Komu bije dzwon („For Whom the Bell Tolls”, 1943)

Komu bije dzwon („For Whom the Bell Tolls”, 1943)

18 czerwca 2018 Drama 0
dzwon
Sam Wood
Gary Cooper & Ingrid Bergman
Doliny & Cyganie & „I tell you, there’s a women at the bootom of this somehow”


Melodramat bardziej od producentów niż twórców. Wciąż warto zobaczyć, choćby dla zakończenia. A może to olać i tylko książkę przeczytać?

1937 rok. Amerykanin angażuje się w wojnę domową w Hiszpanii. Dostał zlecenie, aby wysadzić most – udaje się na miejsce, gdzie ma przygotować plan. Poznaje też miejscową ludność, żyjącą w ukryciu, w jaskiniach. Część bierze udział w partyzantce, część nie. Część zgadza się na wysadzenie mostu, część jest przeciwna. Wszelkie szczegóły tak naprawdę są rozmazane i nieistotne – o co się biją? Dlaczego? Po co? – najważniejszy jest wątek relacji głównego bohatera z kobietą. Dopiero jak ją poznaje, to angażuje się w pełni, bo chce zaopiekować się kobietą.

Kobieta to dobra nazwa, na tym to niestety się kończy. Jest jedyną młodą kobietą w okolicy, jest emocjonalna, słaba i wymagająca opieki. Wszystko uproszczono do znanych schematów. Sama historia z kolei nie angażuje – konflikt i jego przebieg był mi obojętny.

Co więc ten film ma do zaoferowania? Warsztat i kunszt – trzeba przyznać, że co miało być piękne, to piekne było. Jeśli na ekranie jest dym, to jest go dużo i jest urzekający. Jeśli spadnie śnieg, to jest on pokazany tak, że chce się do niego skoczyć. Jeśli w scenie istotne są cienie, to te cienie są wyraźne, dominują nad postaciami, zajmując większą część ściany za nimi. Jeśli mamy łzy, to są one gęste jak kisiel i lśnią jak gwiazdy. Tak jest po kolei ze wszystkim – z mrokiem, tłumem, roślinnością. Producenci chcieli mieć melodramatyczny utwór epicki, wzięli materiał źródłowy i urobili go, jak chcieli, spłaszczając wiele elementów, ale byli tam też ludzie, którzy chcieli zrobić swoje. Bez względu na zastany materiał, z którym przyszło im pracować.

W tym wszystkim nawet sam punkt kulminacyjny nie ma ciężaru. Dużo ludzi ginie, inscenizacja jest masywna, cel zostaje osiągnięty… I nic z tego nie wynika. Wtedy najbardziej widać, że właściwy ciężar emocjonalny tej produkcji jest zupełnie gdzie indziej. To powiedziawszy, zakończenie jest najlepsze w całej produkcji. Ostatnie kilka minut wyraźnie czerpie z książki, bo to bardzo oparta na słowach część produkcji. Bohater zaczyna nawet mówić z OFF-u. To, co usłyszałem, należy do czołówki wyznań miłosnych w historii kina – „Casablanca„, „W pogoni za Amy” i „Komu biją dzwony„.

Zapewne większa w tym zasługa Hemingwaya niż twórców, ale to z kolei zachęca mnie, bym coś przeczytał od tego człowieka.