Król Artur: Legenda miecza („King Arthur: Legend of the Sword”, 2017)

Król Artur: Legenda miecza („King Arthur: Legend of the Sword”, 2017)

8 września 2018 Opinie o filmach 0
krol artur
Guy Ritchie
Charlie Hunnam & Jude Law

„Matrix” reżyserowany przez Zacka Snydera, który zainspirował się Peterem Greenawayem. Odważna zabawa.

Król zostaje pokonany. Jego brat zasiada na tronie i dba o to, by jego zaginiony siostrzeniec Artur, jako prawowity następca, nigdy nie dowiedział się, kim jest i do czego ma prawo. Życie jednak toczy się inaczej, niż planował…

W tej wersji legendy o Królu Arturze wciąż mamy wieki średnie, tylko tym razem mamy tu magów. Sytuacja polityczna jest nieznana i nieistotna, a reżyser opowiada przy użyciu nowoczesnych metod. Dużo tutaj slow-motion, nagłych zbliżeń, efektów specjalnych i magicznych istot oraz interwencji z ich strony. Krótko rzecz ujmując: jest to Matrix reżyserowany przez Zacka Snydera, który zainspirował się Peterem Greenawayem, odrzucając jednak długie ujęcia oraz pokazywanie penisów na ekranie.

Nasz bohater kręci piruety z mieczem w jednym ręku, drugą łapie strzały w locie, a potem jeszcze nosem kreśli znak Aard, żeby zburzyć jakąś konstrukcję, na której stoją przeciwnicy. W tle przewiną się rycerze, Wikingowie, prostytutki, slumsy, królowie i królewska gwardia oraz jakieś magiczne syrenki, które czasem przejmą władzę nad wroną, żeby jej oczami obserwować okolicę podczas przemawiania do głównego bohatera, że jest Wybrańcem. Mnie to się w sumie spodobało.

Król Artur to tytuł, który powstał dopiero na etapie reżyserii, montażu i muzyki. Wielokrotnie narracja jest dwutorowa i trzeba skupiać się na kilku rzeczach dziejących się jednocześnie. Czasem bohaterowie mówią jedno, obraz pokazuje drugie, tempo jest szybkie i to sprawia, że faktycznie byłem wciągnięty podczas seansu. Po prostu musiałem uważać, a ta uwaga była wykorzystywana przez twórców. Kompozycje też zyskały moją przychylność – to muzyka w tym tytule informuje widza o tym, że ogląda całość. To ona wprowadza napięcie i skupia różne ujęcia w kompleksowe sekwencje. Mówi jednocześnie: Czekaj, te dziwne i przypadkowe ujęcia to tylko wstęp, zaraz wszystko się wyjaśni oraz Poczekaj, to jeszcze nie koniec. Naprawdę dobra robota, a ukazanie dorastania głównego bohatera jest jedną z najlepszych montażowych robót zeszłego roku. Oglądałem z niekłamaną frajdą.

To też kino, które mógłbym wyłączyć w każdej chwili bez większego żalu. Na poziomie bohaterów, świata czy historii jest idealnie płytkie, bez żadnego potencjału do rozwinięcia w kontynuacji – która, jeśli powstanie, będzie po prostu musiała budować wszystko od zera. Legenda miecza ustala jedynie styl, a cała reszta nie ma żadnej wagi. Naprawdę nie zależało mi na oglądaniu starcia Jude’a Law z Charliem Hunnamem, nie wyczekiwałem go, a oglądanie, jak ten drugi obija zastępy zamaskowanych gości, może się znudzić przy piątym podejściu.

Odwagę i realizację wizji jak najbardziej szanuję, ale jest to przygoda na raz. Przynajmniej dla mnie.