Kompania braci („Band of Brothers”, 2001)

Kompania braci („Band of Brothers”, 2001)

18 grudnia 2019 Opinie o serialach 0
kompania braci 2001 band of brothers
Tom Hardy

Jedno doskonałe kino wojenne za drugim, w niemal każdym odcinku. Plus kilka unikalnych momentów.

5/5

WYRÓŻNIENIE: Najlepszy film roku (Miejsce #8)
http://garretreza.pl/podsumowanie-2010/

Podczas oglądania najczęściej wracałem do jednej myśli: zastanawiania się, jak doszło do tego, że akurat w serialu znalazło się aż tyle rewelacyjnych sekwencji wojennych. Każdy odcinek ma sceny, które powinny się znaleźć w filmie, w końcu w ten sposób budżet się zwróci. A tu niespodzianka – twórcy poszli w miniserial. Dla stacji, która nie zarabia na reklamach. Wszystko w czasach, kiedy nikt nie myślał, o robieniu pojedynczych odcinków za miliony dolarów. Przecież ta produkcja domyślnie była robiona na ekrany CRT i jakość SD. I jeszcze wypuszczali jeden odcinek tygodniowo, a pomiędzy emisją pierwszego i drugiego Stany straciły WTC, więc mało kto chciał wtedy oglądać serial wojenny. A jednak władowano w to 125 milionów (nie, nie na odcinek – na całość) i stworzono czołówkę kina wojennego.

Każda kolejny odcinek dostarcza sekwencję walki, która jest ciężka, brutalna i trzymająca w napięciu. Realistyczna, ale z akceptowalnym podkręceniem dramaturgii. Krwawa, ale bez epatowania przemocą. Zabierająca oddech, ale nie męcząca swoją długością. Wydaje się, jakby każda decyzja w poszczególnych scenach była właściwą – otrzymaliśmy kino wojenne, które jest niespodziewane i nieprzyjemne, ale też ekscytujące. Czuć, że oglądamy młodych ludzi w panice i na bieżąco walczących o życie w każdym momencie, przeżywających te chwile razem z nami. Zasadzka w lesie, nagły ostrzał, trudna sytuacja w mieście okupowanym przez wroga…

Męczy za to długością jako serial. Całość trwa 10 godzin i mimo wszystko cały czas oglądamy to samo pod względem tematyki. Pierwszy odcinek zaprezentował motyw przewodni, czyli więź kompanów na polu walki, że mają tam tylko siebie nawzajem – ale kolejne rozdziały nie rozbudowywały tej myśli. Scenarzyści głównie skupili się na przeprowadzeniu swoich bohaterów przez główne wydarzenia drugiej wojny światowej. Przez to gdzieś w połowie odczułem zmęczenie, że mógłbym już wtedy przerwać seans i niczego bym nie stracił. Każdy odcinek jest doskonały, szczególnie technicznie, ale niemal wszystkie próbują zrobić to samo.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ten serial nie robi nic nowego, bo robi. Kilka rzeczy jest wręcz unikalne na tle znanego mi kina wojennego. Kompania braci jako jedyna pokazuje desant oddziału spadochroniarzy. Jako jedyni pokazują sytuację, w której nowa osoba w drużynie jest odrzucona przez ludzi, którzy walczyli razem od lat. I faktycznie mamy szansę zobaczyć w akcji różnicę między nimi. A potem następuje dziewiąty odcinek, który pokazuje odkrycie obozu koncentracyjnego. Cała ekranowa godzina jest temu poświęcone, a emocje są prawdziwe – nawet jeśli wiemy, co tam w lesie znaleźli. Trzymają to w tajemnicy, ale odpowiedź jest raczej oczywista. Otwierają bramę, chodzą wewnątrz i patrzą w oczy ludzi, którzy tam umarli za życia… A my chłoniemy te przemyślenia razem z nimi. I nawet jeśli nie będziemy poruszeni samym obrazem obozu – w końcu widzieliśmy to w kinie wiele razy – to zostaniemy znokautowani sceną, w której żołnierz będzie musiał ogłosić ponowne zamknięcie bram do czasu, aż wojsko ogarnie, co dalej zrobić.

To też kino mówiące wprost kilka rzeczy – Niemcy atakują, nie naziści; Polacy byli ofiarami razem z Żydami czy cyganami; obozy były w Polsce, ale były niemieckie – i tak dalej. Zapewne są dziś widzowie, którzy chcą to usłyszeć.

Podsumowując – Kompania braci to doskonałe kino wojenne. Może nawet najlepsze. Podczas oglądania chciałem, aby skończyło się wcześniej, jednak cały czas miałem pewność, że kiedyś wrócę do tego serialu. Nie wyobrażam sobie, żeby do niego nie wracać co jakiś czas. Co prawda – do pojedynczych odcinków, ale nadal.