Na noże („Knives Out”, 2019)

Na noże („Knives Out”, 2019)

10/12/2019 Opinie o filmach 0
knives out na noze 2019
Michael Shannon & LaKeith Stanfield & Christopher Plummer & Frank Oz

Filmy to nie tylko intryga, ale gdyby tak było – ten byłby naprawdę dobrym tytułem.

3/5

Rian Johnson jest już raczej określonym twórcą. Pokazał on, że rzadko jest zainteresowany czymkolwiek innym niż robieniem rzeczy inaczej dla samej inności. Ona jest wartością, której szuka w kinie, będąc przy tym raczej kompetentnym twórcą. Rozumie w pewnym zakresie, o co chodzi w reżyserii czy pisaniu scenariusza, ponoć tworzy też dobrą atmosferę na planie i szeroko pojęta praca z nim jest przyjemna. Ma na koncie udane kino: Brick i trzy odcinki Breaking Bad (tak, Fly również zaliczam do tej grupy, które przy powtórce sporo zyskuje na poziomie scenariusza – chociaż to zwyczajnie głupi odcinek) oraz talent do robienia filmów akceptowalnych. Mających wady i poważne problemy, ale jednak dających się oglądać. Za wyjątek można uznać Last Jedi, które jest jakby przeciwieństwem Obywatela Kane’a, tzn. z każdym kolejnym seansem można odkryć coś tragicznego w tej produkcji. Osobiście widziałem co najmniej cztery analizy, które równały ten tytuł z ziemią na cztery inne sposoby. Nie ważne z kim rozmawiam – mam wrażenie, że w tym filmie każdemu przeszkadza co innego. Niezwykłe osiągnięcie. I jeśli ktoś zastanawia się, czy pan Rian zmienił swój styl w Knives Out, to dosyć szybko dostaje odpowiedź na pytanie. Na przykład w ujęciu, w którym starszy człowiek podchodzi do młodej osoby i zaczyna rozmowę, bez odrywania wzroku od ekranu smartfona. Nie jest to śmieszne i nie bardzo pasuje do postaci, ale jest „inne”. Bo zazwyczaj to młodzi ludzie nie odrywają wzroku od swojego telefonu, a przynajmniej tak się starym ludziom wydaje.

Dobrze, ale o czym to jest: Knives Out jest na pozór klasycznym kryminałem, w którym głowa rodu popełnia samobójstwo, jednak prywatny detektyw zaczyna grzebać i odkrywa, że samobójstwo wcale nie jest takie oczywiste, a wielu członków rodziny miało motyw. Ta część produkcji jest najlepsza – wielokrotnie jesteśmy zaskakiwani kierunkiem, w którego stronę zmierza cała produkcja, a szczególnie intryga. W pewnym momencie nawet byłem pewny, że w gotowej recenzji nawet nie będę nazywał całości „klasycznym kryminałem”, ale koniec końców, po licznych zwrotach akcji, reżyser wraca tam, skąd zaczął. Bardzo podoba mi się fragment opinii Jeremy’ego Jahna, który skomentował to następująco: „zrobiliście cztery skręty w lewo i teraz jesteście w tym samym miejscu”. Całość silnie opiera się na znanych motywach, ale nawet jeśli je znamy (jak ja, znający blisko 50 książek Agathy Christie)) to wciąż nie będziecie wiedzieć, co tak naprawdę twórcy dla nas szykują. Możecie przewidzieć tak jak ja niemal wszystko, ale i tak oglądanie odsłaniającej się intrygi będzie mogło być przyjemne. Dla mnie było.

I gdyby oceniać scenariusz tylko na podstawie intrygi, ocena byłaby wysoka. Ten jednak składa się z większej liczby elementów, dlatego ocena całości nie będzie równie entuzjastyczna. Nie chcę za bardzo się rozpisywać, ale tutaj wchodzimy znowu na terytorium filmu, które wydaje się skrywać za każdym rogiem jakiś poważny defekt. Mamy obfitą obsadę, z której tak naprawdę trzy nazwiska (i to te najnudniejsze) dostają coś do grania. Nie wiadomo, dlaczego takich ludzi zatrudniono, aby potem nic im nie dać. Wiele postaci jest związanych z pewnymi motywami, które w ogóle nie są rozwijane. Wiele postaci, nawet tych głównych, nie ma żadnego sensu – łącznie ze wspomnianym detektywem, który nic nie osiąga. Przez większość czasu wydaje się żartem z archetypu genialnego człowieka zdolnego do rozwiązania każdej zagadki, ale już poza tym – jaka jest droga tej osoby? Co ona osiąga podczas filmu? Nic, jest jedynie przedmiotem. Brakuje nawet tak naprawdę postaci wiodącej – takiej, której zależałoby, aby film ruszył do przodu. Detektyw tylko obserwuje z boku, raz nawet siedzi w ogrodzie tak długo, że wszyscy o nim zapominają. I to jest inne od tego, co znamy, ale nie znaczy to, że jest „dobre”.

Godność Agathy Christie wraca przy okazji mówienia o tym filmie. Ponoć nawet reżyser jest fanem jej twórczości, w co nie chcę wierzyć. Gdyby okazało się to prawdą, to źle by świadczyło o nim – ponieważ pokazywałoby, że odbiera on jej bogatą twórczość w niezwykle płytki sposób. Dawno temu w przemyśleniach napisałem sobie, że w kryminałach Christie – tych najlepszych przynajmniej – chodziło o zrozumienie mordercy, zamiast powieszenie go w imieniu sprawiedliwości. Rozwiązywanie zagadki i zaskakujący finał były mocnymi atrakcjami, ale w tych historia zawsze działo się o wiele więcej. Postaci drugoplanowe miały własne wątki, które ulegały zmianie. Lubiłem choćby te tytuły, w których tylko detektyw był świadomy, że ten pan i tamta pani byli ku sobie przez cały czas, kiedy pozostali podejrzewali ich o morderstwo. Wyczekiwaliśmy momentu morderstwa, ale te opowieści były często ciekawe i bez niego. Jest nawet jedno krótkie opowiadanie, w którym do morderstwa nie dochodzi. Knives Out zaczyna się zgonem i kończy się niemal zaraz po jego wyjaśnieniu. Wątki poboczne czy wątki tła są poruszone, by następnie nie zostały rozbudowane i zakończone. Mogę tylko napisać: niech Rian Johnson nie reżyseruje remake’u Home Alone, bo będzie się on składać wyłącznie z pułapek. Zupełnie jak w moim fan-fiction, który zacząłem pisać, mając 7 lat. Fan-fiction Agathy Christie zresztą wyglądały podobnie w moim wykonaniu. Na tym poziomie wciąż jest też reżyser.

Mam tylko taką teorię, która wyjaśnia to niedokończenie oraz zbędną mnogość postaci – ale wtedy film jawi się jeszcze jako gorszy! Mianowicie, cały seans kończy się momentem, w którym jedna postać w niewerbalny sposób mówi wszystkim pozostałym „wypierdalać”. I najwyraźniej na tym zależało reżyserowi przez cały czas. Po to była mu ta skomplikowana intryga, aby finalnie doprowadzić do tego jedynego żartu. Dlatego postaci dostały te wszystkie cechy – byli influencerami, zaangażowani w politykę oraz zależało im na otrzymaniu spadku. Reżyser chciał zebrać wszystkie te grupy i pokazać im środkowy palec. Naprawdę nie wiem, ile osób w ten sposób obraził. Nie umiem nawet wyliczyć jego pogardy dla dorobku słynnych twórców kryminałów, który wykorzystał w tak haniebny sposób. Wiem tylko, że to było dziecinne. Albo nie? Rian Jonhson nie jest na tyle odważnym artystą, aby głośno powiedzieć, co tak naprawdę myśli. Zamiast tego zatrzymuje się na tyle wcześnie, aby można mu było zarzucić jedynie lenistwo – że stworzył tak wiele postaci z tak dużą liczbą charakterystyk, aby widz mógł sobie dopisać do tego znaczenie.

Zawsze jednak będę zachęcać do wizyty w kinie. W tym wypadku – dla możliwości poznania świetnej intrygi.