Klub winowajców („Breakfast Club”, 1985)

Klub winowajców („Breakfast Club”, 1985)

22 marca 2018 Obyczajowy 0
klub winowajców poster
John Hughes

W sobotę do szkoły przyjeżdża pięciu uczniów – wszyscy oni muszą być tam za karę. Będą siedzieć i w ciszy pisać esej przez dziewięć godzin. 

Nie znają się, niewiedzą co pozostali zrobili, aby zostać tak ukarani. Nie będą garnąć się do rozmowy lub zawarcia kontaktu, ponieważ każdy ma już określone wyobrażenie o sobie nawzajem. I to tyczy się nie tylko uczniów.

Wciąż jestem zaskoczony, że akurat „Klub winowajców” jest uznawany za najlepszy film Johna Hughesa – scenarzysty i reżysera, który dał głos pokoleniu wychowywanym w latach 80. „Klub…” nie jest złym filmem, jest tylko… Bardzo prosty i oczywisty, szczególnie na poziomie historii – pięciu nastolatków siedzi w pokoju i się nudzi przez pół filmu, potem dopiero zapalą trochę marihuany i pogadają nieco poważniej, a potem rozchodząc się po uprzednim zapewnieniu, że ten dzień niczego nie zmieni w ich życiu. To wszystko. Lepiej jest, jeśli o wymowę produkcji, ale tu też nie jest specjalnie. Okazuje się, że ludzie, których podejrzewali o bycie szczęśliwi (bo są popularni), tak naprawdę szczęśliwi nie są. Całość właśnie w taki sposób przebiega, często uciekając od jednych stereotypów (sportowiec musi być głupi i niewrażliwy) w inne stereotypy (rodzice, którzy wywierają presję, albo biją swoich podopiecznych). Ot, nie oceniaj książki po okładce. Nie jest to odkrywcze i dosyć banalnie na ekranie to wychodzi. Na szczęście w tym wszystkim jest kilka słów szerszego kontekstu, w którym to bohaterowie uczą się, że są częścią problemu, a tym samym rozumieją, czemu inni tak ich widzą i sprawiają pozostałym ten sam problem. Każde z nich zrozumie, że nie wystarczy na kogoś krzyknąć: „Hej, mój strój nie mówi o mnie wszystkiego„, aby świat się zmienił. „Klub winowajców” zgłębia też nieco inne rejony, choćby obawę przed zamianą we własnych rodziców. Nie ma tego jakoś specjalnie dużo, to naprawdę szczątkowe próby, ale mi wystarczyły. Biorę w końcu pod uwagę, że akcja w filmie trwa jedno przedpołudnie, a ci ludzie dopiero co się poznali.

Sam podczas oglądania większą uwagę zwracałem na momenty ciszy albo te rozgrywające się w tle, np. gdy dwóch bohaterów rozmawia w intensywny sposób, a troje pozostałych przygląda się temu i słucha, wymienia spojrzenia, ktoś może nawet uroni łzę i ukryje ją przed resztą. Albo wtedy, gdy nauczyciel po krzyczeniu na uczniów wyjdzie w sali, aby być poza widokiem ich oczu – i dopiero wtedy odetchnąć, spuścić głowę… W tym momentach dzieje się najwięcej, one wyrażają najwięcej, i najwięcej mówią o tych ludziach. Przy okazji też są wyraźnie obok tego głównego, głośnego motywu o poznawaniu siebie najpierw, a ocenianiu dopiero później. Skromny, niepozorny film, który podbił świat nastolatków. Nie przeszkadza mi to, ale są chwile, że chciałbym wielbić ten film bardziej, niż to robię.