla niej oraz przejmującej roli Lillian Gish warto rzucić okiem. Kiedyś.

Krótki metraż z Flipem i Flapem, w którym z ery niemej przeszli do kina dźwiękowego. I wyszło im to całkiem przyzwoicie.

★★★

Pierwszy film, w którym bracia Marx wystąpili wspólnie. Są już pierwsze zapowiedzi zabawy, która nastąpi w przyszłości, ale na chwilę obecną mało mamy braci w braciach. Dość powiedzieć, że w ciągu pierwszych 20 minut mamy 3 sekwencje taneczne lub śpiewane, a jeszcze nie widzieliśmy Chico i Harpo, a Groucho miał jedną scenę. Niewiele zostaje w pamięci i trudno powiedzieć, o co w sumie chodzi (Groucho prowadzi hotel i robi to najgorzej, jak się da, ale ludzie nadal z nim pracują, chociaż im nie płaci. Robią mu o to awanturę i… nic), ale wciąż są momenty warte obejrzenia. Na aukcji działek płakałem ze śmiechu. Dla fanów braci – pozycja obowiązkowa trzeciej lub czwartej kategorii.

Hitchcock tworzy film dźwiękowy, ale umieszcza akcję w Dublinie, więc i tak nic nie można zrozumieć. Tak czy siak, okres wojny domowej w Irlandii, kiedy to bohater i jego rodzina klepią biedę… Aż tu nagle okazuje się, że spotkało ich szczęście, i zaraz wszystko się odmieni. Materiał nieoryginalny, adaptowany, i przy tym… Nie jest zły. Tylko obojętny.

Znana historia i standardowa, zadowalająca adaptacja. Twórcy poradzili sobie z wyjaśnianiem niuansów psychologicznych i dlaczego bohaterowie zachowują się tak, a nie inaczej – w zrozumiały i zwięzły sposób. Ładne efekty specjalne, ale niewiele więcej tu się wyróżnia.